Rodzice do recyklingu

Paweł Kozacki OP: Istnieje powszechna opinia, że w domach dziecka jest mnóstwo sierot, które czekają na adopcję. Niestety, nieudolni urzędnicy i złe przepisy sprawiają, że chętni do adopcji czekają w długich kolejkach. Jak to wygląda naprawdę?

Marek Andrzejewski: Ta opinia bazuje na mitach. Pierwszy mit jest taki, że procedury sądowe bardzo się przeciągają, ale skoro ciąża trwa dziewięć miesięcy, to dlaczego postępowanie przygotowujące do adopcji ma być krótsze? Bo ktoś wybrał sobie optymalny moment na adopcję i chce natychmiast przyjąć dziecko? Myśląc o dziecku, trzeba umieć je przyjąć w dobrym zdrowiu i w chorobie, gdy jestem u szczytu kariery i gdy mi w pracy nie idzie.

Drugi mit to ten, że w placówkach są dzieci osierocone lub porzucone. Jest to prawda jedynie w odniesieniu do niewielkiego odsetka dzieci umieszczonych w niewielkim odsetku placówek – tych, które niegdyś nazywano domami małego dziecka. W wielu typowych domach dziecka nigdy nie było ani jednego dziecka, którego rodzice nie żyją. Większość z nich ma rodziców, którym ograniczono prawa.

Zgodnie z kolejnym mitem adopcja jest optymalnym rozwiązaniem problemów dzieci z rodzin, które ja nazywam dysfunkcyjnymi, a chodzi o to, że są one niewydolne wychowawczo i /?lub ekonomicznie. Tymczasem w Polsce się ją przecenia. Jest ona potrzebna wtedy, gdy rodzice nie żyją, gdy dotknęła ich nieodwracalna choroba psychiczna albo gdy dzieci były przez nich molestowane. Niestety, sięga się po adopcję również w sytuacjach, które zostały błędnie rozeznane. W krajach lepiej rozwiniętych, w których pracownika socjalnego rozpoznaje się na ulicy, bo pomaga skutecznie i fachowo, wspiera się niewydolnych rodziców. Czasami polega to na zabraniu im dziecka na jakiś czas, ale tylko po to, by je oddać po wykonaniu z owymi rodzicami ogromnej pracy. Pracownik socjalny ma tam pod opieką 20–30 rodzin, co pozwala mu je odwiedzać na tyle często, by jego oddziaływanie było skuteczne. U nas taki człowiek pracuje z 80 i więcej rodzinami (bywa, że ma ich 150 lub nawet 200).

Na szczęście zmiany idą w dobrym kierunku. Niebawem mają powstać sensowne przepisy o zapobieganiu kryzysom rodzinnym i utworzeniu w gminach funkcji „asystenta rodziny”. Jego zadaniem będzie pomóc rodzicom, którym odebrano dziecko, podnieść ich kompetencje na tyle, by mogli podjąć rodzicielstwo w nowy sposób.

Skąd się więc w Polsce wzięło przekonanie, że adopcja jest lekiem na całe zło?

Po II wojnie światowej trzeba było zaopiekować się sierotami wojennymi. Okazało się jednak, że kiedy one już dorosły, w placówkach opiekuńczowychowawczych dzieci wcale nie ubyło, a czasem wręcz przybyło. Pojawiło się wtedy pojęcie sieroctwa społecznego. Kiedy kończyła się epoka Gomułki, a zaczynała Gierka, ten temat zniknął z gazet, bo kładł się cieniem na propagandzie sukcesu. W połowie lat 70. XX wieku zmodyfikowano kodeks rodzinny tak, by tzw. sieroctwo społeczne zlikwidować. Stworzono atrakcyjną dla kandydatów na rodziców adopcyjnych formę adopcji, zwaną całkowitą lub blankietową, polegającą na odcięciu dziecka od środowiska, z którego wyszło. Nakłaniano naturalnych rodziców do zrzeczenia się praw rodzicielskich i dawano gwarancje adoptującym, że dziecko nie tylko nie będzie miało z nimi kontaktu, ale też w ogóle o istnieniu swych rodziców nie będzie wiedziało. Adopcja była budowana na fundamencie podwójnej tajemnicy – przed światem i przed dzieckiem. Ta podwójna tajemnica to jednocześnie również podwójna nieprawda. Skończyło się to dramatem wielu rodzin adopcyjnych, bo ludzie wierzyli, że niemówienie dziecku prawdy o jego pochodzeniu jest dobre, a w wielu wypadkach i tak wyszła ona na jaw. Gdy w Polsce rodziło się rocznie 600–650 tysięcy dzieci, adopcji było cztery tysiące. Teraz jest ich około 2,5 tysiąca, ale to liczba proporcjonalnie większa w stosunku do liczby urodzin, których w ostatnich kilku latach było znacznie poniżej 400 tysięcy.

