Siedemdziesiąty siódmy powrót

Siedemdziesiąty siódmy powrót

Przypowieść o synu marnotrawnym wyraża w sposób prosty i dogłębny rzeczywistość nawrócenia. Nawrócenie jest najbardziej konkretnym wyrazem działania miłości i obecności miłosierdzia w ludzkim świecie (DM 6).

Wojciech Prus OP: Czym jest miłosierdzie Boga?

Najlepszym obrazem tłumaczącym, czym jest miłosierdzie, jest Ewangelia o ojcu miłosiernym, inaczej nazywana Ewangelią o synu marnotrawnym. Opowiada ona w dużym skrócie o tajemnicy stworzenia człowieka i jego godności. Syn otrzymuje od ojca przypadającą mu część majątku. Relacja do ojca jest relacją dziecięctwa. To jest tak, jak z nami: jesteśmy synami i córkami Boga, mamy prawo do Niego i do części, a wręcz do całości dziedzictwa. Przypowieść Jezusowa używa ludzkich kategorii, mówi się w niej o części zgodnie z obyczajami panującymi wśród Żydów. Myśląc teologicznie, trzeba powiedzieć, że każdy ma prawo do całego Pana Boga. Człowiek ma prawo do dziedzictwa, czyli do misterium Ojca. Dziedzictwo nie jest przez niego wypracowane, ale może je wziąć, bo na niego przypada. To jest tajemnica wolności — Ojciec na prośbę syna daje mu dziedzictwo i syn może zrobić z nim, co chce. Porównując tę sytuację do relacji rodzice — dziecko w naszym świecie, dobrzy rodzice dają dzieciom dary i obdarzają je wolnością, to znaczy biorą na siebie ryzyko, że dziecko może podejmować złe decyzje. Dziecka nie da się zaprogramować, żeby zawsze czyniło dobrze. Gdy się nim manipuluje, nie ma szans stać się w pełni dojrzałym mężczyzną czy kobietą. Tylko miłość może sprawić, że będzie podejmowało dobre wybory w wolności.

W przypowieści dziecko bierze to, co na nie przypada, i w wyniku błędnych decyzji roztrwania majątek, przestaje być dziedzicem, synem. Kiedy orientuje się, co się stało, stwierdza: „Niewolnicy u mojego ojca mają lepiej. Nie dzieci, nie synowie, ale niewolnicy u ojca mają lepiej, niż ja mam teraz. Pójdę do ojca i poproszę, aby uczynił mnie jednym z nich. Zmarnowałem dziedzictwo, więc nie mam prawa być dzieckiem. Nie mam już w rękach nic, co byłoby znakiem mojego synostwa”. Ten człowiek konsekwentnie posługuje tu się logiką, która wynika ze sprawiedliwości.

Można się zastanawiać, czy pomyślał, że odpracuje to, co stracił. Chyba tak, bo kiedy przychodzi do ojca, to nie mówi do niego „Panie”, tylko „Ojcze”. W swojej logice sprawiedliwości jest niekonsekwentny. Ma świadomość, kim jest ojciec. Mówi „Ojcze”, choć zaraz dodaje; „zgrzeszyłem przeciwko Bogu i względem Ciebie i nie jestem godzien, nie mam żadnego tytułu, żeby się nazywać twoim synem, twoim dzieckiem”. Taka jest sytuacja człowieka w momencie, w którym roztrwonił skarb. Z punktu widzenia prawa respektującego sprawiedliwość nie ma nic, co dawałoby mu możliwość nazywania się synem, i on o tym wie. Myślał jednak, że być może będzie przez pięćdziesiąt lat pracował, ale odbuduje tę część skarbu, która była jemu przeznaczona.

W tej Ewangelii syn wygłasza formułę, którą przygotował. Ona jest prawdziwa, ale ojciec na nią nie odpowiada. Nie podejmuje dyskusji na poziomie zaproponowanym przez syna. Przed synem stoi najtrudniejsze zadanie — musi zaakceptować to, co zaproponuje ojciec. Ten woła do sług: „dajcie mu sandały, szatę, pierścień”. Daje synowi insygnia synostwa i władzy. Mało tego, każe zabić tuczone cielę, chce ucztować i cieszyć się. To jest miłosierdzie — moment, w którym ojciec decyduje, że syn wraca do domu za darmo. Miłosierdzie to uznanie, że ważniejszy jest człowiek, który wrócił, niż to, co stracił po drodze.

