Rozstania

Każdy przypadek odejścia należy jednak badać indywidualnie, pokornie, bez paniki dokonać relektury naszego prowadzenia się, odnaleźć ten moment, kiedy rozpoczął się zastój, zaczęło się psuć.

Przychodzi nagle taki dzień. Ludzie, z którymi tworzyliśmy od podstaw wspólnotę, ale też i ci, których przyjmowaliśmy do niej — na początku jak zwykle trochę naiwnych i zielonych, przejętych sobą i pełnych rewerencji wobec starszych i zasiedziałych w grupie — odchodzą. Różnie odchodzą. Jedni bez słowa, drudzy chyłkiem, inni znów z kasą wspólnoty, trzaskając drzwiami, po długich nocnych rozmowach z przełożonym, jeszcze inni nie wracają z wakacji, dostają tajemnicze telegramy zawiadamiające o śmierci nieżyjących od dawna rodziców. Przychodzi nagle taki dzień. Smutny i gorzki, ale przecież nie całkiem znów taki niezapowiedziany, bo baczne oko może dostrzec kandydatów zmierzających do wyjścia.

Zachowania — że się tak wyrażę — w korytarzu wspólnoty są klasyczne i można je podciągnąć pod następujące grupy braci i sióstr (choć oczywiście nie jest to dogmat): spotkać możemy więc ludzi nieobecnych. Pogrążeni we własnych myślach, smutni, często apatyczni, mechanicznie spełniający wszystkie obowiązki, zapewniają nas, że wszystko w porządku, ale tak naprawdę są już bardzo daleko od nas — na drugim, tajemniczym brzegu, na który nie mamy prawa wstępu. Niektórzy nieobecni od czasu do czasu włączają światła ostrzegawcze, wypowiadając proroctwa w stylu: „Tak, mogę się tym zająć, ale kto to wie, co Bóg dla nas zarezerwował” etc. Nie muszę mówić, że ludzie celebrujący w sobie jakąś tajemnicę stają się przez chwilę centrum zainteresowania wspólnoty i czerpią nawet z tego satysfakcję, która wynagradza im w pewien sposób poczucie odrzucenia lub zdominowania przez innych.

Ludzie na odchodnym potrafią być też nieznośni. Zdecydowali się odejść, więc czują się bezkarni i niepodlegli, stale prowokują kłótnie i sprowadzają inteligentnie do absurdu wszelkie zwyczaje wspólnoty. Na spotkaniach reprezentują prawdziwie radykalne poglądy w takich sprawach, jak ubóstwo, modlitwa, miłość braterska, wierność charyzmatowi wspólnoty. Zdaje się, że gniew ich nosi znamiona słuszności, która zamyka usta ludziom próbującym nawiązać z nimi dialog. Ich wystąpienia potrafią zasiać u niektórych poczucie winy, u innych wywołują agresję i obronę pozycji do ostatniego naboju, wspólnota może się wtedy łatwo podzielić lub zewrzeć szeregi, co nigdy nie służy dobrze poszukiwaniom prawdy o sobie.

Ostatnie momenty wspólnego bycia odchodzący potrafią wypełnić zadziwiającą aktywnością, służbą i poświęceniem — to gorliwi. Czy w ten sposób pragną zostawić po sobie dobre wspomnienie, czy też napędza ich działanie świadomość bliskiej już wolności i obietnica nowego życia? — różnie można sądzić, tak czy owak to, co robią, jest imponujące i przygodny obserwator wspólnoty może po ich odejściu z czystym sumieniem przepowiadać jej rychłą śmierć.