W Polsce 90 proc. adopcji dotyczy dzieci poniżej drugiego roku życia, pozostałe 10 proc. to dzieci do pięciu lat. Późniejsze adopcje już się praktycznie nie zdarzają, dlaczego?

Dzieje się tak, ponieważ ludzie, po pierwsze, chcą przeżyć rodzicielstwo od początku, od urodzenia dziecka, a po drugie, chcą zataić fakt adopcji przed światem. Z badań prof. Elżbiety HolewińskiejŁapińskiej wynika, że wszyscy pracownicy ośrodków adopcyjnoopiekuńczych (poza jedną) mówią kandydatom na rodziców adopcyjnych, że człowiek ma prawo znać swoje korzenie. Myślę jednak, że w rzeczywistości ludzi, którzy przyszłych rodziców adopcyjnych namawiają do zachowania tajemnicy, jest więcej.

Jak mądrze i pięknie przekazać prawdę o adopcji, pokazuje baśń Katarzyny Kotowskiej Jeż. Jej lektura pozwoliłaby sędziom i adwokatom, wychowawcom i rodzicom przekonać się, że prawdę tę można sformułować afirmująco. Nie, mówiąc: „Znajda jesteś”, tylko: „Urodziłeś się komuś innemu, ale ja ciebie odnalazłam”, „Wybrałam ciebie, by cię pokochać”. Jeśli powie się to kilkulatkowi i on będzie z tą świadomością wzrastał, to na przykre aluzje w piaskownicy będzie potrafił odpalić: „Ciebie urodzili, a mnie wybrali”.

Jest Pan więc zwolennikiem jak najwcześniejszego przekazywania prawdy o adopcji?

Należy to robić wtedy, kiedy dziecko zaczyna pytać, skąd się biorą dzieci. Ile z tego zrozumie? Niewiele, ale coś mu zostanie w głowie. Później trzeba będzie mówić bardziej konkretnie. Ważne, by dziecko otrzymało sygnał o adopcji, gdy ma 3–5 lat, bo jest ono wtedy w relacji zawierzenia do dorosłych. Kiedy będzie miało 15 lat i znajdzie się w okresie młodzieńczego buntu, powiedzenie prawdy o adopcji może mieć destrukcyjne skutki.

Dlaczego czasami niektórzy rodzice oddają adoptowane dzieci?

Nieudana adopcja to nie tylko ta, która została sądownie rozwiązana. Jest wiele nieszczęśliwych małżeństw, które się nie rozwiodły. Są razem, mimo że związek jest nieudany. Podobnie jest z adopcjami. Najczęściej przyczynami nieudanych adopcji są niewłaściwa motywacja kandydatów na rodziców oraz decyzja o adopcji nastolatka.

Znam przykłady rozwiązanych adopcji, które od początku były błędne. Na przykład małżeństwo koło czterdziestki, które miało wszystko: samochody na każdy dzień tygodnia i domy w każdym zakątku świata, uległo presji katolickiego środowiska, przekonującego je, że wypada mieć potomstwo. Samo jednak nie czuło takiej potrzeby i z każdym rokiem duchowo było coraz dalej od niegdysiejszej potrzeby posiadania dziecka. Tymczasem do rodzicielstwa potrzeba odrobiny szaleństwa, które sprawia, że nie widzi się żadnego problemu we wstawaniu w nocy, chodzeniu na wywiadówki, tysiącach poświęceń. Jeśli ktoś nie ma w sobie dynamiki rodzicielskiej, to traktuje dziecko jak lalkę. Gdy ta zaczyna fikać, gdy wychodzą z niej genetyczne uwarunkowania, gdy jest inna niż adoptujący, to okazuje się ciężarem ponad możliwości i dochodzi do dramatu.

