Siedmiu księży i dwie świątynie

Paweł Kozacki OP, Wojciech Prus OP: Od ponad roku, wraz z Marcinem Lisakiem jesteście duszpasterzami Polaków w Dublinie. Czy Zielona Wyspa oglądana stamtąd to ziemia obiecana?

Marek Grubka OP: Wyspy jako całość – bo fenomen dotyczy również Anglii, Szkocji i części Walii – wchłonęły dużą liczbę Polaków, a także migrantów z innych krajów. Po naszym wejściu do Unii właściwie bez ograniczeń otworzył się rynek pracy. Czy to ziemia obiecana? W pewnym sensie tak. Dla wielu przyjeżdżających tu osób jest to szansa na zdobycie nowego doświadczenia zawodowego i prawie czterokrotnie większych zarobków.

Rzeczywiście zarabia się cztery razy więcej?

W dużym przybliżeniu, bo koszty utrzymania nie są małe. Ludzie przyjeżdżają, bo nie mieli pracy, startują po studiach i postanawiają uzbierać pieniądze na ślub czy mieszkanie, próbują innego życia, nabywają doświadczenia. Mają często szybki start, są samodzielni, wynajmują mieszkanie, kupują samochód. W porównaniu z Polską wiele spraw dzieje się szybciej. Dostają dobre pieniądze za swoją pracę i mogą swobodniej planować przyszłość. Irlandia daje młodemu pokoleniu szanse realnego życia. Zamiast jechać, jak kiedyś, do Stanów Zjednoczonych, emigrują do Europy. Z Poznania do Dublina leci się około dwie godziny czterdzieści minut. Są też telefony, emaile. Wobec tych wyjazdów pasowałoby więc określenie na saksy. Wielu ma na miejscu oparcie w bliskich, jeżeli jeszcze znają język i planują przedsięwzięcie finansowo, ryzyko jest niewielkie. Trudno nie spróbować. Zawsze można też wrócić.

Wyjeżdżają głównie młodzi ludzie?

Rząd Polski od niedawna prowadzi badania na ten temat. Ankiety pokazują, z jakich środowisk, grup zawodowych pochodzą wyjeżdżający. Próbuje się też określić w przybliżeniu ich liczbę. Na podstawie obserwacji z naszego Kościoła – oczywiście w Dublinie jest inaczej niż w małych miejscowościach – mogę powiedzieć, że wyjeżdżają głównie młodzi ludzie. 60–70% uczestników naszych dwóch mszy ma 24–35 lat. Większość po studiach wyższych czy licencjatach, część na urlopach dziekańskich. Większość zna język, przynajmniej na tyle, by się dogadać. Dlatego młodzi mają największe szanse znalezienia pracy. Są też osoby, które znajdują pracę na budowach, oraz robotnicy nieznający języka. Ci ostatni często albo zatrudniają się tam, gdzie angielski nie jest potrzebny, np. w firmach założonych przez Polaków, albo znają go na tyle, by porozumieć się na najprostszym poziomie.

Czy wiadomo, ilu ludzi wchłonęła stolica Irlandii?

Obecnie przyjmuje się, że w Dublinie i w najbliższych okolicach może przebywać od 80 do 100 tys. Polaków. Natomiast w całej Irlandii może być ich ponad 200 tys. Gdziekolwiek się w Irlandii poruszamy, tam spotyka się Polaków. Byłem w małej miejscowości, w której na dwa i pół tysiąca mieszkańców jest 600–800 Polaków. W innej, pięciotysięcznej miejscowości, mówi się o półtora do dwóch tysięcy. Często Polacy zaczynają pracować poza Dublinem, ale ich celem są duże miasta. Do strategii wielu przedsiębiorstw należy zatrudnianie przynajmniej jednego Polaka, który zna angielski. Irlandczycy szybciej niż nasze banki zaczęli robić promocje, by z zarobionych przez Polaków pieniędzy mieć coś dla siebie, zanim zostaną przekazane do Polski.