Niedowierzanie, gniew, idealizacja…

Zazwyczaj jednak wspólnota nie umiera, ba, niekiedy nawet ma się naprawdę lepiej. Musi jednak przejść czas rekonwalescencji, bo każde odejście narusza jej równowagę, rani, odbiera nadzieję na stworzenie czegoś naprawdę trwałego. Informacja o decyzji porzucenia wspólnej drogi powoduje niedowierzanie. „To niemożliwe” — mówimy — „chyba źle zrozumiałem”, „to zapewne jakiś niewyszukany żart”. Wierzymy, że wszystko jeszcze da się naprawić, ocalić, odbudować. Albo łudzimy się, że ten ktoś jeszcze wróci, że odszedł z powodów rodzinnych, które już wkrótce zostaną uregulowane, że wróci, przekonawszy się, iż z nami nie było aż tak źle. Nie można przecież żyć bez nas. Niektórzy nawet już obmyślają dla niego powitanie, nową funkcję, wahają się, czy można przekazać jego brewiarz innym, korzystać z jego książek.

Czas jednak płynie i ten ktoś nie wraca. Odszedł naprawdę. Spada na nas wtedy żal, czasami wściekłość, gniew — „jak mógł tak postąpić”, „zdrajca”, „niewdzięcznik”, „lekkoduch”, „egoista”. W myślach dokonujemy nad nim sądu, przypominamy sobie nagle o wszystkich jego brakach, wyobraźnia podsuwa nam obrazy z jego niezbyt szczęśliwego obecnego życia, może nawet w myślach widzimy, jak na kolanach prosi o powtórne przyjęcie. Towarzyszy nam gniew, ale równocześnie zaczynamy idealizować taką osobę. Używamy bezwiednie zwrotów: „za czasów X takie rzeczy się nie zdarzały, to było nie do pomyślenia” lub: „To już nie jest to, co dawniej. Wtedy to X powiedział…”. Wydaje się nam, że z tą osobą odszedł kawałek naszego życia, naszej młodości, czas heroiczny wspólnoty. To nie wróci.

Przychodzi jednak moment, kiedy odzyskujemy zdolność obiektywnego sądu nad tym, co się wydarzyło we wspólnocie (zwłaszcza jeśli w krótkim czasie przeżyliśmy kilka odejść), i z całym przekonaniem wybieramy kontynuację wspólnotowego życia. To dobry czas na zrobienie wspólnego rachunku sumienia, bo kontynuacja nie oznacza wejścia w głębokie koleiny przyzwyczajeń i samozadowolenia. Trzeba uważać, żeby nie sprawdziły się na nas słowa pewnego mnicha, który mawiał: „Bogaty młodzieniec odszedł zasmucony, bo miał wiele posiadłości. Pozostał stary kawaler, który nie ma gdzie pójść i nic nie posiada oprócz kilku świętych nienaruszalnych przyzwyczajeń”.

Nowa wyobraźnia ponad potrzebą wdzięczności

Rachunek sumienia wspólnoty może stać się nowym powiewem Ducha Świętego, ale trzeba Go najpierw na takie spotkanie zaprosić. Nigdy nie żąda od nas samooskarżeń i spektakularnej samokrytyki, której skutki trwają nie dłużej niż lot bańki mydlanej. Duch prosi nas o nową wyobraźnię i twórczą wierność.

Najpierw musimy wrócić do początków naszej wspólnotowej historii. Bez wątpienia można nazwać ten czas czasem pierwszej miłości i heroizmu. Początki są zawsze trudne, ale pełne romantyzmu, dużo w nich niepewności, ale też nasze starania przynoszą pierwsze widzialne efekty. Przychodzą nowi ludzie, powoli ustala się styl funkcjonowania wspólnoty, pierwsza nieśmiała tradycja. Umiemy cieszyć się drobnymi zwycięstwami, zadowalać się z prostotą naszym skromnym budżetem, pracujemy czasami długo w nocy, lecz nie czujemy się później zmęczeni, towarzyszy nam radość tworzenia, modlimy się i wymagamy od siebie, dane słowo jest dotrzymywane, bez zastanowienia bierzemy samochód i odpowiadamy na wezwanie jednego z członków wspólnoty, który znalazł się w duchowej opresji, spędzamy razem święta, coraz bardziej ogarnia nas poczucie, że oto kładziemy fundamenty pod coś ogromnie ważnego i trwałego. Przeliczając nasze poświęcenie na konkretne „roboczogodziny”, nie mamy wątpliwości, że taka aktywność płynie z serca samego Boga, a my jesteśmy Jego sługami. Lecz przecież coraz częściej do wspólnoty zaczynają przychodzić nasi „synowie” i ci nie znają nas.