Dramatem rozwiązania adopcji kończą się też czasem decyzje o przysposobieniu nastolatka. Rodzic powinien mówić do dziecka otwartym tekstem, pokazywać, co jest dobre, a co złe. Każde kilkunastoletnie dziecko weryfikuje rodziców. Dojrzały, naturalny rodzic nie obawia się, że może stracić prestiż, gdy powie: „Uważam, że źle czynisz”. Natomiast, kiedy dziecko jest adoptowane w wieku 13–14 lat i dochodzi do konfrontacji, to rodzic adopcyjny może usłyszeć: „Nie jesteś moim ojcem, więc nie krzycz na mnie!” i traci pewność. Jeśli wcześniej miał naturalne dzieci, z którymi „przetrenował” bunt nastolatka, to w porządku. Jeśli jednak jest to pierwsze dziecko, które rodzice przyjęli pod swój dach, to poruszają się po polu minowym.

Kandydaci na rodziców powinni więc być dojrzali?

Nie mam prawa żądać od ludzi heroizmu, jednak boleję nad tym, że w Polsce rzadziej spotyka się ludzi gotowych przyjąć dzieci z problemami rozwojowymi czy zdrowotnymi. Kwestię motywacji ukazały badania opublikowane w książce Zagrożone dzieciństwo pod redakcją Marii Kolankiewicz. W 1998 roku około ośmiuset dzieci z dwóch i pół tysiąca przygotowanych do adopcji nie znalazło rodziców, bo miały wady. Na przykład można było z dużą dozą pewności stwierdzić, że z fizyki teoretycznej dobre nie będą. Inna wielka wada, to jeśli dzieci jest kilkoro. Gdy pracowałem w domu dziecka, miałem trójkę wychowanków: bliźniaki i ich o rok starszego brata. Wszystko było przygotowane do adopcji, rodzice pozbawieni władzy rodzicielskiej z zakazem kontaktu, papiery wyczyszczone, dzieciaki zdrowe. Nikt ich nie chciał. Po pierwsze, bo było ich aż trzech, po wtóre, bo dwaj uczęszczali do szkoły specjalnej. Dyrektorka ośrodka adopcyjnego zadzwoniła do ojca Tadeusza Rydzyka, który opowiedział o nich na antenie. Dopiero wtedy znaleźli się ludzie, którzy je adoptowali. Nie znaleziono kandydatów za pośrednictwem formalnej procedury, tylko przez radiowe nawoływanie. Nawiasem mówiąc, jestem pełen uznania dla audycji dotyczących adopcji oraz rodzin zastępczych emitowanych przez Radio Maryja. Słyszę tam wypowiedzi rzetelne, zakończone informacją, że jeśli chcesz wiedzieć więcej, to przyjdź tu czy tam. To wyjątkowy program w mediach. Zazwyczaj dom dziecka i adopcja pojawiają się tylko w przedświątecznych reklamach na billboardach lub w spotach reklamowych.

Skąd się u Pana wzięło tak krytyczne podejście do mediów w tej kwestii?

Przekonałem się, jak bardzo programy na ten temat zniekształcają rzeczywistość. Przykładem może być propagandowa przedstawiająca czarnobiały obraz telenowela Kochaj mnie. Z jednej strony pokazano rodziny dzieci jako czystą patologię, placówki wychowawcze jako więzienie, a z drugiej adopcję czy rodziny zastępcze jako ziemię obiecaną. Efekt był taki, że część rodzin zastępczych, które powstały pod wpływem programu, została rozwiązana. Nie da się budować na sentymentach, a redakcja TVP przy ulicy Woronicza nie może być ośrodkiem adopcyjnym. Programy o domach dziecka czy rodzinach zastępczych emitowane są zwykle przed świętami Bożego Narodzenia, by wzbudzić wzruszenie, ale ono jest tanie i śmieszne. Miałyby one sens, gdyby prowokowały do dojrzałej refleksji.