Czy sprawiedliwość nie byłaby łatwiejsza? Marnotrawny wolałby ponieść konsekwencje swego wyboru. Skoro stracił godność, chciałby na nią na nowo zasłużyć. To byłoby godne człowieka dorosłego. Tymczasem widać, że wszystko zależy od ojca, który traktuje wracającego jak małe dziecko. Syn przyszedł z propozycją rozwiązania problemu, a ojciec nie słucha…

Rzeczywiście wydaje się, że nic nie zależy od syna, że wszystko jest za darmo, a ojciec nie podejmuje rozmowy z synem. Jednak prosząc, by dano mu insygnia władzy, insygnia dziedzictwa i przygotowano ucztę, mówi mu: „teraz wszystko zależy od ciebie”. Prosi syna, by zaakceptował miłość ojcowską, złożył ofiarę z własnego postrzegania świata, żeby zrezygnował ze sprawiedliwości i z logiki. Syn dotąd myślał, że wszystko odpracuje. Tymczasem ojciec wiedział, że gdy tak się stanie, to będzie się czuł samowystarczalny, dojdzie do wniosku, iż jest w stanie się rozliczyć z ojcem. To uwięziłoby go na zawsze na płaszczyźnie sprawiedliwości. Ojcu chodziło o coś zupełnie innego. Syn przychodzi z pustymi rękoma, nic nie ma. Jedyne, co może zrobić, to przyjść. Ojciec pokazuje mu coś, z czego on nie zdaje sobie sprawy. Syn nie musi niczego odpracowywać, bo już ma wszystko. Dramat grzechu, roztrwonionego dziedzictwa polega na tym, że patrzy się wtedy z bardzo egocentrycznej perspektywy. Człowiek jest tak bardzo skupiony na sobie, że widzi tylko siebie i to, co zmarnował, dlatego chce odpracować, odbudować swoje życie, nadrobić stracony czas. Ojciec z tej Ewangelii mówi, że tego nie da się zrobić. Nie da się cofnąć czasu, ale można żyć od nowa. Wszystko zależy od ciebie, bo jeżeli nawet masz wrażenie, że dostajesz za darmo nową szansę, to nie jest ona darmowa, gdyż teraz musisz przyjąć dar miłosierdzia. Najtrudniejsza rzecz, którą człowiekowi przychodzi zrobić w życiu, to przyjąć dar, uznać, że ktoś mi pomaga, a ja nie będę w stanie mu się odwdzięczyć. Jeżeli przyjmuję taki dar, to zostawiam siebie, myśli, które ciągle napominają, że powinienem coś sobą w życiu prezentować, coś zrobić, coś umieć, coś wypracowywać. Sprawiedliwością wewnątrz miłosierdzia jest to, że człowiek musi dokonać ofiary z siebie. W przypowieści syn musi zostawić koncepcję bycia jednym z najemników. Jeśli człowiek wie, ile kosztuje zostawianie koncepcji, którą sobie wymyślił, nie będzie mówił, że to jest łatwe.

Czy starszy syn nie miał jednak racji, że się zbuntował? Młodszy syn poszedł, sponiewierał swoją godność, wie, że nie jest godzien nazywać się synem, a ojciec zachowuje się tak, jakby się nic nie stało.

Starszy syn nie zdaje sobie sprawy z tego, jaki ma dar. Człowiek, który nie zgrzeszył, który dobrze żyje, bardzo różni się od kogoś, kto się pogubił w życiu, któremu wszystko się rozsypało. Starszemu synowi brakowało uświadomienia sobie, jak wielkim szczęściem jest życie bez grzechu, życie bez klęski. Brakowało mu także współczucia, nie był w stanie wyobrazić sobie, jak wielkim cierpieniem jest powracanie wspomnień, nieustanna świadomość zmarnowania życia. Osoby prowadzące terapię dla kobiet, które dokonały aborcji, zwracają uwagę, jak silnie to doświadczenie zostaje w ich sercach, że nie można się od niego uwolnić. Jeżeli starszy syn mówi: „Przyjąłeś go tak, jakby nic się nie stało”, to znaczy, że nie jest w stanie sobie wyobrazić, że jego młodszy brat będzie teraz żył ze świadomością zmarnowanego czasu, zmarnowanych talentów, że to może wracać jako zaczyn następnej klęski. Takie wspomnienia przynoszą pokusę powrotu do chlewa. Tak jest na przykład z człowiekiem, który wychodzi z alkoholizmu. Pozostanie w nim wspomnienie, ile zniszczył w jego życiu alkohol, ale zawsze też będzie niebezpieczeństwo, że spróbuje uciec przed tymi myślami w alkohol. To ciężar, z którym człowiek musi żyć. Jeśli starszy syn mówi, że nic się nie stało, to znaczy, że nic nie rozumie…

On trochę inaczej mówi. „Stało się coś bardzo złego, wymaga to naprawy, a Ty, Tato, przyjmujesz go, jakby przyszedł ze spaceru”.