Nasze propozycje, oczywiste dla naszych przyjaciół współzałożycieli, nie są wcale w tym samym stopniu oczywiste dla nich. Czy nie narazi nas na śmieszność pompatyczne pytanie: czyż po raz kolejny potwierdzi się prawda mitu o zabójstwie ojca? Zapewne narazi. Należy raczej zadać inne pytanie: czy przypadkiem potrzeba wdzięczności nie bierze góry nad nową wyobraźnią? Kiedy mówię „wdzięczność”, nie myślę wcale o potencjalnych hołdach, kwiatach, budynkach ochrzczonych naszym imieniem, ale o kontynuacji naszej pracy. Kiedy mówię o nowej wyobraźni, nie myślę o radosnej demolce, ale o wrażliwości na nowe znaki czasu, nowe fakty i wydarzenia, które już z trudem zauważamy lub sądzimy w kategorii nihil novi sub sole. Nasze myślenie — ludzi, jak nam się zdaje doświadczonych — eliminuje z działania niepotrzebne ryzyko, z czasem jednak eliminuje ryzyko potrzebne. Nasza postura fundatorów jest imponująca, i dobrze, że do głowy nam nie przychodzi rozmyślać nad nią, lecz niewielu ludzi — a są to ludzie wielkiej świętości — zdaje sobie sprawę, że wypełnia ona całą przestrzeń i dla innych tak naprawdę nie ma już miejsca.

Zejście z mostka do maszynowni

Kiedy piszę o potrzebie wdzięczności, myślę również o tym kłującym uczuciu u ludzi z heroicznego okresu wspólnoty, które daje znać o sobie, gdy nowe pokolenie nasze zdobycze, teren kultywowany z wielkim samozaparciem z myślą o tych właśnie pokoleniach, traktuje, jak nam się wydaje, z niebezpieczną beztroską jako rzecz najzwyczajniej normalną, należną, oczywistą, jako odskocznię do bliżej niesprecyzowanych marzeń.

O ile mi wiadomo, Duch Święty nie jest od przyznawania racji, jest Kimś, kto jednym i drugim szczodrze udzieli daru męstwa. Tym pierwszym, aby umieli z całą radością przyjąć na siebie nową rolę we wspólnocie, zapewne już nie na mostku kapitańskim lub w jego pobliżu, ale w maszynowni tej barki — tam, gdzie dzieją się rzeczy naprawdę zasadnicze: modlitwa, czuwanie, cicha ofiara i rzeczywiste słuchanie słowa Bożego. Jeśli zechcą, staną się prawdziwymi powiernikami, dyskretnymi i mądrymi pomocnikami nowej generacji umiejącymi wybaczać błędy, potknięcia, z całym oddaniem podtrzymywać jej zapał i nadzieję. Powiem więcej — nie będzie ich gorszyć ani śmieszyć, ani irytować inność ich następców.

Jeśli za stworzenie dobrze funkcjonującej wspólnoty zapłaciło się zdrowiem, rezygnacją z bardzo osobistych planów i tzw. kariery — potrzeba rzeczywiście daru męstwa, aby nie dać do siebie przystępu goryczy i z całą bezinteresownością otworzyć innym drzwi do odpowiedzialności. Tym zaś dar męstwa będzie służył do walki z wszelką formą egocentryzmu, który zawsze daje znać o sobie, jeśli bez wielkich zasług odziedziczyliśmy dobrą markę firmy. Będzie pomagał stawać w prawdzie, gdy nowe wezwania odkryte z tak wielką wrażliwością i przeszywającą inteligencją okażą się nawet dla nich za wysokie. Dar męstwa skieruje w tym wypadku wszystkie siły nie na szukanie winnych mojego niezrealizowania, ale odnalezienie prawdziwych fundamentów i Autora wszystkich udanych przedsięwzięć.