Niektóre dzieci w danej chwili nie znajdują miejsca w swoich domach i trafiają pod opiekę państwa. Czasem przyczyną jest ubóstwo, czasem choroba, a czasem patologia. Jak można im pomóc odnaleźć miejsce w życiu?

Dla dzieci, które trzeba umieścić poza rodziną, trzeba wybrać taką formę pomocy, która jest dla nich najlepsza. Czasem najlepsza będzie adopcja, czasem korzystniejszy będzie pobyt w placówce.

Najwięcej sensownych rozwiązań można wypracować na gruncie pracy socjalnej. W strukturze placówki są pracownicy socjalni, którzy mają kursować jak wahadło między placówką a środowiskiem, w którym żyją rodzice dziecka. Taki człowiek musi pójść do proboszcza, do policjanta, ośrodka pomocy społecznej, by przez nich coś rodzicom przekazać. Trzeba tworzyć klimat wsparcia dla rodziców, żeby wymusić na nich zmiany, które pomogą dziecku. W placówkach znajdujących się w okolicach Poznania w skali roku kilkadziesiąt procent dzieci wraca do swoich rodziców.

Bardzo nie lubię, gdy się atakuje rodziców. To prawda, że część z nich to ludzie podli i nikczemni. Jeżeli biją czy wykorzystują dzieci seksualnie, to trzeba to przerwać. Jednak wielu rodziców to ludzie, którzy nadają się do recyklingu, do odzyskania. Mają słabości, ale otoczenie ich opieką może sprawić, że będą w stanie zaopiekować się swoimi dziećmi. Kilkadziesiąt procent dzieci w placówkach znajduje się tam z powodu bezrobocia czy biedy. Udzielenie ekonomicznej pomocy rodzinom jest znacznie bardziej opłacalne niż finansowanie domów dziecka. Wystarczy, by jedną dziesiątą pieniędzy przeznaczanych na dziecko w placówce przekazać na wspieranie rodziny w środowisku, a dziecko mogłoby żyć ze swoimi rodzinami. O opłacalności emocjonalnej nie ma w ogóle co mówić.

Często bieda generuje dalsze problemy, na przykład sięgnięcie po alkohol. Dlaczego ktoś, kto jest biedny, ma być szczęśliwy i nie zalewać swego nieszczęścia alkoholem? Nie jestem zwolennikiem lekceważenia personalnej odpowiedzialności człowieka za swój los, ale istnieje odpowiedzialność wspólnoty za los słabszych. Jako społeczeństwo za mało inwestujemy we wspieranie rodzin i one nam się zbyt szybko sypią. A nie musiałyby.

Jakie inne przyczyny mogą przyprowadzić dziecko do domu dziecka?

Choroby psychiczne. Tempo życia i stresy doprowadziły do tego, że coraz więcej osób musi zażywać leki psychotropowe. Nie umiem o ludziach nieradzących sobie z rzeczywistością powiedzieć, że to rodzina patologiczna. Nie umiem powiedzieć tak o rodzinie, która nie jest agresywna, lubi dzieci, stara się je wychować, ale jest niewykształcona, nie radzi sobie na rynku pracy, nie ma zdolności wychowawczych. Czasem dzieci trafiają do placówki, bo kobieta, która sama je wychowuje, musi iść do szpitala na trzy miesiące.

Trzeba szanować uczucia wychowanków, którzy wiedzą, że mają tatę i mamę. Gdy takie dziecko usłyszy w telewizji, że jest „sierotą społeczną”, to spada z krzesła: „Jaka sierota! Ojca mam! Matkę mam!”. Rodzice są do odzyskania dla dzieci. Kiedy nazywamy te dzieci sierotami lub pochopnie określamy ich sytuację jako patologię, to niszczymy rodziców. Możemy się wymądrzać, bo nam się życie ułożyło, a tamci w życiu się pogubili. Występujemy wtedy w roli starszego brata z przypowieści o synu marnotrawnym, tego, który ma za złe ojcu, że przyjmuje syna. Marginalizujemy ludzi, nie wyciągamy do nich ręki i kreujemy niedobry los ich dzieci.

