Siła i niemoc

Siła i niemoc

O Bruay–la–Boissičre do niedawna mało kto słyszał. Miasto żyłoby sobie spokojnie, gdyby pewnego dnia nie doszło do ulicznych starć młodzieży z policją. Właściwie nie to stało się przyczyną większego niż zwykle zainteresowania, położoną w departamencie Pas–de–Calais, niepozorną mieściną.

W rozróbach, jakich wiele — tak we francuskich metropoliach, jak i miasteczkach prowincji — najbardziej ucierpiał postronny obserwator, czyli reporter francuskiej telewizji. W ten sposób problem lokalny przerodził się w ogólnospołeczny.

Od czasu do czasu można usłyszeć informacje o ofiarach, wybitych witrynach czy spalonych samochodach. Często — jak wynika z policyjnych raportów — okazją do wszczęcia bójki czy ulicznej bitwy jest błahostka: Nowy Rok, pierwszy dzień wiosny, piłkarski mecz, okolicznościowy festyn czy wizyta „sąsiadów” z innej dzielnicy czy wioski. Jeśli do tego doliczyć „pojedyncze przypadki” i „drobne ekscesy”, rysuje się dość ponury obraz sytuacji. W Fontenay–aux–Roses, po obejrzeniu filmu Scream 3, 16–letni Ludovic, mający opinię spokojnego i opanowanego chłopca, wpadł w furię, po czym ciężko ranił swojego ojca i macochę. W Nicei dwóch siedemnastolatków uśmierciło kolegę w wyjątkowo okrutny sposób, bowiem… denerwował ich swoim skuterem i powodzeniem u dziewczyn. Uczniowie z Bondy za swe szkolne niepowodzenia postanowili zemścić się na nauczycielach za pomocą koktajlu Mołotowa. W Lille, Mons–en–Baroeul, Villeneve–d’Ascq czy Tourcoing doszło do podpaleń, zamieszek i starć z policją. Na nieszczęście jeden z podpalaczy został ciężko ranny, inny został zabity przez policję podczas plądrowania sklepu. Nie ma właściwie miesiąca, a nawet tygodnia, żeby nie doszło do napadu na kolegę czy koleżankę ze szkoły, pobicia nauczyciela, podpalenia samochodu czy zuchwałej kradzieży. „Modne” stały się napady na podróżnych w pociągu i kierowców w miejskich środkach komunikacji. Ich autorami w większości przypadków są ludzie młodzi.

Po zajściach w Bruay–la–Boissičre poważnie zastanawiano się nad tym, czy reporter ucierpiałby tak bardzo, gdyby stróże porządku byli bardziej opanowani i zbyt ochoczo nie sięgali po gaz, pałki i inne środki przymusu. Analizowano materiał zdjęciowy. Dyskutowano o granicach dozwolonej interwencji, wreszcie o zachowaniu policji i samej młodzieży. Po opadnięciu pierwszych emocji dopuszczono do głosu opinię publiczną, która — jak się okazało — miała wyrobione zdanie na temat ulicznych zajść, ale nie potrafiła jednoznacznie ich ocenić.

Dlaczego młodzież wychodzi na ulicę? Co robi i co robić powinna policja, szkoła i inne instytucje? Skąd biorą się agresywne postawy, apatia, nihilizm i bezmyślność? Co robi i co powinno czynić państwo? Gdzie są rodzice? Kto jest odpowiedzialny za wychowanie i wpajanie określonych wartości? Jakie mają to być wartości? — pytano.

O zwykłych aktach wandalizmu przestało się nawet mówić. Minister spraw wewnętrznych Francji próbował w dość spektakularny sposób udowodnić, że państwo doskonale sobie radzi z wszelką przemocą. Minister edukacji zaproponował utworzenie specjalnej, szkolnej policji, która miałaby ochraniać uczniów i nauczycieli. Niektórzy politycy nie zawahali się złożyć wizytę ofiarom… policyjnych interwencji. Opozycja po raz kolejny oskarżyła rząd, że nie umie zapewnić obywatelom bezpieczeństwa, rząd zaś zaapelował o większe zaufanie do stróżów porządku.

W styczniu 1999 roku, po serii napadów we francuskich szkołach, toczyła się na łamach prasy dyskusja na temat przemocy w szkole. „Odrzućmy wizję społeczeństwa dekadenckiego czy rozwydrzonej młodzieży. Starajmy się zrozumieć, że nie istnieje żaden cudowny środek…” — mówił na łamach „Le Nouvel Observateur” Eric Debarbieux z Uniwersytetu w Bordeaux. Zdaniem francuskiego socjologa i pedagoga, trzeba pożegnać się z mitem równości szans. Sytuacja w szkołach jest odzwierciedleniem sytuacji społecznej i, podchodząc pragmatycznie do zagadnienia, problemu nie da się rozwiązać „generalnie”. Trzeba — jak się to czyni w Europie — szukać „lokalnych” rozwiązań. Jeśli mówimy o nienawiści w szkole, trzeba by zapytać, czy społeczeństwo żyje w duchu tolerancji, poszanowania dla swoich przekonań, respektu dla prawa oraz odmiennych zwyczajów i tradycji.