Czyim pomysłem był wyjazd polskich dominikanów do Irlandii?

Dominikanów irlandzkich. Kiedyś w taki sposób Irlandczycy wysyłali kapłanów za wyjeżdżającymi rodakami – do Stanów Zjendoczonych i Australii. Kiedy Polacy czy Słowacy zaczęli przychodzić do ich Kościoła, do spowiedzi, zwrócili się z prośbą do naszego prowincjała.

Jak wyglądały pierwsze dni po przyjeździe? Mieliście gotowy plan działania?

Najpierw byłem w Irlandii przez miesiąc w listopadzie 2005 roku. Zapoznałem się z sytuacją i przygotowałem raport dla prowincjała. Wtedy na pierwszą mszę po polsku, bez żadnych ogłoszeń, przyszło około czterdziestu osób. Gdy przyjechaliśmy 13 lutego 2006 roku, mieliśmy już wstępny plan posługi. Zaczęliśmy w niedzielę 19 lutego od jednej mszy o godz. 13.00, połączonej ze spowiedzią. Od Wielkiego Postu rozpoczęliśmy odprawianie drugiej mszy o godzinie 19.00 połączonej z możliwością spowiedzi i spotkaniem tematycznym. Na pierwszej mszy było około osiemdziesięciu osób, z tygodnia na tydzień liczba rosła. Teraz odprawiamy regularnie dwie msze. Przychodzi na nie 800–1000 osób. W niedzielę wielkanocną było ok. 1,5 tysiąca ludzi na trzech mszach świętych, wliczając poranną rezurekcję. Można powiedzieć, że po roku naszej obecności ośrodek w pełni zaistniał i jest rozpoznawalny dla wielu osób z różnych krańców Dublina.

Kto ze strony Kościoła zarządza duszpasterstwem Polaków w Irlandii?

Dopóki w Irlandii nie było polskiej emigracji, nie było potrzeby tworzenia struktur emigracyjnych. Teraz za emigrację z upoważnienia polskiego episkopatu odpowiedzialny jest biskup Ryszard Karpiński. Trwają rozmowy mające wypracować model duszpasterstwa dla Polaków. Irlandczycy nie chcieliby systemu, który ukształtował się po wojnie w Anglii i Szkocji, gdzie polski ksiądz funkcjonuje jako specjalny wikariusz biskupi z prawem mianowania księży i odpowiada za całość Polskiej Misji Katolickiej. Tutejsi biskupi zmierzają ku temu, aby polskie duszpasterstwo podlegało biskupom diecezjalnym. My, dominikanie, ale też kilku innych polskich księży, działamy w ramach parafii irlandzkich. Obok naszych mszy są jeszcze Eucharystie Słowaków, Chorwatów, Hiszpanów, Brazylijczyków. Ostatnio, po uzgodnieniach z biskupami irlandzkimi mianowano polskiego koordynatora, którym został ks. Jarosław Maszkiewicz z polskiego kościoła na High Street w Dublinie. Jednak jego funkcja polega głównie na przekazywaniu informacji i utrzymywaniu łączności z polskimi biskupami. Dla polskich księży przebywających na zielonej wyspie jest on źródłem informacji i organizatorem wspólnych spotkań.

Na czym polega Wasze duszpasterzowanie tysięcznej wspólnocie, która trafia do Waszego kościoła?

Przede wszystkim na sprawowaniu sakramentów: niedzielnej eucharystii, spowiedzi. Odprawiamy też mszę w piątek, która jest jedyną w tygodniu z możliwością spowiedzi. Raz na miesiąc organizujemy też duże spotkanie dyskusyjne. Przygotowujemy do chrztu i małżeństwa. Odbyły się nawet dwie serie kursów dialogowanych dla narzeczonych – to rodzaj naszych wieczorów dla zakochanych. Na pierwszym było dwanaście, na drugim piętnaście par. Na kolejnym, w maju, mieliśmy już 47 par narzeczonych. W niedziele mamy wiele chrztów. Czytałem, że w Norwegii w polskich rodzinach rodzi się bardzo dużo dzieci. To samo zauważamy tutaj, w Irlandii.