Dlatego polecam studentom przeczytanie Dives in misericordia, bo to jest tekst dla profesjonalistów, którzy chcą skutecznie pomagać. Przesłanie encykliki jest takie: przekrocz swoje patrzenie na ludzi w kategoriach sprawiedliwości, nie osądzaj ich, tylko idź krok dalej. Gdyby sprawiedliwie traktować rodziców, to wielu należałoby ukarać. Tylko co z tego wyniknie dla dziecka? Nic. A mogłoby wyniknąć dużo, gdybym tego rodzica przekonał do namysłu nad życiem, sprowokował do szukania przemiany, dał mu nadzieję, że może żyć godnie. Warto wzbudzić w sobie myśl nakierowaną nie tylko na dzieci, ale i na rodziców, bo to daje nadzieję na wyjście z impasu.

Nawołuje Pan do chrześcijańskiego miłosierdzia.

Nie każdy musi lubić poetykę encykliki. Moje przekonanie można uzasadnić zasadą pomocniczości, która zaleca, by władza wyższa nie zastępowała niższej w tym, z czym ona sama może sobie poradzić. Przekładając to na grunt rodziny: państwo nie powinno zastępować rodziców, marginalizować ich, lecz działać tak, by przywrócić im ich rodzicielskie kompetencje. Gdy w 1987 roku zaczynałem pracę w domu dziecka, myślenie o odzyskiwaniu rodzin w zasadzie nie istniało. Placówki opiekuńcze nie potrafiły odpowiedzieć na najprostsze pytania o dom rodzinny dziecka: nie miały danych na temat wieku rodziców, ich zawodu, nie mówiąc już o więziach emocjonalnych łączących dziecko z rodzicami. Dziś wychowawcy z młodszego pokolenia łatwiej odnajdują w sobie zainteresowanie rodzicami dzieci. Jeżeli ktoś nie będzie pamiętał o rodzicach, to będzie podatny na pokusę wejścia z butami w świat uczuć dziecka. Pracowałem z ludźmi, którzy mówili, że przyszli do domu dziecka zastąpić dzieciom ojca i matkę. Taki ktoś nie powinien być zatrudniany w placówce. Więź między dzieckiem a rodzicami jest czasem bardzo dramatyczna, ale wychowawca musi próbować wyprostować tę relację. W dekalogu nie powiedziano: „szanuj ojca swego, jeśli jest przyzwoity, jeśli jest dobry, jeśli jest bogaty” – tam nie postawiono żadnych warunków.

Zatem najlepszym sposobem pomagania dzieciom, które mają przynajmniej jedno z rodziców, jest stworzenie takich warunków, by mogły wrócić do domu rodzinnego?

W latach 90. zlecałem studentkom pedagogiki przeprowadzenie badań. Otrzymywały narzędzia badawcze, ankiety, listę dzieci z placówki i jechały do ich rodzinnej miejscowości. Prosiłem, by poszły do ośrodka pomocy społecznej, do organizacji pozarządowej, do szkoły, do parafii, na posterunek policji, czyli do ludzi, którzy mieli mandat, by zapukać do drzwi rodziców dzieci z placówki. Okazało się, że wszyscy traktowali zabranie dziecka jako załatwienie problemu, bo skoro w domu rodzinnym była wódka, były awantury, to zabranie stamtąd dziecka pozwalało odhaczyć problem. Według mnie zabranie dziecka to dopiero pierwszy etap. Ci wymienieni wyżej ludzie powinni mieć poczucie moralnego obowiązku, niektórzy również obowiązku prawnego, wpłynięcia na rodziców. Niektórzy w niewłaściwy sposób odczytują Konwencję Praw Dziecka i widzą się w roli wybawców dzieci, którzy bronią ich przed opresyjnym światem dorosłych. A przesłanie tej konwencji brzmi: władzo, jeśli chcesz pomóc dziecku, wspieraj jego rodzinę. Konwencja opisuje dziecko w rodzinie. Tymczasem z badań wynikło, że społeczność posegmentowała rodzinę na wstrętnych rodziców i krzywdzone dzieci. Jeżeli nie wykorzystamy początkowego momentu zabrania dziecka do uruchomienia działań terapeutycznowychowawczych wobec rodziców, to następuje racjonalizacja porażki rodzicielskiej. Gdy się jednak podejmie działania, można wiele wygrać, bazując na zawstydzeniu, zakłopotaniu, irytacji z powodu zabrania dziecka. To, co najlepsze w tych ludziach, buntuje się przeciw takiej sytuacji i trzeba to wykorzystać. Mądrzy dyrektorzy placówek dają rodzicom proste zadania: zrób to, zrób tamto. Wprzęgają ich w życie placówki, zapraszają do współpracy, rozmawiają z nimi.