Ojciec współczuje młodszemu synowi; wie, że jest on w momencie, w którym sam sobie odmawia prawa do życia. Powiedzieć, że jest się niewolnikiem, to znaczy zdefiniować siebie jako kogoś, kto nie ma prawa żyć, nie ma godności, jest nikim, przekreśla siebie. Ojciec pięknie wsłuchuje się w to, co się dzieje w synu, wie, ile go to kosztuje. Ojciec musi mu powiedzieć: „Rodzisz się na nowo, zaczynasz jeszcze raz”. Ten, który przychodzi, musi wyzwolić się z negatywnego odczuwania samego siebie i uwierzyć, że może jeszcze raz spróbować, że jeszcze raz wyruszy w drogę. Podobnie jest, gdy ktoś doświadczy traumatycznego przeżycia, np. spowoduje wypadek samochodowy. Gdy będzie musiał usiąść za kierownicą, to obecność w pamięci tego przeżycia będzie go blokowała, odbierała wiarę we własne umiejętności. Syn marnotrawny za każdym razem, kiedy usiądzie przy ojcu, może przypominać sobie to, co zrobił. Jeżeli więc ojciec postępuje w taki, a nie inny sposób, to doskonale wie, co robi, a starszy syn go nie rozumie.

Gdyby młodszy syn przyszedł do starszego brata i powiedział: „Nie jestem godzien”, to usłyszałby: „Nie jesteś godzien, więc powinieneś zrobić to i to, przez ileś lat być niewolnikiem”. Ojciec nie podejmuje dyskursu z młodszym synem, ale starszy brat chętnie by przyjął tę zaproponowaną płaszczyznę rozmowy.

Można powiedzieć, że starszy syn jest głosem, który spodziewał się usłyszeć młodszy od ojca. To znaczy, że młodszy dźwiga w sobie starszego brata jako sposób przeżywania rzeczywistości. Pewnie sam na siebie nieraz krzyczał. Jak człowiekowi się nie powodzi w życiu, coś mu nie wychodzi, robi błędy, to nieraz beszta siebie, miesza z błotem. To równocześnie oznacza, że starszy brat ma w sobie młodszego, ma możliwość zostawienia wszystkiego i wyruszenia w dalekie kraje. Sam przed sobą się do tego nie przyznaje, boi się tego, dlatego tak łatwo odrzuca młodszego brata. Każdy z nas nosi w sobie coś takiego, że gdybym miał okazję, gdyby zaistniały inne okoliczności, to wszystko mogłoby się stać. Obaj bracia mogliby się przy innym układzie wypadków zamienić miejscami. Chcę przez to pokazać, że każdy ma w sobie młodszego i starszego brata, a za rzadko ma w sobie ojca miłosiernego.

Dlaczego ojciec jest tak miłosierny?

Starszy brat, czyniąc wyrzuty ojcu, nie jest w stanie sobie wyobrazić, co oznacza sytuacja, gdy odchodzi ktoś ukochany. Ciekawe zresztą, jak on przeżywał odejście brata? Doświadczał bólu podobnego do cierpień ojca? Chyba najbliższe doświadczeniu ojca są przeżycia osoby zdradzanej w małżeństwie czy w przyjaźni. To oznacza śmierć dla tego, który zostaje z zawiedzioną miłością. Ten człowiek już nie żyje. W odniesieniu do Pana Boga używanie takich słów to przesada, ale chodzi o obszar doświadczenia, który zbliża do tajemnicy. Postawa ojca wypływa z miłości, ze współczucia. On musi wiedzieć, co znaczy powrót dla jego syna, zna jego przeżycia, wsłuchuje się w niego cały czas. Powrót syna oznacza też dla ojca powrót do życia. To jest najważniejsze.

