Śmierć za garnek mleka

Odpowiedź Kościoła nie jest tylko wycyzelowaną odpowiedzią filozofów moralistów, lecz niesie w sobie głębszy wymiar i głębszą możliwość odzewu niż ograniczona w swej możliwości władza publiczna, której przedstawiciele będą stawiali pytania etykom. Odpowiedź Kościoła wyrasta z głębi bogactwa jego duchowej tajemnicy.

Opowiadał mi były żołnierz II Korpusu o historii, jaka zdarzyła się w armii polskiej w Związku Sowieckim. W wyniku układu Sikorski — Stalin została utworzona na terenie Kazachstanu armia polska. Pokonując ogromne trudności, zjeżdżali do niej z całego sowieckiego imperium nieszczęśni zesłańcy, kilka lat wcześniej wywiezieni do łagrów ze wschodnich terenów Rzeczypospolitej. Mieli za sobą lata poniewierki, tułaczki oraz wyczerpującej pracy i upokorzenia. Wielu po drodze utraciło najbliższych. Do armii ściągał, kto mógł, nie tylko mężczyźni, ale też kobiety i dzieci. Warunki bytowe w rodzącym się wojsku były straszne. Panował głód. Dowódca armii, aby zapewnić przetrwanie i dać ludziom szansę wyjazdu z nieludzkiej ziemi, wprowadził drakońskie kary za kradzież żywności z wojskowych magazynów. Karą była śmierć. Chodziło o to, by sprawiedliwie rozdzielić niewielkie zapasy jedzenia. Jaką inną sankcję mógł wprowadzić dowódca? Mógł karać grzywną, ale ci ludzie i tak nie mieli pieniędzy. Mógł karać więzieniem, ale wszyscy właśnie wyszli z niewoli. Los w polskim więzieniu wydawał się czymś lepszym niż to, co przeżyli. Mógł nakładać kary fizyczne, ale wszyscy i tak byli wycieńczeni morderczą pracą, warunkami życia w łagrach sowieckiej Rosji. Mógł na sposób muzułmański ucinać złodziejom dłonie, ale Polacy tak nie czynią. Mógł przekazać polskich złodziei w ręce sowieckiego wymiaru sprawiedliwości, a więc w ręce NKWD. Ale czy to było rzeczywiście rozwiązanie? Oznaczałoby to, że reprezentowane przezeń polskie państwo, w którego imieniu organizował armię, nie jest w stanie utrzymać w ryzach swoich ludzi i dla karania przestępców musi się odwoływać do sprawiedliwości sowieckiej! Mógł też aresztować złodziei, zapowiadając, że będą oni karani w przyszłości w wolnej Polsce lub, jeśli powrót do kraju się nie uda, w Anglii. Gdyby wprowadził taką zasadę, zgłodniali zesłańcy natychmiast rozgrabiliby magazyny. Głównodowodzący uznał, że wprowadzenie kary śmierci za kradzież żywności jest jedynym sposobem uratowania powierzonych mu ludzi.

Kwaśne mleko

Zdarzyło się, że pewien żołnierz ukradł z magazynu garnek kwaśnego mleka. Ukradł nie dla siebie, ale dla swoich dzieci, które, jak wszyscy wkoło, głodowały. Złapano go na gorącym uczynku. Wytoczono mu proces przed polskim sądem wojskowym, udowodniono winę i skazano na śmierć. Historię tę słyszał mój rozmówca od ks. Władysława Króla, kapelana wojskowego, świadka tych wydarzeń, który zginął później na froncie włoskim. Akurat obchodzono imieniny kapelana i kilku innych oficerów. Podczas skromnego przyjęcia w kantynie doniesiono księdzu, że skazaniec prosi o spowiedź. Duchowny, wstając od stołu, wziął kromkę chleba i westchnął: „niech biedak przynajmniej się naje przed śmiercią”. Gdy wpuszczano go do celi więziennej, poprosił strażnika, aby zapukał za 15 minut. Po kwadransie strażnik zapukał, a kapelan dał znak, że jeszcze spowiedzi nie skończył. Gdy po następnych 15 minutach strażnik zaglądnął, zastał kapelana siedzącego na krześle, a obok niego klęczącego skazańca, który, z głową położoną na kolanach księdza, spał. Następnego dnia żołnierza rozstrzelano.