Rodzinne domy dziecka w potocznym myśleniu funkcjonują jako alternatywa dla dużych placówek. A jaka jest różnica między rodzinnym domem dziecka i zawodową rodziną zastępczą?

Rodzinne domy dziecka to placówki opiekuńczowychowawcze, czyli ten, kto je prowadzi, jest ich dyrektorem, uczestniczy w szkoleniach, musi znać przepisy, ma budżet, stawki na remonty i rozliczenia, organ prowadzący w postaci samorządu. Te domy w kategoriach pedagogicznych funkcjonują jako rodzina, ale w sferze organizacyjnej – jako placówka. Dzieci pozostają w nich w zasadzie do osiągnięcia pełnoletniości.

Do rodzin zastępczych o charakterze pogotowia trafiają dzieci z interwencji, czyli czasami z melin, i przebywają tam maksymalnie przez rok. To rodziny zawodowe, które mają licencję, odbyły szkolenia i funkcjonują na podstawie umowy ze starostą lub prezydentem. Przynajmniej jedno z takich rodziców ma pensję, ubezpieczenie zdrowotne itd. Pomaga im superwizor, pracownik socjalny, który próbuje łączyć dziecko z rodzicami. Zawodowych rodzin zastępczych o charakterze pogotowia jest w kraju ponad pięćset. Poza tym są zawodowe rodziny zastępcze wielodzietne, terapeutyczne (dla dzieci chorych i upośledzonych), a w przyszłości mają powstawać zawodowe rodziny zastępcze dla młodocianych matek w ciąży i po urodzeniu dziecka.

Jeśli ktoś mnie pyta o możliwość założenia rodzinnego domu dziecka, mówię: „Zacznij od nowicjatu! W wielodzietnej rodzinie zastępczej przetrzesz szlaki, bo weźmiesz pod opiekę dzieci, a jeżeli uznasz, że to nie dla ciebie, wygasisz działalność, nie biorąc kolejnych. A jeżeli zaskoczysz, to przemodelujesz rodzinę zastępczą na rodzinny dom”.

Wydaje się, że rodzinne domy dziecka są dobrym rozwiązaniem, bo dzieci mogą wejść w bliższe relacje między sobą, wychowawcy mogą je lepiej poznać, bardziej się w nie zaangażować, a i atmosfera jest w nich spokojniejsza.

Odpowiem z ciężkim sercem, bo znam wielu wartościowych ludzi, którzy prowadzą lub prowadzili rodzinne domy. Z pewnością ich motywacja pracy była początkowo szlachetna, a praca, którą wykonują, jest katorżnicza. Zasługują oni na szacunek, ale nie wszyscy są wychowawcami najwyższej próby. Nie to jest jednak największym mankamentem. Poważne wątpliwości wzbudza formuła rodzinnych domów dziecka. Prowadząc te domy, przez długie lata konsekwentnie zamykali się na świat. Wywalczyli sobie na przykład, że od roku nie jest nad nimi sprawowany nadzór pedagogiczny. A przecież wychowawca szóstki nie swoich dzieci, może być zmęczony, poirytowany, a w konsekwencji czegoś istotnego nie zauważyć. Gdybym prowadził taki dom, zmusiłbym administrację do opłacenia psychologa, który przynajmniej raz w tygodniu odwiedzałby dom, a którego przedstawiłbym dzieciakom jako znajomego. Obserwowałby, a wieczorem by mi powiedział: to jest dobrze, a to nie gra. Bo jeśli ktoś wierzy, że ma same sukcesy w wychowaniu, to albo jest ślepy, albo głupi. Dlatego sądzę, że heroizm ludzi z rodzinnych domów trzeba wesprzeć sensowną superwizją. I to wbrew niechęci znacznej części dyrektorów tych domów do otrzymywania takiego wsparcia.