Gdyby syn nie wrócił, bo wykombinowałby sobie, że najpierw odpracuje stracone pieniądze, a ojciec wiedziałby, że on gdzieś ciuła grosze, gromadzi kapitał, żeby oddać, dopóki by nie wrócił, to ojciec cały czas oczekiwałby, miałby może nadzieję, ale dopóki fizycznie by się nie pojawił, nie zaznałby pełni życia…

Trzymajmy się przypowieści. Wskazałeś dwa tropy. Pierwszy mówi o odpracowaniu straconych pieniędzy. Tylko że w przypowieści mowa jest o tym, iż syn marnotrawny najął się do wypasania świń. Gdy mimo to był głodny, zrozumiał swoje położenie. Ta przypowieść traktuje o tym, że on nie jest w stanie odpracować, choć próbuje to robić…

To prawda! On nie jest w stanie odpracować. Gdy następuje zdrada, na przykład, gdy małżeństwo doznaje śmierci przez zdradę, to niemożliwy jest powrót do tego, co było. W cudzysłowie można powiedzieć, że tego małżeństwa już nie ma. Po powrocie marnotrawnego małżonka musi powstać nowe. Nie jest możliwe odpracowanie, nie da się cofnąć czasu, nie ma niczego, co zrównoważyłoby zdradę, śmierć jedności.

Ten, kto zdradził, nie jest w stanie wynagrodzić skrzywdzonemu małżonkowi, nawet obsypując go złotymi górami. Wtedy los małżeństwa jest w rękach strony zdradzonej, od tego, czy ona pozostanie wierna miłości i przebaczy, zależy, czy to małżeństwo będzie trwało.

Osoba, która jest zdradzona, jest miłosiernym ojcem z Ewangelii, może nim być. Równocześnie los małżeństwa zależy też od tego, kto jest w roli syna marnotrawnego, bo człowiek zdaje sobie sprawę, że nie jest w stanie zasłużyć na to, co zostało mu przebaczone, musi żyć ze świadomością krzywdy, którą wyrządził. To jest pytanie, co było dalej po weselu z powrotu syna. To tak jak z życiem, poczęło się, musi być dziewięć miesięcy noszone, potem są narodziny, a potem dopiero trzeba to dziecko odchować. Zatem po weselu powrotu syna, po narodzinach zaczyna się praca wychowawcza. Kto wie, czy dopiero wtedy nie zaczynają się problemy. Może dlatego praktyka spowiedzi Kościoła odzwierciedla dokładnie tę sytuację, bo zadośćuczynienie, czyli pokuta, jest po rozgrzeszeniu… a nie przed. Dla syna marnotrawnego prawdziwą pokutą, odpracowaniem strat będzie codzienność — próba normalnego życia pomimo wspomnień roztrwonionego dobra. To czas, gdy uczy się miłości — wzrastania.

Druga intuicja, która mi się nasunęła, gdy mówiłeś, że Ojciec ma świadomość tego, co się dzieje w synu, jest taka: Bóg bardzo dobrze wie, co dzieje się we wracającym grzeszniku, bo Pan Jezus we wcieleniu wchodzi w rolę marnotrawnego syna.

Tak, ta Ewangelia jest o wcieleniu… Używając metaforyki św. Ireneusza, można powiedzieć, że Słowo Boże, druga osoba Trójcy Świętej staje się synem marnotrawnym, żeby przyjść do Ojca, nikt inny nie zrobiłby tego ruchu. Odnosząc tę sytuację do naszych decyzji o powrocie — jeżeli podejmujemy decyzję o nawróceniu, to właściwie tę decyzję podejmuje w nas Boży Syn. I więcej — ta Ewangelia opowiada też o chrzcie świętym, kiedy dokonuje się wyrwanie z niewoli. Wszystko dzięki Chrystusowi.

Wyczytałem, że w tej przypowieści jest trzech synów — marnotrawny, starszy i ten, który opowiada przypowieść. Ten ostatni jest jednocześnie tym, który wyruszył na poszukiwanie młodszego brata, czego nie zrobił starszy syn. Pan Jezus wyruszył na poszukiwanie syna marnotrawnego, by go przyprowadzić do domu ojca.

