Rzecz o pewnym zdziwieniu

Rzecz o pewnym zdziwieniu

Nauczyciele uważają rekolekcje za zło konieczne, bo i tak mają trudności z realizacją szkolnych programów, a tu jeszcze muszą gdzieś chodzić. Proboszczowie obawiają się, nie bez przyczyny, o to, czy kościół przetrzyma ten czas „burzy i naporu”. Uczniowie się nudzą.

Nie tak dawno minęły czasy, kiedy jako uczeń siedziałem w ławce i czekałem. Czekałem, aby mi coś powiedziano, czegoś nauczono, coś przygotowano, coś zaproponowano. Wyobrażałem sobie, że w końcu nauczyciel od tego jest, aby się starać. Moja rola ogranicza się do recepcji. Jednocześnie nie mogłem zaakceptować tego, co podsuwała mi szkoła. Podstawowym moim i kolegów zajęciem było krytykowanie: że szkoda czasu, że bez sensu, że to strasznie nudne i w ogóle mało życiowe. Wszelkie zmiany przyjmowaliśmy z wielkim sceptycyzmem, ale nie mieliśmy innego wyboru, jak tylko się z nimi pogodzić.

Największą radością były dni, kiedy z jakichś przyczyn przepadały lekcje. Każda forma spędzenia zajęć była lepsza od siedzenia w dusznych klasach. Bez względu na to, czy chodziło o akademię, cyrk, kino czy wycieczkę, byliśmy szczęśliwi. Nie liczyło się to, z jakiego powodu się wychodzi, lecz to, że się wychodzi.

Należę do pokolenia, które przeżyło powrót katechezy do szkół. Cała awantura, którą oglądaliśmy w telewizji i o której mogliśmy przeczytać w prasie, była jakby obok nas i wyglądała na problem ludzi dorosłych, a nie nasz — uczniów. Kazano wyjść z salek katechetycznych. Wyszliśmy. Chciano zawiesić krzyże w klasach. Nie protestowaliśmy. Postanowiono, że nie będzie oddzielnego świadectwa z religii. Zaakceptowaliśmy fakt. Mówiono, że ocena z religii liczy się do średniej ocen. Ucieszyliśmy się, bo to dawało szansę wyższej średniej. Powiedziano, że nie liczy się. Zgubiliśmy się. Równie bezboleśnie przystaliśmy na szkolne rekolekcje. Potraktowaliśmy je niemal tak samo jak Dzień Wagarowicza, Dzień Dziecka czy Święto Pracy, kiedy też nie odbywają się lekcje.

Gdy wprowadzano rekolekcje do szkół, nikt jeszcze nie myślał o tym, że za nieobecność na nich trzeba będzie straszyć nieusprawiedliwionymi godzinami czy też niższą oceną z religii. Większość chodziła na nie, jak co roku. Z tą tylko różnicą, że tym razem nie w towarzystwie rodziców, lecz z grupą koleżanek i kolegów. Ileż ważnych tematów, które natychmiast trzeba omówić, pojawiało się wtedy! Wychowawców i nauczycieli nie było na horyzoncie (być może nie chcieli i nie chcą być uważani za faryzeuszy, więc tradycją się stało, że siedzą w ostatnich ławkach), zatem zajmowaliśmy się swoimi sprawami.

Wszystko wyglądało bardzo prosto. Ksiądz rekolekcjonista, uczniowie (lekko znudzeni i zbuntowani, że z jednych ławek wciskają ich w inne), wychowawcy (też znudzeni i zbuntowani, z tą jednak różnicą, że oni opanowali już sztukę konwenansów i wiedzieli, jak się zachować) i Pan Bóg.