Specyfika funkcjonowania rodzinnych domów dziecka polega również na tym, że umieszczano w nich przez minione dziesięciolecia z reguły dzieci, których relacje z rodzicami były zerwane. W tej sytuacji wychowawcy nie interesowali się rodzinami wychowanków. Gdy się zmieniło podejście i stworzono formalne podstawy reformy zbudowanej na prawach człowieka, w skład których wchodzi prawo do wiedzy o własnych korzeniach, do życia we własnej, a nie cudzej rodzinie, to prowadzący rodzinne domy byli zniesmaczeni i mówili: „To są nasze dzieci”.

Czasem dochodzi do rozwiązania domu rodzinnego, co rodzi kolejny dramat dzieci.

Liczba takich domów zmniejszyła się w Polsce w latach 90. XX wieku o ponad jedną czwartą. Zostały zlikwidowane z różnych powodów, czasem dlatego że wychowawcy osiągnęli wiek emerytalny, a czasem dlatego, że doszło w nich do przemocy, a dzieciak powiadomił, że jest bity. Jeżeli wychowawca naruszy nietykalność dziecka, to jest to czyn karalny. Innymi powodami były alkohol i różne formy nieradzenia sobie z ogromem pracy. Do tego dochodzi nieżyczliwa postawa środowiska. Pewna szefowa rodzinnego domu dziecka opowiadała mi, że administracja oświatowa ją gnębi, a w kolejce słyszy, że wzięła bachory, żeby mieć większe mieszkanie.

Ekonomicznie też w rodzinnych domach nie było zbyt wesoło. Wiem o poważnych błędach, o brutalnym rozwiązywaniu rodzinnych domów z dnia na dzień, bo wkradło się wypalenie, bo pojawiło się negatywne napięcie wśród ludzi, którzy kiedyś zaczynali z bardzo fajną motywacją. Wiele złego dokonało się w wyniku zamknięcia środowisk. Powstał nawet związek zawodowy dyrektorów rodzinnych domów dziecka. Bardzo dobrze im życzę, ale jeśli zamkną się w swoim gronie, nie będą zauważać rodziców naturalnych i nie przyjmą pomocy, to ich praca będzie się marnować.

Mnie smuci również to, że nie przeprowadzono badań na temat przyczyn licznych porażek rodzinnych domów, że środowisko – dla własnego dobra przecież – nie podjęło refleksji na ten temat. Publikacji o tym w prasie fachowej próżno szukać. Kiedy w grudniu pojawią się – jak od kilku lat – liczne billboardy zachęcające do zakładania rodzinnych domów dziecka, to proszę pamiętać, że ja krzyczę w głos, że nie zgadzam się na sprowadzanie rozmowy o rodzinnych domach dziecka do tak powierzchownego przekazu, bo tu nie o reklamę powinno chodzić, a o rozmowę.

Jak każdy z nas, niepracujących w placówkach wychowawczych ani w sferze socjalnej, może pomóc mieszkańcom domów dziecka?

Proponuję, by szczerze odpowiedział sobie na pytanie: „Jak byś się zachował, gdyby rodzina z dziećmi zagrożonymi pobytem w domu dziecka mieszkała na twojej klatce schodowej? Omijałbyś szerokim łukiem nieciekawych rodziców i narzekał na nieznośne dzieciaki, czy może szukałbyś dojścia do rodziców, próbował ich jakoś wesprzeć, by dzieci nie trafiły do placówki?”.

Rodzice do recyklingu
Marek Andrzejewski

urodzony w 1959 r. – prawnik, doktor habilitowany, profesor Uniwersytetu Szczecińskiego i Instytutu Nauk Prawnych PAN, przez 9 lat pracował w domach dziecka.Autor artykułów i książek z zakresu prawa i pedagogiki, m.in.:...

Rodzice do recyklingu
Paweł Kozacki OP

urodzony 8 stycznia 1965 r. w Poznaniu – dominikanin, kaznodzieja, rekolekcjonista, duszpasterz, spowiednik, prowincjał Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego, publicysta, wieloletni redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”....