Ile jest w Dublinie kościołów z polską liturgią?

Jak już wcześniej wspomniałem, jest kościół na High Street, gdzie przebywa trzech kapłanów. Istnieje też nasz ośrodek oraz parafia irlandzka, w której pracują polscy salwatorianie. Tam przebywa ks. Andrzej Pyka, szczególnie zasłużony dla powołania tutejszego duszpasterstwa Polaków. Muszę o nim wspomnieć, bo on wszystko zaczynał. Mamy zatem trzy kościoły na półtoramilionowe miasto. A w całym Dublinie jest siedmiu polskich księży. Co przyniesie najbliższa przyszłość, zobaczymy…

Jak nawiązujecie kontakt z ludźmi?

Różnie to wygląda. Na naszej stronie internetowej jest adres i wiele osób się z nami w ten sposób kontaktuje. W domach i mieszkaniach, w których przebywają Polacy, raczej jest Internet. Jeśli ktoś szuka informacji o pracy lub jakiejkolwiek innej, to zagląda do sieci. Jeśli chce pójść ze święconką do kościoła, to nasza strona również okazuje się użyteczna.

Ludzie przychodzili poświęcić pokarmy?

W ubiegłym roku mieliśmy dyżur od dziesiątej do dwunastej i od piętnastej do osiemnastej. Teraz, gdyby nie trójka naszych braci studentów, nie dalibyśmy rady, ponieważ Marcin i ja równolegle spowiadaliśmy. Pomagał nam jeszcze Stanisław, jezuita, ale i tak było nas za mało. W duszpasterzowaniu tutaj wielu rzeczy nie da się przewidzieć. Można dokładnie zaplanować jakieś działanie, ale takie czynniki, jak praca czy dojazd, sprawiają, że zmienia się liczba ludzi i warunki. Trzeba być przygotowanym na zaskoczenia. Czasem ktoś puka do furty klasztoru i trzeba do niego zejść bez względu na porę dnia.

Czego potrzebują ludzie pukający do furty?

Rozmowy często zaczynają się zaraz po mszy. W zakrystii. Ktoś szuka modlitwy, ktoś inny chce ochrzcić dziecko lub przygotować się do małżeństwa. Dłuższe rozmowy trzeba przenieść poza zakrystię, na inny dzień. Zdarza się, że ktoś szuka wsparcia duchowego, bo doświadcza syndromu emigranta, czyli samotności, i nie wie, jak sobie z tym poradzić. Często chwila rozmowy wystarcza, by dodać otuchy. Czasem sprawy są bardziej skomplikowane. Współpracujemy od roku z poradnią psychologiczną, która powstała przy naszym ośrodku. W niej również wiele osób znajduje wsparcie.

Czy księża również doświadczają syndromu emigranta?

Każdy przez to wcześniej czy później przechodzi. Różnica między zakonnikami a księżmi diecezjalnymi polega na tym, że my przyjechaliśmy do klasztoru, do miejsca już zorganizowanego. Tylko oprawę mszy trzeba było przygotować. Teraz na dziewiętnastce jest schola – pojawił się Adam, który miał doświadczenia z Krakowa i powiedział, że ją stworzy. Msza wieczorna jest podobna do naszych akademickich. Natomiast trzynastka przypomina główną mszę parafialną, a więc z organistą Jakubem i małym chórem. O organistę, ministrantów musieliśmy zadbać sami. Zdarza się jednak, że ktoś puka do zakrystii i mówi „byłem piętnaście lat w Polsce ministrantem, czy się przydam?” – „No jasne – odpowiadamy – ubieraj albę, fajnie, że jesteś”. Tu nie ma problemu z dorosłymi ministrantami, bo albo sami czują potrzebę, albo odpowiedzieli na apel i starają się przychodzić. Jest często taki odruch: umiem coś, to może się przydam. Czasami ktoś pyta, czy może zorganizować spotkanie dla określonej grupy. Tak zaczynały się spotkania dla małżeństw oraz np. kurs tańca dla narzeczonych.