Piąte koło u wozu

Jestem katechetą. Od kilku miesięcy staję naprzeciw zbuntowanej młodzieży i staram się ją zachwycić Panem Bogiem. Miałem już okazję brać udział w szkolnych rekolekcjach. Tym razem z przeciwnej strony, jako ten, który je organizuje. Mając w pamięci podejście młodych ludzi do tego przedsięwzięcia, wiedziałem, że nie będzie to sprawą łatwą. Jako młody nauczyciel mam jednak głowę nabitą ideałami i wiarą w to, że wszystko ma sens i wszystko może się udać.

Wyobrażałem sobie kiedyś, że pokój nauczycielski to taka wielka klasa, która się zbiera na dziesięć, piętnaście minut. To taka klasa, gdzie można kogoś nie lubić, gdzie „te dwie to zawsze razem”, a „ten w kącie, z długimi włosami, to zawsze zbuntowany i imponuje koleżankom”, a „temu to zawsze figle w głowie”, a „ta mała, w okularach, to ciągle się uczy”. Jeśli ściągamy, to całą klasą, a jeśli zwiewamy, to nikt się nie wyłamuje, choć może nawet był przygotowany. Jeśli są rekolekcje, to trzeba je zrobić. W końcu obowiązuje solidarność klasowa.

I tu czekało mnie zdziwienie. Okazało się, że katecheta, jako jedyny nauczyciel, ma okazję stać się na kilka dni dyrektorem szkoły, w której pracuje. Pamiętam podobną sytuację z lat szkolnych, gdy tak dla żartu zamienialiśmy się z naszymi nauczycielami rolami. Ile wtedy by się dało za to, aby móc „udawać dyrektora”. A tu proszę, spełniają się moje marzenia, tylko jakby już mniej żartu w tym wszystkim. Będąc tak na niby dyrektorem, układa się, całkiem na serio, plan, zajęcia, tematy, koordynuje pracę całej szkoły, dostarcza materiały pomocnicze, przeprowadza rozmowy z nauczycielami itd. Jest jednak mała, ale jakże istotna różnica pomiędzy mną a prawdziwym dyrektorem. Istnieje niepisane prawo, które mówi: „dyrektor zawsze ma rację”. Mi natomiast dar nieomylności nie przysługuje. Można więc w nieskończoność zwracać „dyrektorowi na niby” uwagę, wyrażać swoje niezadowolenie z jego pracy, a także z otrzymanych propozycji. To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że na stanowisko dyrektora się nie nadaję. W pewnym momencie można poczuć, że zarówno katecheta, jego praca, jak i same rekolekcje są piątym kołem u wozu.

Gry i zabawy

Ogarnia mnie uczucie permanentnego zdziwienia, że rekolekcje nie są chciane przez nikogo. Dyrekcja wolałaby inne zajęcia dla uczniów, jednak litera prawa nie pozwala na odstępstwa. Nauczyciele również uważają rekolekcje za zło konieczne, bo i tak mają trudności z realizacją programu, a tu jeszcze muszą gdzieś chodzić. Proboszczowie obawiają się, nie bez przyczyny, o to, czy kościół przetrzyma ten czas „burzy i naporu”. Uczniowie się nudzą, buntują, że muszą chodzić, bo są straszeni nieobecnościami i niższymi ocenami z religii. Z założenia uważają, że nic ciekawego na naukach się nie dzieje, narzekają więc, że „za długo, za ciasno, za zimno, za nudno”. Wokół nich krążą, niczym „lwy ryczące” — katecheci i katechetki, którzy starają się zapanować nad żywiołem i których głównym zadaniem jest uciszyć, pogrozić, postraszyć, poprosić, zachęcić, upomnieć i przemilczeć. I tak mija godzina.

Myliłby się ktoś, kto by sądził, że na kościele kończy się program rekolekcyjnych dni. Po nauce, aby zadowolić młodzież, należy dostarczyć rozrywki. Trzeba tańczyć, śpiewać, recytować, dopingować, krzyczeć, tupać, rywalizować, zorganizować wycieczkę lub jakieś zawody, a może chociaż jakieś spotkanie, ale to już chyba przeżytek. Trzeba wreszcie nieustannie zaskakiwać. Wtedy jest nadzieja, że komuś się coś spodoba.