W związku z wydarzeniami w Lille i Bruay–la–Boissičre trudno było uniknąć również innego pytania — o społeczne podłoże konfliktów. Nie jest bowiem tajemnicą, że zabity w Lille Riad Hamlaoui był z pochodzenia Algierczykiem, do rozruchów zaś w Bruay–la–Boissičre doszło w arabskiej części miasta. Getta, czy to arabskie, czy murzyńskie — jak sądzi się w potocznej opinii — są o wiele częściej nękane przez wandali i bandytów niż inne skupiska ludności.

Najlepszym rozwiązaniem byłoby tworzenie oddzielnych szkół dla poszczególnych nacji. Osobne szkoły dla Hindusów i Pakistańczyków w Wielkiej Brytanii, w Izraelu zaś dla Żydów i Palestyńczyków nie są niczym zaskakującym — twierdzą jedni. Francja jest krajem, w którym integracja od dawna dawała najlepsze rezultaty i nie ma powodu, żeby powracać do przestarzałych metod — uważają inni.

„Trzeba uczyć dzieci szacunku dla innych. Ale ten obowiązek spoczywa nie tylko na nauczycielach. Musi zająć się tym rodzina” — postulował autor książki Insécurité: le défi de l’homme (Zagrożenie: wyzwanie dla człowieka). Michel le Mappian uważa, że nie wystarczy mówić o wychowaniu w szkołach, o bezrobociu i sytuacji przedmieść. Sądy i zwiększone oddziały policji nie wystarczą, by zapewnić bezpieczeństwo i zlikwidować poczucie zagrożenia. Oprócz współdziałania rodziców i wychowawców potrzebny jest… nowy plan urbanizacyjny. Trzeba zlikwidować getta. Nie ma sytuacji bez wyjścia, są ludzie — jak twierdził adwokat z Nantes — którzy się zagubili, którym trzeba ukazać nowe perspektywy.

Już w starożytności, w dialogu Sokratesa z Timajosem, można spotkać się z ideą, której w ostatnim okresie przybyło zwolenników. Stan, gdzie każdy zna swoje miejsce i zajmuje się tym, co właściwe dla jego pochodzenia, byłby może idealnym rozwiązaniem w doskonałym państwie, ale takie państwo nie istnieje. Separacja okazuje się niekiedy koniecznym rozwiązaniem, ale jest dobra tylko w ekstremalnych sytuacjach i na krótką metę. Zamknięcie prowadzi do coraz większej izolacji i, czasem, alienacji. Trzeba też pamiętać, że istnieją jeszcze inne getta, które nie mają nic wspólnego z pochodzeniem, tradycją czy religią. Zawsze będą istnieć biedni i bogaci, dzieci ludzi zamożnych i dzieci, których szanse na zrobienie kariery już na starcie są znacznie ograniczone.

„Czy nie powiedzieliśmy (…), że należałoby wychowywać tylko dzieci dobrych [rodziców], podczas gdy dzieci złych wywoziłoby się sekretnie do obcego kraju?” — pytał Sokrates. Nauczyciel Platona słusznie zauważył, że wychowanie zależne jest przede wszystkim od rodziców i jakkolwiek — współcześnie — pomysł z deportacją wydaje się bulwersującym zamierzeniem, trudno nie przyznać filozofowi racji, kiedy twierdzi, że choroby, które przechodzą z ojców na synów, najtrudniej wyleczyć.

„Wolałbym, żeby mój syn był martwy niż źle wychowany” — mówił w Rozmowach przy stole Marcin Luter. Kto jednak obecnie myśli o przyszłym pokoleniu? Kto naprawdę zajmuje się wychowaniem? Dla Carla J. Burckhardta, autora książki Über den Begriff der Heimat (O pojęciu ojczyzny), było rzeczą oczywistą, że jesteśmy kształtowani „przez to, co widzimy”, czyli przez własne środowisko i przez swoich rodziców. W 1963 roku ukazała się w Niemczech książka Alexandra Mitscherlicha Auf dem weg zur Vaterlosen Gesellschaft (Na drodze do społeczeństwa pozbawionego ojca). Jej autor przestrzegał przed takim modelem wychowawczym, w którym rodzina już nic nie będzie miała do powiedzenia.