A jakie trudności napotykacie?

Na pewno jest to kwestia języka. Początkowo, w fazie entuzjazmu, łatwiej było przyjąć różnice naszych światów. Doświadczenie tutejszego Kościoła jest inne niż nasze i potrzeba czasu, żeby je zrozumieć. Nie ulegać pokusie porównywania, nie próbować przenosić wszystkiego, co udawało się w Polsce. Szukamy specyfiki duszpasterstwa, które mimo że polskie, odbywa się w obrębie starszego Kościoła, mającego kartę męczeńską i inne doświadczenie spotkania z protestantyzmem. Kościół irlandzki został boleśnie naznaczony rządami Anglików przez wieki. Teraz ten Kościół jest po dużym kryzysie – znacznie zmalała liczba przychodzących na msze, drastycznie spadły powołania. Dochodzi do tego czynnik socjologiczny – w ciągu kilku lat zmieniła się struktura społeczna tego czteroipółmilionowego kraju. Nagle pojawiło się sto czy dwieście tysięcy Polaków, wielu Hiszpanów, Włochów, Słowaków, Chińczyków, Paragwajczyków i wiele innych nacji. W krótkim czasie powstało wielokulturowe społeczeństwo. To niesie pytania i wyzwania, z którymi Irlandczycy nie radzą sobie do końca. My również wsłuchujemy się w te znaki czasu. To są dla nas zupełnie nowe doświadczenia.

Skąd wiesz, że sobie nie radzą?

Z rozmów. Z jednej strony wydaje się oczywiste, że należy się otwierać – przyjmują wszystkich przyjeżdżających. Nie zrażają się, że wśród dziesiątków emigrantów nie wszyscy są idealni. Nie chodzi o to, że czasami popiją, bo Irlandczycy też dużo piją. Jeśli ktoś coś ukradnie, to Irlandczycy nie mówią, że wszyscy Polacy są złodziejami. Przeciwnie, bardzo sobie chwalą solidność Polaków. Jednak pojawia się dużo wątpliwości. Pierwsze symptomy podobne są do tych w Anglii – lęk, że zaczynamy pozbawiać pracy miejscowych, bo w pewnych dziedzinach przybysze są lepiej wykształceni. Jednym z głównych problemów Irlandczyków jest sprawa integracji Polaków i innych nacji z ich społeczeństwem.

Nowa fala emigracji jest szansą na wyleczenie naszych kompleksów? Można się czegoś o sobie dowiedzieć – jesteśmy dobrymi pracownikami.

Anglicy też mają takie zdanie o Polakach. To się bierze z zarabiania dobrych pieniędzy – inaczej wtedy pracujesz. W Gdańsku spotykałem ludzi, którzy np. remontowali dach i po trzech miesiącach nikt im nie zapłacił. Miałeś w Polsce kiepską sytuację i nagle w Irlandii doznajesz radykalnej zmiany: spokojnie mieszkasz, masz samochód, możesz sobie pozwolić na wyjazdy, na normalne życie. To bardzo motywuje.

Czego nauczyłeś się przez ten rok pobytu w Irlandii?

