Skandal!

Skandal!

Ostatnio coraz głośniej jest o tak zwanych „artystach współczesnych”, których „sztuka” polega na profanowaniu symboli chrześcijańskich. Powodem do sławy tych nowych bohaterów mediów są takie „dzieła”, jak np. zanurzony w urynie krucyfiks, obraz Maryi ułożony z odchodów słonia czy przybite do krzyża genitalia.

Czytałem kiedyś wywiad z jednym z owych „artystów”. Tłumaczył, że jego działalność to wyzwanie rzucone nie chrześcijaństwu, lecz dogmatyzmowi charakterystycznemu dla wszystkich systemów religijnych. Na pytanie, dlaczego wobec tego za przedmiot swych „instalacji” wybiera symbolikę chrześcijańską, a nie muzułmańską czy judaistyczną, odpowiedział, że gdyby rzucił takie wyzwanie islamowi, to ściągnąłby na siebie wyrok śmierci ze strony mahometańskich fundamentalistów, gdyby zaś odważył się na podobny akt z symbolami żydowskimi, wówczas zostałby okrzyknięty antysemitą, a to oznaczałoby dla niego śmierć publiczną. Chrześcijaństwo można zaś atakować bezkarnie, mało tego, można liczyć przy tym na poklask mediów.

Z tego wywodu jasno wynika, że jedną z przyczyn tak częstego publicznego profanowania znaków chrześcijańskich jest brak reakcji chrześcijan.

W kodeksie karnym figuruje przestępstwo nazwane „urażaniem uczuć religijnych”. Kiedy jednak trafiają do sądu sprawy przeciw „nowoczesnym artystom” właśnie na podstawie tego paragrafu, zwykle są oni uniewinniani, gdyż sędziowie nie dopatrują się w ich „dziełach” znamion przestępstwa. Wyznawcy islamu czy judaizmu nie potrzebują przekonywać żadnych sądów o tym, że poczuli się urażeni – oni skutecznie dają temu wyraz.

Owo bezkarne poniżanie symboli chrześcijańskich jest jakoś wpisane w charakter chrystianizmu. Jezus był Bogiem, który dał się opluć, znieważyć, upokorzyć. To nie gromowładny, który za byle występek karze uderzeniem pioruna. To nie okrutny mściciel, który ściga bluźniercę na końcu świata.

Chrześcijaństwo jest skandalem, jak pisał św. Paweł. Bóg stał się ssakiem. Jak wieloryb albo małpa. Bóg stał się kręgowcem. Jak ropucha, ryba lub ptak. Wszedł w pot, krew i wydzieliny. Grecy mieli rację, gdy mówili, że to głupstwo, a Żydzi, że to zgorszenie.

Dla nas dzisiaj chrześcijaństwo rzadko jest skandalem. Zakodowany w naszych głowach obraz Bożego Narodzenia to rozświetlona stajenka z czyściutkim żłóbkiem jako przytulną kołyską.

Prawda jest taka, że Jezus urodził się w brudzie i smrodzie. Na początku naszej ery w Palestynie nie było publicznych toalet – tę rolę pełniły stajnie. Stada bydląt też nie były tak wychuchane jak w krakowskich szopkach. Nasz Bóg urodził się wśród łajna, lęgnących się larw i brzęczących much.

Jego śmierć nie była również tak efektowna, jak to sobie niekiedy wyobrażamy. Na wielu obrazach ukrzyżowany Chrystus przedstawiany jest wręcz jako heros. Tymczasem śmierć na krzyżu uważana była przez ówczesnych ludzi za najbardziej hańbiącą, skazaniec zaś nie miał – jak ukazuje to większość rzeźb i płócien – żadnej opaski biodrowej, lecz był całkiem nagi. Dlaczego wspominam o tym szczególe? Otóż ubiór, nawet najskromniejszy, dodaje nam powagi. Gdyby kogokolwiek z nas rozebrano nagle do naga i postawiono wśród ludzi ubranych, odczuwałby to z pewnością jako coś ośmieszającego go w oczach innych, być może nawet uwłaczającego jego godności. Jak wiemy z baśni Andersena, nagi król to śmieszny król.

Chrystus stał się śmieszny. Ewangeliści piszą wyraźnie, że kiedy umierał na krzyżu, wielu drwiło i naśmiewało się z Niego. Nagi król! Śmiechu warte!

Jezus ogołocił się ze wszystkiego. Pozbawił się nawet powagi umierania, pewnego majestatu śmierci, który towarzyszyłby Mu, gdyby miał taki drobiazg jak owa przepaska. Nie zostawił sobie jednak nic. Każdy z nas boi się wystawienia na pośmiewisko, publicznej kompromitacji. Jezus nie oszczędził sobie nawet tego.

Chrześcijaństwo jest niewątpliwie skandalem i to tak wielkim, że owe wybryki współczesnych „artystów” to przy nim jakaś nowa dulszczyzna, nudny konwenans kołtunów i filistrów.

I nie ma innego wytłumaczenia tego, że Twórca rozciągającego się na miliardy lat świetlnych wszechświata zgodził się zostać śmiertelnym ssakiem, jak tylko szaleństwo miłości. Z miłości do człowieka dał się zdeptać, opluć, poniżyć i zabić. I ta historia powtarza się nieustannie od dwóch tysięcy lat. Krucyfiks jest lżony, deptany i opluwany. I tak jak w ów piątek, są ci, którzy wbijają gwoździe, ci, którzy się śmieją, i ci, którzy przechodzą obok obojętnie. I Bóg do tego wszystkiego dopuszcza, Bóg na to pozwala.

Nie oznacza to jednak, że nasze role są z góry rozpisane. Nie mogę bowiem oprzeć się wrażeniu, że nasz (chrześcijan) brak reakcji na owe „dzieła sztuki” ma w sobie coś z postawy owych jerozolimskich przechodniów z całkowitą obojętnością mijających dźwigającego krzyż człowieka w ów dziwny czternasty dzień wiosennego miesiąca nisan.

Skandal!
Grzegorz Górny

urodzony 30 marca 1969 r. – polski dziennikarz i publicysta, redaktor naczelny kwartalnika „Fronda”, publicysta i reportażysta, autor wielu artykułów.W latach 2003-2009 publikował felietony na łamach miesięcznika „W drodz...