Istnieją granice rodzicielskiej autonomii. Dziecko nie jest własnością ani matki, ani ojca i drakońskie czy spartańskie metody wychowawcze dawno straciły rację bytu. Metoda, w której państwo czy nawet religijna lub narodowa wspólnota przejmuje rodzicielskie obowiązki — jak pokazują minione dziesięciolecia — również się nie sprawdza.

VII Synod Biskupów, obradujący w Rzymie w 1987 roku, mówiąc o młodych, będących „nadzieją Kościoła”, odwołał się do nauk Grzegorza Wielkiego, który w jednej ze swoich homilii przekonywał, iż każdy — dziecko, człowiek młody i dojrzały, a także człowiek stary — ma przyczyniać się do wzrostu Królestwa Bożego na ziemi.

Ani rodzice, ani dzieci nie żyją tylko dla siebie. Żadna wspólnota narodowa czy religijna nie istnieje wyłącznie dla siebie. Mniejsze dobro służyć powinno większemu. Istnieją różne tradycje i obyczaje związane z kształceniem i wychowaniem. Jest wiele wzorców zachowania i społecznej organizacji, wszystkie one jednak winny służyć jednemu: dobru całej wspólnoty, a nie dobru poszczególnych ludzi czy społeczności. Sprawiedliwość społeczna nie jest abstrakcyjnym nakazem ani teoretycznym wymysłem. Nie da się — na dłuższą metę — podtrzymywać sztucznych podziałów, tworzyć getta dla biednych czy bogatych, czarnych czy białych, dobrze czy źle wychowanych. Można siłą oddzielać zwaśnionych, próbować stworzyć „doskonałe” — pozbawione tożsamości — społeczeństwo. Można siłą, przy pomocy policji, wprowadzać porządek i uczyć karności. Takie nauki jednak na niewiele się zdają.

Obecnie we Francji często mówi się o „społecznej nerwicy” czy o „społeczeństwie bez ojców”, ale istnieją różne rodzaje sieroctwa. Brak idei, brak wspólnego celu, zastępowanie myślenia o dobru wspólnym ideą konkurencji, lekceważenie różnic i podsycanie napięć, rezygnacja z kultury na rzecz masowych wzorców, preferowanie konsumpcji i odrzucanie wszystkiego, co wiąże się z długotrwałym wysiłkiem i wewnętrzną przemianą, prowadzi być może do zbudowania „nowego społeczeństwa”. Jednak czy takie społeczeństwo będzie lepsze od poprzednich?

Przemoc, z jaką spotykamy się dzisiaj wszędzie — tak na ulicy, jak i w domu rodzinnym — pociąga wielu młodych. Sądzą oni, że siłą najłatwiej udowodnić swoje racje. Wiadomo jednak, że po siłowe argumenty sięgają najczęściej ludzie słabi. Nienawiść w szkole czy uliczne rozróby bulwersują wielu, rzadko mówi się o sprawach, które są mniej widoczne i nie wzbudzają wielkiego zainteresowania — tak wśród polityków, jak i zwykłych obywateli. Ta sama gazeta, która rozwodziła się na temat młodocianych agresorów, niewiele miejsca poświęciła 15–miesięcznemu martwemu dziecku odnalezionemu w śmietniku przy drodze D117 koło Saint– –Lizier. Policja poszukiwała wyrodnej 22–letniej matki. O ojcu czy lokalnej społeczności, z której zapewne wywodzili się rodzice, nie było żadnej informacji. Inna gazeta rozpisywała się na temat „godnej śmierci”, czyli skracania życia za przyzwoleniem człowieka cierpiącego.

Co ma robić młody chłopak czy dziewczyna, kiedy rodzice nie mają dla nich czasu? Co pozostaje staremu człowiekowi, kiedy dzieci go nie chcą, a państwo do niczego go nie potrzebuje? Jak leczyć społeczne choroby czy nerwice, skoro społeczeństwo zamiast leczyć swoje dzieci, woli się ich pozbyć albo udawać, że nic się nie stało?

Prawdziwa siła w gruncie rzeczy nie objawia się za pomocą koktajli Mołotowa czy policyjnych pałek, zaś każda ludzka niemoc zasługuje na interwencję (pomoc!), a nie na lekceważenie i obojętność. Każdy, komu te sprawy wydają się odległe, winien sobie uświadomić, że sam — prędzej czy później — może znaleźć się na śmietniku.

Siła i niemoc
Marek Wittbrot SAC

urodzony 16 września 1960 r. w Polanowie – pallotyn, dziennikarz, redaktor, fotografik, autor tekstów poświęconych literaturze i sztuce współczesnej, duszpasterz środowisk twórczych, działacz polonijny we Francji, był redaktorem miesięcznika katolickiego „Nasza Rodzina" (199...