Zacząłem stawiać sobie więcej pytań. Na przykład, po latach intensywnej pracy w Polsce, w zderzeniu z innością Kościoła irlandzkiego zastanawiam się, czy wszystko, co robiłem w Polsce, musiało wyglądać tak, jak wyglądało. Wychodzi się ze swoistego młyna wielu zaangażowań i nagle jest mniej spraw do podjęcia. Nasza posługa, chociaż w jakimś sensie parafialna, nie jest tak poszatkowana, jak w Polsce. Bardzo mnie interesuje ich rozumienie misyjności – przez wiele lat wysyłali mnóstwo misjonarzy w różne strony świata, np. na Trynidad, do Australii czy też Indii. Inaczej teraz rozumiem to, co mówił w Warszawie Benedykta XVI, by Kościół polski nie bał się posyłać księży na misje. Mam wrażenie, że jesteśmy hermetyczni wobec potrzeby posługi kapłańskiej w innych krajach. Zmagam się z pytaniem, dlaczego tak mało jest chętnych do wyjazdów na misje. To, co kiedyś w Polsce nie budziło mojego zdziwienia, teraz je wywołuje: na przykład argument, że u nas jest tak dużo rzeczy do zrobienia, że nadal brakuje księży. Z irlandzkiej perspektywy jest to bardzo zastanawiające. W Polsce jest bardzo dużo kapłanów. Gdy się patrzy na Polskę z punktu widzenia Kościoła, w którym nie ma powołań, rodzi się pytanie, dlaczego, chociaż minęły już trzy lata od naszego wejścia do Unii, polskich księży na całą Irlandię jest tylko kilkunastu. My jako zakon misyjny, często powtarzamy, że nie jesteśmy dominikanami polskimi, tylko dominikanami światowymi. Czy rzeczywiście tak jest? Jeśli generał zakonu prosi, by pójść w pewne miejsca, czy odpowiadamy? Sam kiedyś miałem problem z odpowiedzią – to było w innych okolicznościach – kiedy w piątkę mieliśmy jechać do Petersburga. Czy w polskim przygotowaniu do kapłaństwa nie kładziemy akcentu na to, że jesteśmy do posługi tylko w Polsce? Wydaje się, że jeśli pojawiają się prośby o pomoc, kierowane do nas z różnych miejsc w Europie, to należy je gruntownie rozważyć i wejść w dialog. A na końcu podejmować współpracę. Dzielić się i posyłać więcej kapłanów.

Ludzie wyjeżdżają masowo, księży wyjeżdża niewielu. Może to wynika z kompleksów – tyle lat biedy, braku wolności, wciąż jesteśmy zbyt przetrąceni, by myśleć o duszpasterzowaniu w świecie?

W Polsce zastanawiałem, czy mógłbym pojechać na wschód, ale odpowiedź się nie krystalizowała. Potrzebowałem na nią czasu. Na pewno wchodzi w grę strach przed ruszeniem ku czemuś nowemu. Wyjazd wymaga wyjścia z przestrzeni oswojonej w nieznane. Jednak to uczy pokornego spojrzenia – nagle widzę, że nic nie jest oczywiste, jest jeszcze bardziej darem. Nawet to, że jesteśmy w Dublinie. Nie jesteśmy już tutaj w stanie objąć wszystkich ludzi. Z wielu miejsc kierowane są do nas prośby o obecność. Odczuwamy ból, nie jesteśmy w stanie ich spełnić. Rodzi się też pokora, bo decyzja nie należy do nas – my jesteśmy posłani, ale nie decydujemy, kiedy będą posłani następni. Ważne też jest słuchanie. Doświadczamy Kościoła, który jest w kryzysie, ale próbuje sobie z nim radzić. Obserwujemy, że dla naszych współbraci często jest to bardzo trudne doświadczenie. Przeżywanie kryzysu wraz z nimi nie jest łatwe. Na początku współbracia pytali, ilu ludzi przychodzi na polskie msze, a my widzieliśmy na mszy irlandzkiej czterdzieści osób, osiemdziesiąt na głównej mszy niedzielnej. Co dzisiaj wydaje się mocne, za chwilę może być słabe. I nie o liczby tutaj chodzi, ale o to, jak przekazać wiarę.

Podobno w jakiejś małej miejscowości w Szkocji młodzi Szkoci zaczęli chodzić do kościoła, by nie być gorsi od młodych Polaków.

Słyszę i tutaj podobne historie. Polak i Irlandczyk pracują razem, Polak mówi, że idzie na mszę. Wtedy Irlandczyk, który długo nie chodził do kościoła, decyduje się przyjść. Jednak sytuacja w Szkocji i Irlandii jest inna. Młoda generacja w Irlandii jest ciągle w stanie euforii gospodarczej, Kościół nie jest dla Irlandczyka atrakcyjną propozycją.