Kazus moralny

Myśląc o tej tragicznej historii, nie pytam o jej dalsze szczegóły. Być może człowiek, który mi ją zrelacjonował, nie zdołał zapamiętać wszystkiego z opowieści kapelana, być może były jeszcze inne okoliczności. Zastanawiam się nad tym przypadkiem jak nad teoretycznym kazusem moralnym. Czy dowodzący generał mógł wprowadzić tak drakońskie kary? W encyklice Jana Pawła II Evangelium vitae (55) czytam:

„Uprawniona obrona może być nie tylko prawem, ale poważnym obowiązkiem tego, kto jest odpowiedzialny za życie drugiej osoby, za wspólne dobro rodziny lub państwa”. Zdarza się niestety, że konieczność odebrania napastnikowi możliwości szkodzenia prowadzi czasem do pozbawienia życia.

Czy był to właśnie taki przypadek? Czy dowódca polskiej armii w Związku Radzieckim spełniał w ten sposób trudny obowiązek ochrony zagłodzonych przed rozbojem? Mówiąc językiem teologicznym, zastanawiam się, czy karząc śmiercią złodzieja, w tamtych tak brutalnych czasach i okolicznościach, generał zgrzeszył? Na pewno dla dowódcy była to trudna decyzja, może trudniejsza niż wiele innych podejmowanych później na froncie.

W ocenie moralnej kwalifikacji czynów teologia katolicka każe przyjrzeć się źródłom moralności, a więc przedmiotowi czynu, intencji działającego oraz okolicznościom. Ponadto, encyklika Veritatis splendor, idąc za nie zawsze postrzeganą w podręcznikowej teologii zasadą personalistyczną św. Tomasza, w określeniu przedmiotu moralnego czynu, nakazuje „przyjąć «perspektywę osoby działającej»” (78). W tym wypadku przedmiotem czynu był akt obrony głodujących przed zagrożeniem ze strony złodziei i akt sprawiedliwości wobec winnego kradzieży. Armia polska reprezentowała władzę publiczną, uosabiała państwo polskie, które w owych tragicznych dniach miało swój rząd w Londynie. Zadaniem państwa jest troska o dobro ludzi, prowadzenie ich do cnoty — non subito, sed gradatim, podpowiada św. Tomasz, nie natychmiast, ale stopniowo. To Kościół dysponujący łaską Chrystusową potrafi z grzesznika zrobić świętego, z łotra uczynić mieszkańca raju. Władza publiczna nie ma takich możliwości — dysponuje wręcz topornymi środkami: więzieniem, grzywną, pozbawieniem praw publicznych, banicją, a nawet karą śmierci. Władza publiczna nie powinna sięgać po środki ostateczne, jeżeli może posłużyć się środkami łagodniejszymi. Musi zabezpieczać ład publiczny stosownie do możliwości. Sędzia, skazując winnego na karę, nie wybiera zła moralnego. Niekiedy decyduje się na zło fizyczne, ale ze strony sędziego jest to akt sprawiedliwości, akt cnoty sprawiedliwości. Tak samo lekarz, który dokonuje amputacji, nie wybiera zła moralnego, choć niewątpliwie decyduje się na bolesny i krwawy, ale konieczny środek. Jakiś czas temu skazano w Szczecinie na osiem lat więzienia bezmyślnego chłopaka, który zabawił się, podając fałszywą wiadomość o bombie podłożonej w szpitalu. Ewakuacja chorych, przerwanie operacji i całe zamieszanie przyniosło poważne szkody moralne i finansowe. Można się zastanawiać, czy skazanie tego chłopca na aż osiem lat więzienia nie jest trochę przesadzone — ale jest zrozumiałe, że społeczeństwo musi się bronić przed takimi nieodpowiedzialnymi wybrykami. W warunkach pokojowych władza publiczna stosuje łagodniejsze kary. W dramatycznych warunkach wojennych ma ona ograniczone możliwości, ale ten sam cel. Domyślając się perspektywy osoby działającej, a więc stającego przed trudnymi wyzwaniami dowódcy armii, aż strach pomyśleć o tragicznych decyzjach, które go jeszcze czekały.