To genialna obserwacja. Starszy syn narzeka, ale nie wyruszył szukać młodszego brata. Tu na marginesie pojawia się pytanie, co robić, kiedy ktoś się zgubił… Spotykam niekiedy wychowanków, z którymi byłem w duszpasterstwie akademickim; dwoje z nich zdeklarowało się jako osoby niewierzące. Ludzie, z którymi byłem blisko, powiedzieli mi, że nie wierzą. Co robić w dobie political correctness, kiedy się mówi o respektowaniu odmienności, dialogu? Przyznam się, że sobie mówiłem, że człowiek ma prawo do błędów, że trzeba mu dać wolność. Niedawno stwierdziłem, że muszę być ofensywny, że niesłusznie przy takich spotkaniach nie podejmuję żadnej inicjatywy. Być może ojciec liczył, że starszy brat ruszy, że pójdzie… Rzeczywiście, nagle uświadomiłem sobie, że trzeba ruszyć. Trzeba być przy marnotrawnych braciach, wiedzieć, w których odległych krainach siedzą, co się z nimi dzieje, jak wyglądają… Ojciec Niebieski jest tym, który to czyni w osobie Syna Człowieczego. W przypowieści ojciec dokładniej słyszy to, co przeżywa syn, niż to, co dzieje się w nim samym. Dla kochającego ojca ból syna jest ważniejszy aniżeli jego własny. On też cierpi, ale przez współczucie. W przypadku zdrady człowiek z reguły — to jest naturalne, ludzkie — bardziej widzi swoje cierpienia. Ojciec miłosierdzia zaprasza, żeby dotknąć cierpień tego, który zdradził, cierpień, z których często nie zdaje sobie sprawy. Gdyby iść w tym kierunku — wtedy dopiero zaczyna się ogrom cierpienia.

Warto może przypatrzyć się konkretnej sytuacji zdrady Piotra i jego spotkania z Panem Jezusem nad Jeziorem Tyberiadzkim.

Piotr jest w sytuacji syna marnotrawnego, zmarnotrawił łaskę bycia uczniem, przyjacielem Jezusa. Na dziedzińcu arcykapłana nie było go stać na wielkość. Nie powiedział: jestem Jego uczniem. Mógł to zrobić, miał w sobie skarb, który otrzymał od Jezusa. Gdy się spotykają, Pan Jezus czuje ból Piotra. Proponuje mu poradzenie sobie z sytuacją, z którą Piotr nie był sobie sam w stanie poradzić. Pan Jezus trzy razy zadaje mu pytanie. Gdy się czyta tekst w oryginale, to dostrzega się dwa różne słowa oznaczające miłość. Pan Jezus używa słowa agapeo, a Piotr fileo. Nie wgłębiając się w to, co które znaczy, zauważamy, że Pan Jezus używa jednego słowa, a Piotr odpowiada innym. W polskim przekładzie oddano to przez „miłujesz”, którego używa Pan Jezus, oraz „kocham”, którego używa Piotr. Za trzecim razem Pan Jezus używa tego samego słowa, które uczeń, by wydobyć z Piotra prawdę, by zapytać go, czy jest pewien miłości. Wtedy, w trzeciej odpowiedzi słowa Piotra brzmią najbardziej prawdziwie.

Czy to nie jest tak, że Piotr cały czas jest prawdziwy, tylko, że „agape” jest wyższą formą miłości? Pan Jezus, widząc, że Piotr boi się wejść na ten poziom, pochyla się nad nim, zniża wymagania, dostosowuje się do tonu, którym posługuje się Piotr…

…czyli Pan Jezus używa słowa, które oznacza najwyższą miłość, a Piotr mówi, używając słowa oznaczającego przyjaźń. Piotr mówi o tym, na co go stać, co jest w stanie sobie wyobrazić. Już wie, że jest słaby, dlatego nie chce składać łatwych deklaracji, stara się mówić z pokorą o tym, co w sobie nosi. Pan Jezus zamienia w ostatnim pytaniu słowo oznaczające miłość po to, by Piotr mógł powiedzieć: „Wiesz, co jest w moim sercu — pragnę Cię kochać, ale wiesz, że nawet tej niższej formy miłości nie jestem w sobie pewien. Ty wszystko wiesz — odsłaniam Ci ten lęk i pragnę Cię kochać”.

Gdy mówiłeś o niewierzących wychowankach z duszpasterstwa, skojarzyłem, że przypowieść o dobrym pasterzu, który idzie za jedną zgubioną owcą, jest tuż obok przypowieści o synu marnotrawnym.

Ona jest dopowiedzeniem. To znów genialnie pokazuje, jak jedna przypowieść nie wyczerpuje tajemnicy, tylko pokazuje jeden jej aspekt. Gdyby zatrzymać się na jednej przypowieści i nie opowiedzieć drugiej, brakowałoby jakiegoś elementu. Tu jest odpowiedź dla starszego syna. Dobry pasterz zostawia 99 owiec, które dobrze się mają, i idzie na poszukiwanie tej, która się zgubiła. Dobrze to rozumieją rodzice — bardziej się kocha dziecko, które jest chore, chociażby przez to, że potrzebuje ono więcej czasu. Dziecko zdrowe da sobie radę, nie potrzebuje tyle troski.

