Samospalenie jak paschał

Samospalenie jak paschał

Swego czasu z moim znajomym poszukiwaliśmy na Ukrainie śladów jego przodków. Przez kilka dni przebywaliśmy w Żytomierzu i okolicach: odwiedzaliśmy kołchozy i chutory, rozmawialiśmy ze starcami i miejscowymi historykami, przeczesywaliśmy cmentarze i wypytywaliśmy w redakcjach.

Duże wrażenie wywarł na nas żytomierski cmentarz z kamiennymi nagrobkami Moniuszków, Kraszewskich, Ledóchowskich czy Korzeniowskich. Po nekropolii oprowadzał nas tamtejszy Polak, starszy już człowiek, z kresowym akcentem opowiadający o dziejach naszych rodaków za wschodnią granicą. Mówił, że jest strażnikiem pamięci cmentarza i rzeczywiście był kopalnią wiedzy na temat losów pochowanych tam osób. Zarazem jednak zachowywał się tak, jakby odgrywał przed nami spektakl: teatralnie podnosił głos, nienaturalnie gestykulował, zastygał w niemych pozach, jakby oczekując oklasków.

Jeden raz tylko zerwał z aktorską pozą – gdy opowiadał o międzywojennych dziejach księdza Fedukowicza, proboszcza katedry w Żytomierzu. Kapłan ten był prześladowany przez władze sowieckie i nie mogąc znieść represji, zdecydował się na radykalny krok. – Było to 4 marca 1925 roku – opowiadał z przejęciem nasz przewodnik. – Ksiądz wszedł na górę Czackiego, oblał się benzyną i podpalił. I płonął jak ten paschał. Jak żywy paschał, który widać było z daleka w ciemnościach. A od tego paschału zaczęła płonąć nasza wiara. Nasza wiara, która nigdy nie zgasła. Wszystko dzięki niemu: tej żywej, płonącej pochodni…

Gdy to mówił z coraz większym podnieceniem, nagle padł na kolana, zaczął niczym Rejtan drzeć na sobie koszulę, aż spostrzegliśmy, że nie może złapać oddechu, charczy, chwyta się za serce, wywraca gałki oczne i upada na ziemię. Długo trwało, zanim doprowadziliśmy go do przytomności, ale przez chwilę myśleliśmy, że będziemy świadkami zgonu.

Kiedy się pożegnaliśmy, dwie sprawy nie dawały mi spokoju. Dlaczego akurat los księdza Fedukowicza, a nie innej postaci, o których opowiadał, tak bardzo wstrząsnął strażnikiem cmentarza? Dlaczego tak mocno utożsamiał się on z tragicznie zmarłym kapłanem, że przeżywając jego śmierć, sam omal nie pożegnał się z życiem? I jak to się stało, że czyn samobójczy mógł być źródłem wiary, skoro Kościół wyraźnie potępia zamach na samego siebie?

Poszukiwania w opracowaniach historycznych przyniosły rezultat. Udało mi się ustalić, że ksiądz Fedukowicz został aresztowany przez GPU i złamany w śledztwie. W areszcie napisał list otwarty do duchownych i wiernych katolickich przedrukowany niemal we wszystkich gazetach na Ukrainie. Wzywał do „zaprzestania walk z władzą radziecką, uznania słuszności propagandy ateistycznej i odstąpienia od praktyk religijnych i Kościoła w ogóle”. Dzięki temu uzyskał wolność. Gnębiony wyrzutami sumienia nie mógł jednak dłużej żyć i popełnił samobójstwo.

Podczas obiadu u żytomierskiego biskupa, u którego mieszkaliśmy przez cały okres poszukiwań, postanowiłem zagadnąć go o naszego przewodnika z cmentarza. Biskup, kiedy usłyszał, o kogo chodzi, nie był zbyt chętny do rozmowy. W końcu wyznał, że człowiek ten w czasach komunistycznych szpiegował go i donosił na niego do KGB.

Strażnika pamięci cmentarza więcej nie spotkałem. Być może jego utożsamienie się z postacią księdza Fedukowicza było próbą zrehabilitowania postawy z przeszłości. A może pragnienie zapłonięcia jak paschał było wyrazem wyrzutów sumienia, podobnych do tych, które gryzły proboszcza miejscowej katedry. Tego pewnie nie dowiemy się nigdy.

Samospalenie jak paschał
Grzegorz Górny

urodzony 30 marca 1969 r. – polski dziennikarz i publicysta, redaktor naczelny kwartalnika „Fronda”, publicysta i reportażysta, autor wielu artykułów. W latach 2003-2009 publikował felietony na łamach miesięcznika „W drodz...