Dobro wspólne na nieludzkiej ziemi

Dla świadków dramatu w armii polskiej w Kazachstanie śmierć tego nieszczęśnika była niewątpliwie bolesna. Być może jego dzieci żyją jeszcze w Anglii czy gdzie indziej i noszą w sercu żal, że straciły ojca w takich okolicznościach. Ta armia była zbiorowiskiem nieszczęśników, którzy chwycili się polskiego wojska jak zbawienia. Widzieli oni wiele potworności, doświadczyli w sowieckich łagrach całkowicie niezasłużonej krzywdy. Różnie mogli spoglądać na tę tak, wydawałoby się, bezsensowną śmierć. A może zrodziło się w nich przekonanie, że oto po tylu bolesnych doświadczeniach, gdy znaleźli się pod polską flagą — co prawda powiewającą na sowieckiej jeszcze ziemi — zapanował porządek, w którym zło jest nazwane złem, podłość nie jest akceptowana, a własny głód nie upoważnia do okradania innych, równie głodujących? Na ziemi nieludzkiej znalazł się skrawek, gdzie jest troska o dobro wspólne, a zasady moralne obowiązują, nawet jeśli muszą być okupione tak bolesnym znakiem. Czy nie było to przypomnieniem, że nie ma warunków, które by usprawiedliwiały nieuczciwość? Czy dla ludzi, którym chciano odebrać godność i wiarę, nie mogło to oznaczać też powiewu nadziei?

Próbuję życzliwie zinterpretować bolesną decyzję polskiego dowódcy, znaleźć jej sens, choć wiem, że żadne słowa, żadne dywagacje moralisty nie przywrócą temu nieszczęśnikowi życia. Wspomniałem już, że władza publiczna, ograniczona w swych możliwościach, broni się przed zagrożeniem, jak umie. Ewangelia wzywa nas jednak do głębszego spojrzenia. Nie podważa ona roli aparatu państwowego, ale też nie pozwala na zamknięcie się jedynie w perspektywie politycznej. Ewangelia nakazuje w każdym człowieku, choćby i w największym zbrodniarzu, widzieć dziecko Boże, kandydata do świętości, dlatego zawsze będzie wzywała do szukania takiego rozwiązania, w którym godność ludzka, w tym i godność złoczyńcy, będzie zachowana. Jan Paweł II w Evangelium vitae (56) przyznaje, że władza publiczna musi niekiedy karać, aby obronić ład publiczny i bezpieczeństwo. Kara wymierzana powinna stanowić dla samego przestępcy bodziec i pomoc do poprawy oraz zadośćuczynienia za winy. Ale Papież dopowiada:

Jest oczywiste, że aby osiągnąć wszystkie te cele, wymiar i jakość kary powinny być dokładnie rozważone i ocenione, i nie powinny sięgać do najwyższego wymiaru, czyli do odebrania życia przestępcy, poza przypadkami absolutnej konieczności, to znaczy gdy nie ma innych sposobów obrony społeczeństwa.

Stwierdzenie to nie oznacza absolutnego i całkowitego, na sposób dogmatyczny wyrażonego, wykluczenia kary śmierci. Oznacza ono obowiązek powściągliwości ze strony władzy publicznej, gdy tylko jawi się szansa obrony społeczeństwa w sposób inny niż przez stosowanie tej kary. I dalej Papież ocenia przypadki absolutnej konieczności stosowania kary śmierci:

Dzisiaj jednak, dzięki coraz lepszej organizacji instytucji penitencjarnych, takie przypadki są bardzo rzadkie, a być może już nie zdarzają się wcale.