Wróciłbym jeszcze do wątpliwości starszego brata. Jeśli to nie jest tania łaska, łatwe miłosierdzie, to co się dzieje z grzechem w momencie miłosierdzia, inaczej w momencie spowiedzi?

Jeżeli zaistniał grzech, to Pismo mówi, że zapłatą za niego jest śmierć. Jeżeli człowiek zgrzeszył, to w jakimś aspekcie życia przestaje istnieć. Na przykład, jeżeli oszukałem, nadużyłem zaufania, to ono już nie będzie takie samo, czasem przemienia się w nieufność. Kiedy popełniam grzech, to pozbawiam się jakichś możliwości, tracę wrażliwość. Teologia mówi, że zapłatą za grzech pierwszych rodziców jest śmierć jako fakt fizyczny, który wszedł w życie ludzkie.

Można postawić pytanie, co zrobić, żeby odwrócić logikę śmierci. Jak już mówiliśmy, nie da się odwrócić tej logiki, tak jak tego chciał syn marnotrawny, próbując coś odpracowywać, by przywrócić dawne możliwości. To można zrobić w wymiarze fizycznym: przez trening, hantle, biegi można przywrócić kondycję zniszczoną przez bezruch. Co zatem dzieje się z grzechem, śmiercią? Jeśli mają być przezwyciężone, ktoś musi je wziąć na siebie, ktoś musi przyjąć konsekwencje braku życia. Wiara nam mówi, że uczynił to w Wielki Piątek Pan Jezus. Okazało się wtedy, że zło, które Go zabiło, jest bezskuteczne, że śmierć, która dotąd królowała, ma wybite zęby, bo zabiła Kogoś, a Ten znowu żyje, okazał się silniejszy od grzechu, od zła, pokonał je siłą swojej słabości.

Czy można powiedzieć, że Syn Człowieczy opowiadający tę przypowieść poszedł do chlewu, w którym pracował marnotrawny syn, i powiedział: „Biorę na siebie konsekwencje Twoich decyzji, wchodzę na twoje miejsce, a ty wracaj do domu”?

Powiedziałbym, że śmierć i krzyż oznaczają „uczyń mnie jednym z niewolników”, bo to jest sytuacja niewolnika. Krzyż i śmierć należą do logiki sprawiedliwości. W tym momencie wypełniona zostaje sprawiedliwość, to znaczy Jezus żyje tą sprawiedliwością, ale nie daje zamknąć się w jej logice. Jeśli człowiek zgrzeszył, to konsekwencją jest krzyż i śmierć, ale w momencie, kiedy Jezus mówi: „w ręce Twoje powierzam Ducha Mego”, wyraża zaufanie do końca. I ono przywraca życie. Zaufanie, posłuszeństwo w sytuacji syna marnotrawnego oznacza, że przyjmuje sandały, przyjmuje pierścień i płaszcz.

W Wielki Piątek Ojciec doczekał się odpowiedzi. Do tej pory nie dał mu jej żaden z jego synów, każdy zrobił zły użytek z wolności. Pan Jezus był do końca posłuszny, zaistniał człowiek, który całym swoim życiem, całym swoim istnieniem odpowiedział na miłość ojca.

Wewnątrz tej logiki, która była logiką sprawiedliwości. Chciał nas obdarzyć miłosierdziem. Przyjął na siebie śmierć — brak życia, w posłuszeństwie sprawiedliwości i przekroczył tę logikę sprawiedliwości. Zmartwychwstanie odpowiada w Ewangelii o miłosiernym ojcu chwili ofiarowania szat…

Pan Jezus, zmartwychwstając, wchodzi na ucztę weselną.

Odpowiedź, której udzielił Pan Jezus jako Syn, a której wcześniej nikt nie udzielił, umożliwia nowe spojrzenie na całość życia z chwilami śmierci, które się przytrafiły człowiekowi. To jest moment, w którym św. Augustyn zaczyna pisać Wyznania. Kiedy człowiek ogląda swoje życie, to nie chce opowiadać o ciemnych jego stronach. Chyba tylko wtedy, gdy chce się użalić nad sobą, uzyskać współczucie. Augustyn — to jest przedziwne w Wyznaniach — opowiada o upadkach i zaplątaniach, ale nie po to, żeby się użalać, tylko błogosławić Pana Boga. Konsekwencją przyjęcia miłosierdzia, tej szaty godowej, jest odwaga opowiedzenia o swoim chlewie. Wydarzenia już nie mają śmiercionośnego jadu, chociaż są trudne, bo śmierć została pokonana. Dopóki nie było miłosierdzia, wspomnienia zabijały, zamykały w przeszłości. Jeżeli potrafię opowiedzieć swoje życie, przyznać się do niego, oznacza, że okazałem miłosierdzie samemu sobie, przebaczyłem sam sobie, że nie jestem taki, jaki bym chciał. To oznacza nowe narodzenie, stanie się zupełnie innym człowiekiem. W takim momencie dopełnia się historia zbawienia.