W całym zamęcie zapominamy o tym, co jest najważniejsze. Rekolekcje stają się chwilą, którą trzeba jakoś przetrzymać, bo dopiero później będzie zabawa, bo dopiero później będzie ciekawie. Może czas się zadziwić, że Wielki Post staje się tłem lub tylko hasłem, które niewyraźnie przebija przez neony zabawy? Może czas stwierdzić, że cisza nie może rywalizować z hałasem, zatrzymanie z ruchem? Co się stanie, kiedy skończą się nam pomysły na rozerwanie, zaskoczenie uczniów?

Zmiana, która smuci

Ostatnio słyszałem relację ze spotkania rodziców przyszłych gimnazjalistów. Podczas prezentacji szkoły pojawiły się tylko pytania o to, czy można zmniejszyć liczbę godzin religii w szkole. Rodzice obiecali, że napiszą list, że będą protestować. Kto więc potrzebuje i chce, aby była religia, aby były rekolekcje, aby nie nauczać, bo to zakłada już pierwotny poziom wiedzy, ale aby nawracać młodych ludzi?

Gdy porównuję moje rekolekcje z czasów, kiedy byłem uczniem, z chwilą obecną, gdy je przygotowuję, zauważam, że nie ma zbyt wielkich zmian. Wciąż, tak jak dawniej: rekolekcjoniści starają się powiedzieć coś ważnego, nauczyciele siedzą w ostatnich ławkach, a uczniowie traktują czas rekolekcji jako czas wolny od zajęć. Z tą jednak różnicą, że teraz nauki są tylko jedną z atrakcji rekolekcyjnych dni, a kiedyś były gwoździem programu. Ale może było tak tylko dlatego, że nic więcej się nie działo?

Propozycje

Jakiś czas temu rozmawiałem z pewnym księdzem, który podsunął mi rozwiązanie, sposób uzdrowienia szkolnych rekolekcji. Oczywiście jest to jeden ze sposobów, być może nie najlepszy, ale wydaje mi się na tyle ciekawy, że warto o nim wspomnieć. Oto w skrócie główne postulaty.

Głoszeniem rekolekcji powinni się zająć zawodowcy, tzn. powinny być grupy osób, duchownych i świeckich, odpowiednio przygotowanych do swojej pracy, co pozwoli uniknąć zapraszania na rekolekcje ludzi przypadkowych, którzy czasem zawodzą. Przed rozpoczęciem rekolekcji w danej szkole przedstawialiby oni ramowy program, który zostałby następnie dostosowany do realiów.

Rekolekcje powinny być oddzielone od Wielkiego Postu. W poszczególnych szkołach odbywałyby się w różnych, dogodnych dla nich terminach. Umożliwiłoby to uniknięcie kolizji z ważnymi wydarzeniami z życia szkoły i mogłoby zmniejszyć niezadowolenie zarówno dyrekcji, jak i samych nauczycieli.

Kwestią dyskusyjną pozostaje sprawa prowadzenia nauk w ramach lekcji czy też po nich. Oprócz rekolekcji szkolnych, odbywałyby się, jak co roku, rekolekcje wielkopostne, na które przychodziliby ci, którzy chcą i którzy wiedzą, po co przychodzą.

Jeśli nic się nie zmieni, to jaka będzie przyszłość? Pewne fakty łatwo przewidzieć. Rekolekcjonista będzie mówił, nauczyciele będą siedzieć w ostatnich ławkach, uczniowie będą rozmawiać, proboszczowie będą się obawiać, a katecheci będą chcieli odpocząć.

Rzecz o pewnym zdziwieniu
Sebastian Nowak

urodzony w 1976 r. – student filologii polskiej i teologii UAM, katecheta w szkole podstawowej, publikował w „Inspiracjach”, zajmuje się związkami literatury i teologii. Mieszka w Poznaniu....