Rozważnie przyjmować nowych

Rachunek sumienia wspólnoty, do którego przynagliły nas odejścia jej członków, powinien zawierać solidną refleksję nad sposobami przyjmowania kandydatów, ich formacją początkową, praktyką prezentowania charyzmatu wspólnoty i wreszcie jego realizacją w codziennym życiu.

Łatwo oczywiście jest napisać, że nie należy się śpieszyć z przyjmowaniem ludzi do wspólnoty. Ktoś poleca swoich starych i sprawdzonych znajomych, którzy robią na nas w pierwszej chwili doskonałe wrażenie, lecz traktują wspólnotę jak kolejny klub, związek czy przytulisko dla własnej samotności. Ludzie tacy zgodzą się na wszystko, byle uszczknąć nieco z wyjazdów, pikników, świąt i ciekawych konferencji. Ale tak naprawdę pytanie: „Czy grupa ta jest dla ciebie wspólnotą życia”, będą uważać za święte i nawiedzone wydziwianie katolików. Dobrze jest więc na początku wyznaczyć dla kandydatów kogoś ze wspólnoty w roli wymagającego akompaniatora. I nie może nim być ktoś z rodziny czy bliski znajomy. Protekcja, podawanie w wątpliwość pracy akompaniatora albo próby zastąpienia go w tej roli (ponieważ znamy się od dawna, wyjaśnię ci, co w trawie piszczy, o co tu naprawdę chodzi i jacy oni są etc.) jest robotą prawdziwie rozbijacką i nieodpowiedzialną.

Nie powinna nas też kusić perspektywa rekrutacji za pomocą kolorowej reklamy. Natrafiamy od czasu do czasu na takie klipy, w których wszyscy są radośni, analfabeci się fotografują, pilnie się wpatrując w średniowieczny pergamin, obiboki dźwigają kosze pełne jabłek, a przełożony, który nigdy nie ma czasu, uważnie słucha wynurzeń młodego współbrata na ukwieconej łące z pożyczoną na tę okazję od firmy Milka krową w tle.

Wspólnota — miejsce przemienienia

Najlepszą reklamą jest sam sposób życia, jego jakość w dzisiejszych czasach. Wiara rodzi się nie tylko ze słuchania, ale nade wszystko z patrzenia. Życie i bliskość z Chrystusem zmartwychwstałym ma w sobie ogromne piękno i pociągający czar. Czasy jednak dzisiejsze z ich emocjonalnymi ranami wymagają pewnego retuszu w klasyce duchowej, która jest udziałem każdej wspólnoty (choć różne nosi w nich imiona) — i tak zapewne do trzech okresów życia wewnętrznego (oczyszczenie, oświecenie, zjednoczenie) należy dziś dorzucić i nigdy o nim nie zapominać jeszcze jeden etap poprzedzający te trzy — okres terapeutyczny. Nie wszyscy bowiem wiedzą, co to znaczy kochać, kochać siebie, przebaczać, wymagać od siebie, być wiernym, zdolnym podjąć decyzję, potrafić rozróżnić głos sumienia od represywnych głosów, które nim nie są. Jest to ogromna, wymagająca cierpliwości i fachowego przygotowania praca, którą często skrzętnie we wspólnocie pomijamy, uważając wymienione problemy za wstydliwą i prywatną dolegliwość przychodzących do wspólnoty ludzi. Z niebezpieczną nonszalancją wskazujemy na moc Chrystusa, która potrafi uleczyć wszystkie rany serca. Nie jest brakiem zaufania i znakiem sekciarstwa stwierdzenie, że nie wszyscy i nie od razu zdolni są żyć we wspólnocie. Nie wystarczy dobra wola, kaprys, decyzja. Potrzebne są naturalne dyspozycje, na których będzie budować Boża miłość.