Jak w świetle tego, co powiedzieliśmy, możemy spojrzeć na sakrament pojednania? Co zyskuję w spowiedzi? Dlaczego ona jest szansą?

Jakiś czas temu zauważyłem, że kalendarz, który człowiek prowadzi, może być modlitewnikiem. Gdy przegląda się kalendarz, to widzi się mnóstwo ludzi, imion, nazwisk, terminów, spraw, które są tam zapisane. Za każdym hasłem kryje się historia. To jest okazja, żeby w modlitwie ją odtworzyć, pytać o sens zdarzeń. Kalendarz jest modlitewnikiem również w tym znaczeniu, że może być pomocą w rachunku sumienia. Gdy go przeglądam, widzę, co się ze mną działo, jakie podjąłem błędne decyzje, kiedy źle postępowałem, kiedy coś zawaliłem. Wszystkie wpisy w kalendarzu to cząstka mojej historii. Kiedy idę do spowiedzi, biorę kalendarz ze sobą, bo on symbolizuje historię mojego życia. Patrząc w niego na płaszczyźnie sprawiedliwości, uzmysławiam sobie, że powinienem być niewolnikiem, że musiałbym odpracowywać zaniedbania, nadgonić stracony czas, naprawiać lub odbudować to, co zniszczyłem. W czasie spowiedzi pokazuję Bogu mój kalendarz i mówię, że nie mam szans na odbudowanie i proszę, żeby to mógł zrobić za mnie Pan Jezus. Proszę Pana Jezusa, żeby On powiedział, że to jest Jego kalendarz, że On się do niego przyznaje, że to jest Jego życie. Jezus wchodzi do mojego chlewa, aby mnie z niego wyprowadzić i przyprowadzić do Ojca. Dzięki rozgrzeszeniu przeżywam moment nowego narodzenia, odzyskuję szatę godową. Rodzić się na nowo, to wracać do kalendarza, w którym miałem zapisy słabości i grzechu, i spokojnie powiedzieć: „To jest moje życie, nie muszę się go wstydzić, chociaż wiem, że ono należy do mnie. Mogę przyjąć wszystko”. Czasami widać, jak ludzie tuszują swoją przeszłość, wstydzą się opowiadać o ciemnych stronach. Nawet sami przed sobą nie przyznają się do błędów, wypierają je z pamięci. W chwilach szczerości powiedzą: „nie chcę tego pamiętać, gdybym mógł cofnąć czas, to by nie było tego czy tamtego”. Spowiedź jest jedynym sposobem, by móc spojrzeć w lustro, by dało się żyć. Bez spowiedzi nie ma życia.

Jeśli bez spowiedzi nie ma życia, to co można powiedzieć ludziom, którzy ze względu na komplikacje życiowe nie mogą przystępować do sakramentów.

Rozmawialiśmy o tym niedawno w gronie braci. Jeden z naszych profesorów wskazał na pragnienie, prawdziwe pragnienie sakramentu spowiedzi, chociaż okoliczności życia uniemożliwiają pełnię pojednania z Kościołem. Ono jest przyjmowane przez Jezusa i sprawia, że Pan obdarza grzesznika swoją łaską. Być może łaska ta prowadzi do stwierdzenia, że „dla Boga nie ma nic niemożliwego”, i do podjęcia decyzji umożliwiających pełnię sakramentalnego pojednania, o których dotychczas myśleliśmy, że są absolutnie niemożliwe. Pragnienie sprawia, że trwa dialog z Jezusem i On może obdarzać miłosierdziem, chociaż to nie jest jeszcze pełnia sakramentalna. Na pewno jednak leczy to, co było złe w przeszłości — wyjmuje z niej śmiercionośne żądło. Jezus wie, że pragnieniem pojednania przepraszamy za popełnione niegodziwości. Cierpienie związane z niemożnością przystępowania do sakramentów spowodowaną okolicznościami życia możemy też ofiarowywać jako nasze zadośćuczynienie. Może to też być specyficzna forma oczekiwania na sakramentalne pojednanie — wydłużony okres dojrzewania do pełni.