Jesteście w środku kryzysu Kościoła.

Dla młodych ludzi ciekawsze są inne rzeczy. Na mszach irlandzkich bywa kilkadziesiąt do stu osób, w większości są to ludzie starsi. Trzeba jednak pamiętać, że poza Dublinem jest inaczej. To tak, jakby w Polsce pewne zjawiska oceniać przez pryzmat Warszawy. Na zachodnim wybrzeżu, nad Atlantykiem, miałem okazję zobaczyć pełne kościoły i wielu młodych ludzi obecnych na liturgii. Wiele dzieje się w miejscach pracy. Czasami Irlandczycy dziwią się, że ktoś chodzi do kościoła albo upomina się, że w niedzielę chciałby pójść na mszę. Przy okazji Świąt Wielkanocnych kilka razy słyszałem, że ktoś zadał Polakowi pytanie o liturgię i zaryzykował przyjście, ale nie jest to zjawisko masowe. Irlandia oduczyła mnie myśleć kategoriami zgromadzeń masowych. Ważniejszy jest konkretny człowiek, bycie dyspozycyjnym dla jednej osoby. Tutaj statystyk nikt nie sprawdza.

A możesz przewidzieć, jaki będzie wpływ nowej emigracji irlandzkiej na społeczeństwo w Polsce?

Jeżeli ktoś przepracuje dwa lata i wraca, to na pewno przywozi nowe doświadczenia. Jednak powroty nie są łatwe. Nie wiemy, jak potoczy się przyszłość – może jakaś część Polaków zostanie na zawsze w Irlandii. Jednak opinia, że wyjazdy to tragedia dla Polski, wydaje mi się wyolbrzymiona. Młodzi ludzie w Europie dawno już jeździli z jednego kraju do drugiego, żeby szukać doświadczenia. Przyjeżdża Szwajcar do Irlandii, jest specjalistą od ogrodów i chce się tutaj sprawdzić, bo wie, że Irlandczycy kochają ogrody i mają ich dużo. Ma dwadzieścia parę lat, samodzielnie się utrzymuje – to nie degraduje przecież Szwajcarii. Jeśli młodzi powrócą, więcej będzie w Polsce ludzi z różnorodnym doświadczeniem – to będzie pozytywne zjawisko. Poza tym jest również czynnik ekonomiczny. Wiele zarobionych tutaj pieniędzy wraca do kraju w formie pomocy rodzinom czy też świadomie podejmowanych, konkretnych inwestycji w Polsce.

A czego Kościół polski może się nauczyć ze spotkania z Irlandią?

Jeżeli u nas w nowicjacie jest kilkunastu czy dwudziestu kilku braci, a w Irlandii jeden, to zastanawiam się, czy szanujemy każdego z nowicjuszy. Kiedy w Irlandii proszą, żebyśmy się modlili o powołania, żeby może nie jedna, ale cztery osoby przyszły do nowicjatu – uświadamiam sobie, że każde powołanie jest darem. Kościół w Polsce, gdzie seminaria są jeszcze pełne, może się nauczyć, że wszystko jest dane i zadane. Darowane od Boga, nie zawsze w pełni zależne od nas. To wymaga pokory. Co dziś jest mocne, za chwilę może być naprawdę słabe, ale w tym też jest Pan Bóg. Pozwala to odkryć wiarę nie jako zbiór statystyk, liczb i sukcesów, przeżywać ją również, kiedy nie można robić planów, bo nie ma ludzi, kiedy myśli się o zamykaniu klasztorów i zaczyna zastanawiać, jak to zrobić. Dużo daje też spotkanie ojców, znających doświadczenie posoborowych eksperymentów liturgicznych. Warto posłuchać, przy obecnych tendencjach przywracania mszy trydenckiej po łacinie, jak oni po latach pytają, po co zatem to wszystko było. To uczy dalekosiężnego spojrzenia na doświadczenie Kościoła. Irlandia podpowiada też, że za chwilę możemy mieć w Polsce wielokulturowość i wieloreligijne społeczeństwo. Czy jesteśmy otwarci na inność? Czy naprawdę przyjmiemy innych tak, jak Irlandczycy nas przyjęli u siebie?