Dawny generał dominikanów Wincenty de Couesnongle wskazał kiedyś kilka z nich — według mnie te są właśnie najważniejsze. Wyliczmy je: zdolność przekraczania sytuacji konfliktowych i napięcia, które wywołuje wymiana poglądów na daną rzecz. Akceptacja drugich osób w ich różnorodności. Zdolność do dawania, a nie tylko brania, umiejętność opanowywania zbyt wybuchowych reakcji, wolność od wszelkiego ekstremizmu. Odpowiedzialność za wypowiadane sądy i odwaga prezentowania własnego zdania.

W żadnym wypadku wspólnota nie powinna godzić się na bycie czymś w rodzaju rodziny zastępczej dla jej członków pobitych przez życie. Jeśli zaś nasze dzieciństwo było szczęśliwe i mieliśmy kochających rodziców, to tym lepiej, błędem jest jednak żądanie niektórych z nas, by wspólnota zapewniła nam podobne ciepło i bezpieczeństwo. Wspólnota nie jest erzacem, np. drużyny futbolowej, klubu dyskusyjnego, star academy, randki w ciemno, religijnego związku zawodowego, związku pisarzy, centrum medytacji, kongregacji do spraw beatyfikacji jej członków, domu spokojnej starości, grupy blokersów etc. Jest miejscem uprzywilejowanego przebywania Chrystusa zmartwychwstałego z grzesznikami, którzy nie tylko proszą o przebaczenie, ale z całych sił wierzą, że zostało im to już uczynione, i wdzięczni za ten życiodajny gest Boga miłosiernego czynią podobnie wobec swoich braci. Siedemdziesiąt siedem razy. Jest też miejscem prostej wdzięczności za możliwość przebywania z innymi, którzy, choć trudni i często niespełniający naszych oczekiwań, potrafią sprowadzić mnie z szerokiej drogi wybujałych, nieludzkich i nieboskich oczekiwań, wyrafinowanych i samookadzających się praktyk religijnych zakrywających poczucie bezsensu życia, z drogi strachu i wojny. To tu uczę się posiadać uczucia Chrystusa, reagować jak On, to tu doświadczam tych uczuć i powoli, prowadząc cierpliwą i wytrwałą walkę, staję się dyspozycyjny, wdzięczny, zgodzony. Wspólnota jest miejscem mojego przemienienia.

Nie wytrzymali tempa?

Jeśli ludzie odchodzą od nas, warto zapytać, czy rzeczywiście w naszych strukturach taka przemiana jest możliwa.

Każdy przypadek odejścia należy jednak badać indywidualnie, pokornie, bez paniki dokonać relektury naszego prowadzenia się, odnaleźć ten moment w naszym przebywaniu, kiedy rozpoczął się zastój, zaczęło się psuć, rozpoczął się zjazd po równi pochyłej, nastąpiło okopanie się na pozycjach, zaczął panować smutek lub sztucznie podgrzewana atmosfera. Czy można było pomóc naszemu bratu, dlaczego nic nie uczyniono? Czy wykorzystano rzeczywiście wszystkie możliwe środki, czy nie zaniedbano przypadkiem modlitwy, czy nie skazano na śmierć przed wyrokiem? Skąd brał się nasz strach przed otwartą rozmową z nim, nasze ucieczki i pozorowana aktywność, być może został obarczony pracą ponad siły, której marne efekty upokarzały go, być może nigdy nie został do końca wysłuchany, bo przerywaliśmy jego zwierzenia, zanim je zakończył? Odszedł, bo nie mógł dłużej znieść tłumaczenia wszystkiego krzyżem Chrystusa, nawet jeśli nie wymagano od nas wiele wysiłku, a wystarczyło w naszych planach, decyzjach, pracy dokonać kilku naprawdę nieznaczących korekt. Czy przypadkiem tempo życia wspólnoty, dokładanie kolejnych obowiązków nie zabiło Bożego pokoju opierającego się również na naszej zdolności do odrzucenia lub akceptacji zaproszeń do udziału w… przygotowań do… podsumowań tego lub tamtego…

