Rothmagister Axel

Nie był to piórnik. W wysokiej, miękkiej skrzyni z aksamitu leżał rotny kapitan Axel. Pochowany w listopadzie albo grudniu 1655 roku w Miechocinie. Miechocin to nadwiślańska parafia mojej matki, ecclesia zaś jest pod wezwaniem św. Marii Magdaleny, prastara, bo fundowana podobno przez Kazimierza Wielkiego i dobrze ją widać czerwieniącą się na wzgórku, gdy ktoś chce wjeżdżać do Tarnobrzega szosą krakowską. Czerwieni się, bo z cegły, ale ecclesia to przecież i panna, oblubienica Jezusowa, a tu jej się takie wezwanie dostało.

Axel, Szwed i heretyk, szedł do św. Marii Magdaleny pewnie pod Karolem X Gustawem, który zostawił Arvidowi Wittenbergowi osiem tysięcy żołnierza przy oblężeniu Krakowa, a sam z sześcioma tysiącami poszedł bić wojska Lanckorońskiego. Zniósł go 3 października pod Wojniczem i gonił jeszcze do Tarnowa. Kiedy polska szabla dosięgła Axela? A może był to strzał z muszkietu albo husarska kopia? A może to ludzie porucznika Gabriela Wojniłłowicza poszarpali go pod Krosnem 7 grudnia? Cokolwiek by to było, Axel nieszczęśnik stał się zaprzeczeniem szwedzkich przewag, które tak oto chełpliwy pan Piotr Czarniecki Kmicicowi na murach jasnogórskich wyjaśniał: „Ze Szwedami trudniej, bo rzadko który nie charakternik… Od Finów się sztuki zażywania czarnych nauczyli i każdy ma dwóch albo trzech diabłów do posługi, a są i tacy, którzy mają po siedmiu. Ci ich w czasie potyczki okrutnie strzegą”. Axel, zanim ducha wyzionął, przeszedł na katolicyzm i raz jeszcze przez wikarego miechocińskiego dla pewności był ochrzczony. Pamiętam, jak pan Jan Pasek w Danii po łacinie sobie pięknie radził i jak mu równie nadobnie odpowiadali. Pewnie więc kapitan z wikarym po łacinie rozmawiali. Powoduje to u mnie drapanie w gardle, czyli wzruszenie, choć historyk powie, że nie ma się czemu dziwić, bo to był taki ich angielski. Skoro z maski młodości powstaje maska starości, warto rozglądnąć się po okolicy, żeby sobie jakąś scenę czy proscenium do tych ich dialogów wyobrazić. Kościół na górce, niżej, ale wyżej niż nadwiślańskie, tłuste łąki – miechocińska obora Tarnowskich, z wilgotnymi murami od oddechów krów czerwonych, cieląt i jałówek. Kamienne żłoby, w których pod pyskami zwierząt spali i gzili się parobcy. Może nawet kilka koników gryzło owies, podzwaniając łańcuchami o te żłoby: „ynachodnik siwy drygant, ynachodnik siwy dawny, wozniki wrone dwa, wozników gliniastych – koń od łuszczyka, koń źrebiec, kliacza, drygancik płowy, cisawy konik” (zapożyczone z inwentarza spisanego przez Piotra Szuksztę). Dalej na wschód domy i sady z lebiodą, dziewanną, łopianem, belladonną. I już dom mojej prababki Agnieszki Maliborskiej. Drzazgę z jego belki przechowuję z czcią w Aiguebelle. Ziemia tu i ówdzie się wybrzuszała, jakby miała kogoś urodzić. Raz zrobiono jej nawet cesarkę i wyciągnięto kilka garnków i skorup. I tak się okazało, że z gorliwym wikarym od Axela należę do kultury pucharów lejkowych, choć przysiągłbym, że za płotem u Maliborskich panowała już kultura amfor kulistych, a dalej – aż do królikarni – kultura złocka. Nie wiem, dlaczego wydawała mi się wyższa od ceramiki wstęgowej rytej i kultury lendzielsko-polgarskiej z podwórka Paczyków. Dla ludzi o takich kulturach obecność kapitana Axela nie była niczym szczególnym, ba, ignorowali ją bezwstydnie. Ostatni raz kryptę u św. Marii Magdaleny otworzono w 1933 roku: „Opowiadali później – podaje Wojciech Rawski – iż od strony ołtarza głównego stało kilka trumien, a po lewej stronie duża trumna i w rogu proporzec ze szczątkami końskiego ogona”.

Zostało Ci jeszcze 58% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

||
Wyczyść

Zaloguj się