Gdybyś wrócił do Polski, wiesz już, co robiłbyś inaczej jako duszpasterz?

Nie wiem. Myślałem o tym, ale nie muszę sobie dzisiaj na to pytanie odpowiadać. Wiem jednak, że po prawie półtorarocznym pobycie wiele się we mnie zmieniło. Rodzi się również we mnie inne rozumienie posłania. Irlandia uczy stawiania pytań, czy nie można inaczej – co nie znaczy, że wygodniej. Dziś o wiele ważniejsze byłoby pierwszeństwo samej posługi przed administrowaniem. Okazuje się, że wcale nie trzeba czegoś wybudować. Tutaj część budynków Kościoła zostanie za chwilę sprzedana. Zastanawiam się więc, czy budowanie jest takie ważne. Kiedyś w Rotterdamie rozmawiałem z księdzem, który budował nowe seminarium; gdy skończył, nikt do niego nie wstąpił. Przez całe lata nie mógł sobie z tym poradzić.

Zainwestował całe życie…

Zainwestował siebie, kapłańskie życie, a później odkrył, że jego kapłaństwo polega na czymś zupełnie innym. Prawie ze łzami w oczach mówił, że dopiero to dało mu do myślenia. Później widziałem go jako bardzo szczęśliwego kapłana, który służy ludziom. Opuszczone miejsca stawiają najważniejsze pytania – to, co się wydaje potrzebne, może być za chwilę puste. Gdy widzę, jak tutaj wymierają kolejni bracia i nie wiadomo, co robić z pustymi klasztorami, już nie myślę, że musimy w Polsce założyć nowy klasztor. Wszyscy mówią, że u nas nigdy nie będzie pustych seminariów, kościołów. Irlandczycy też byli przekonani, że to ich nie spotka, a w 2000 roku przenieśli studentat, czyli kilku braci do centrum Dublina, do klasztoru, który nie był na to przygotowywany. Teraz to studium ma siedem lat i jest tam dziesięciu studentów, łącznie z przebywającymi w Oksfordzie. A Tallaght, miejsce specjalnie wybudowane dla kształcenia nowych kapłanów, jest puste. Spodziewali się, że sytuacja może się zmienić, ale nie tego, że liczba powołań aż tak spadnie. Cztery lata temu byłem w Cambridge na ślubach zakonnych. Magister nowicjatu poprosił, żebyśmy się w Polsce modlili, bo na ten rok nie mają ani jednego kandydata do zakonu. Trzeba więcej pokornej wiary, że jak Bóg będzie chciał dać powołania, to tak będzie, ale też trzeba Go prosić. I jeszcze warto się wsłuchiwać w to wszystko, co się wokół nas dzieje, aby odkrywać, co Pan Bóg ma nam w tym wszystkim do powiedzenia.

Siedmiu księży i dwie świątynie
Marek Grubka OP

dominikanin, duszpasterz, przez lata mieszkał i pracował w klasztorze St. Saviour's w Dublinie, obecnie mieszka w Sandomierzu, gdzie jest dyrektorem Winnicy św. Jakuba...

Siedmiu księży i dwie świątynie
Paweł Kozacki OP

urodzony 8 stycznia 1965 r. w Poznaniu – dominikanin, kaznodzieja, rekolekcjonista, duszpasterz, spowiednik, prowincjał Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego, publicysta, wieloletni redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”....

Siedmiu księży i dwie świątynie
Wojciech Prus OP

urodzony 10 kwietnia 1964 r. w Poznaniu – dominikanin, rekolekcjonista, patrolog, duszpasterz wspólnoty Lednica 2000. Jako nastolatek należał do duszpasterstwa młodzieży przy poznańskim klasztorze, które wówczas prowadził...