Tak, pokój Boży instaluje się w sercu człowieka bardzo powoli — jest on podobny nieco do… porcelany. Wypala się w mocnym ogniu doświadczeń, jest piękny, drogocenny, lecz barbarzyńskie obchodzenie się z nim niszczy go. Bardzo mu za to służy pielęgnacja i okazje, w których może naprawdę zajaśnieć i ukazać się w pełni. Takimi okazjami są nade wszystko dobrze przygotowane święta, pielęgnuje się zaś go przez dni skupienia, pustyni, dobrą lekturę, budującą rozmowę z bożym człowiekiem i na różne sposoby wyrażaną bezinteresowność, której tak się lęka siewca niepokoju i podejrzeń — diabeł. Pokój Boży bardzo zależy od stylu wspólnoty. Myślę, że najbardziej narażony jest na zniszczenie w grupach, które reprezentują duchowość konceptu — znaczy to, iż żyją od pomysłu do pomysłu, które realizują z wielkim poświęceniem i nakładem sił. Przypomina ta duchowość nieco bieganie po sławnych muzeach, które jednak nie zostawia czasu na dialog z dziełem sztuki. Oglądane później zdjęcia mają nas zapewnić o dokonaniu czegoś naprawdę jedynego, oryginalnego i wielkiego. Często w grupach takich odpowiedzialni wpadają na pomysł, który absolutnie nie ma nic wspólnego z rzeczywistymi potrzebami członków wspólnoty i Kościoła. Nie wszyscy to wytrzymują.

Opowiadają, dlaczego

Bywa też często, że ludzie, którzy odeszli ze wspólnoty, dzielą się po długim czasie swoim doświadczeniem zdobytym w naszej grupie i odważnie potrafią pokazać motywy swojego kroku. Takie wyznania godne są wielkiego szacunku i stanowią dla nas dobrą lekcję pokory i postępowania na Chrystusowej drodze. W świadectwach tych wyraźne są dwa nurty.

Jeden z nich to powiedziane Jezusowi „nie”, kiedy pragnął dotknąć rany, do której się nie przyznawałem, którą pragnąłem uleczyć domowymi sposobami, którą wreszcie uważałem za mój jedyny skarb i prawo. „Nie” bardzo świadome, „nie” człowieka samowystarczalnego, który dobrze wiedział, jak może się skończyć to spotkanie z Chrystusem. „Nie” człowieka, który się przestraszył. Ludzie ci precyzyjnie wskazują czas i miejsce, w którym się to dokonało, lecz nie zapominają wspomnieć o wcześniejszych niewiernościach, które wciąż dawały się łatwo naprawić, które smakowały jak niebezpieczny sport i wciąż sprawiały wrażenie, że nie przynależą do naszej natury: byliśmy to my i nie my. Fascynująca bezkarność, intensywność przeżyć stawały się wreszcie jak narkotyk, pojawiał się dogłębny smutek i przechodziliśmy na pozycję ofiary miażdżonej przez bezduszne zakazy nieludzkiej instytucji.

Nurt drugi prezentuje bardziej wyrafinowane i trudniejsze do odkrycia kłamstwo. Zacytuję Tomasza Mertona, by pokazać jego logikę:

Bóg życzy sobie, byś robił to, co jest właściwe. Ale masz wewnętrzny barometr, który sygnalizuje ci przyjemnym, ciepłym ognikiem zadowolenia, co jest właściwe. Zatem jeśli inni próbują mieszać się i każą ci robić coś, co nie wytwarza tego miłego poczucia zadowolenia, zacytuj Pismo Święte, powiedz im, że musisz słuchać nie ludzi, lecz Boga, a potem krocz dalej i wypełniaj swoją własną wolę, czyń rzeczy, które dają ci to przyjemne uczucie ciepła.

Lecz jak podpowiada historia zbawienia — Bóg potrafi wyprowadzić dobro z sytuacji po ludzku przegranych i beznadziejnych, z naszych upadków i zaniedbań. Nie słyszano bowiem, aby Jego Syn, który oddał za nas życie i który jest Głową naszego Kościoła, zaparł się swojego Ciała.

Rozstania
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz.W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...