Czy spowiedź nie jest pójściem na łatwiznę? Ktoś zdradził żonę, ktoś coś ukradł, ktoś popełnił oszustwo, oczernił kogoś, a przychodzi do miłosiernego Ojca. To pokrzywdzony powinien być adresatem słów grzesznika, on powinien mieć możliwość udzielenia przebaczenia. Czy przychodzenie do spowiedzi nie jest ucieczką od stanięcia twarzą w twarz ze skrzywdzonym?

Rozpatrzmy to na przykładzie zdrady w małżeństwie. Jasne, że celebransem odprawiającym sakrament powinna być osoba zdradzona, ale w życiu nie zawsze mamy do czynienia z sytuacją idealną, tylko jesteśmy na ziemi pielgrzymów, dopiero zdążamy do doskonałości. Spowiedź nie zastępuje pojednania z człowiekiem, ale kiedy stajemy wobec osoby skrzywdzonej, musimy pamiętać, że ona może być podobna do starszego brata z przypowieści. Czasami nie będzie w stanie celebrować miłosierdzia, a w najlepszym wypadku będzie domagała się odpracowania, czyli czegoś niemożliwego do zrealizowania, przekreślając możliwość dalszego życia. Jeżeli zdradzony małżonek wejdzie na płaszczyznę starszego syna, to małżeństwo zostanie zniszczone. Znałem związek, w którym zdradzona żona, do której mąż wrócił skruszony i gotowy do naprawy, tak często wypominała mu zdradę i powołując się na nią, domagała się uległości, że skończyło się to ich rozejściem. Mąż nie był w stanie udźwignąć roszczeń żony domagającej się zadośćuczynienia. Powstaje pytanie, na ile człowiek jest w stanie wejść w rolę miłosiernego ojca. Pytanie o przyznanie się stronie skrzywdzonej do grzechu nie powinno być pytaniem o to, co jest dla mnie łatwiejsze, tylko pytaniem o to, czy ten związek to uniesie. Niekiedy pójście do spowiedzi bez powiedzenia drugiej osobie w związku jest gestem ratowania małżeństwa.

Co można powiedzieć o wielokrotności spowiedzi? Synowi marnotrawnemu było łatwiej, bo przyszedł raz. Natomiast przychodzenie siedemdziesiąt siedem razy ze słowami „Ojcze, uczyń mnie jednym z niewolników” może zakrawać na kpinę z miłosierdzia.

Pewnie dlatego ojciec, nie podejmując dyskusji na poziomie „uczyń mnie jednym z niewolników”, a odpowiadając szatą, pierścieniem i sandałami, mówi synowi, że wszystko od niego zależy. Ojciec za każdym razem opowiada synowi o jego godności, która istnieje zamazana pod warstwami błota. Powtarzana spowiedź, powtarzająca się scena powrotu syna marnotrawnego opowiada o prawdzie, że człowiek jest stworzony na obraz i podobieństwo Boga, że zawsze jest w nas blask Boga, mówi o tym, co jest najpiękniejsze w człowieku. Roman Gary, pisząc Korzenie nieba, ukazywał piękno człowieka, którego nic nie jest w stanie zniszczyć. To jest godność człowieka. To Bóg w człowieku. Ojcowie mówią, że zostaliśmy stworzeni na obraz obrazu, czyli jesteśmy stworzeni na obraz Syna Człowieczego. Mamy w sobie bóstwo, bo mamy w sobie Syna Bożego, nosimy w sobie pełnię człowieczeństwa. W tym znaczeniu można powiedzieć, że obraz nigdy nie zostaje zniszczony, zostaje tylko zmazane podobieństwo. To tak jak z szybami przed świętami, które trzeba wyczyścić, bo już przez nie nic nie widać. Siedemdziesiąty siódmy powrót syna marnotrawnego to siedemdziesiąte siódme wyznanie wiary, że jest w człowieku blask Boga, to nieśmiertelny znak nadziei na nowe życie i zwycięstwo miłości, która jest silniejsza niż śmierć.

Siedemdziesiąty siódmy powrót
Wojciech Prus OP

urodzony 10 kwietnia 1964 r. w Poznaniu – dominikanin, rekolekcjonista, patrolog, duszpasterz wspólnoty Lednica 2000. Jako nastolatek należał do duszpasterstwa młodzieży przy poznańskim klasztorze, które wówczas prowadził...