Stwierdzenie to jest wyrazem zachęty skierowanej do państw, aby broniły się przed złem w inny sposób niż przez karę śmierci. Jest wyrazem nadziei, że w warunkach pokojowych, w krajach zamożnych, które stać na kosztowne utrzymanie więźniów, uda się zredukować albo nawet i całkowicie wykluczyć stosowanie kary śmierci. Można jednak postawić pytanie, czy nadzieja ta nie jest wyrażona na wyrost i to zapewne świadomie? Czy gdzieś w obozach dla uchodźców w Rwandzie czy w Kongu nie mogą zaistnieć podobne sytuacje jak te, z którymi borykała się armia polska w Związku Sowieckim? Czy dla obrony życia wielu nie będzie trzeba gdzieś jeszcze stosować drastycznych środków?

Kościół odpowiada

Przy podejmowaniu takich pytań, przy rozpoznawaniu tych dramatów trzeba pamiętać o bogactwie chrześcijańskiej reakcji. Odpowiedź Kościoła nie jest tylko wycyzelowaną odpowiedzią filozofów moralistów, lecz niesie w sobie głębszy wymiar i głębszą możliwość odzewu niż ograniczona w swej możliwości władza publiczna, której przedstawiciele będą stawiali pytania etykom. Odpowiedź Kościoła wyrasta z głębi bogactwa jego duchowej tajemnicy. Światło na to zagadnienie rzuca doświadczenie i życie dwóch wielkich kobiet — doktorów Kościoła.

Żyjąca w XIV wieku św. Katarzyna ze Sieny stała się świadkiem podobnego dramatu. Młody człowiek, Niccoló di Tuldo, został w 1375 roku skazany na śmierć za wypowiadanie obelżywych uwag na temat rządu Sieny. Nie mamy zachowanych świadectw na temat kwestionowania przez Katarzynę wyroku sądu. Słysząc natomiast o goryczy i rozpaczy skazańca, Katarzyna udała się do niego do więzienia, aby go wzmocnić i pocieszyć. W dniu egzekucji towarzyszyła mu, gdy udał się na Mszę św. i po raz pierwszy od dłuższego czasu przyjął Komunię św. Łaska Eucharystii oraz życzliwa obecność świętej kobiety przemieniła serce tego młodego człowieka, który powierzył się darmowej miłości Boga. Wściekłość ustąpiła miejsca pragnieniu zjednoczenia z Bogiem. Katarzyna wyczuła, że śmierć — przyjęta w duchu przebaczenia i pokoju — jest wielkim darem dla Kościoła. Podpowiedziała mu więc, aby złączył swoją śmierć ze śmiercią Chrystusa, każdy bowiem czyn podejmowany z miłości do Boga nabywa nieskończonej wartości. Tym bardziej odnosi się to do działań, w których trud i cierpienia są Bogu ofiarowane. Lęk i smutek przemieniły się w wewnętrzną radość udającego się na wieczne zaślubiny z Bogiem. Poprosił on Katarzynę, aby była przy nim w czasie egzekucji. Tuż przed ścięciem udzieliła mu ona swego błogosławieństwa, mówiąc mu o nieskończonej wartości krwi Chrystusowej. Gdy kat wykonał wyrok, Katarzyna przyjęła w swoje dłonie spadającą głowę 1. Dla samej św. Katarzyny obecność przy tej śmierci była okazją do głębszego wniknięcia w tajemnicę Odkupienia.

Były to inne czasy, inne społeczne obyczaje, ale duchowa intuicja świętej postrzega oczyma wiary, że śmierć — i to nawet nieistotne w tym przypadku, słuszna czy niesłuszna, zawiniona czy niezawiniona — może być wyrazem najgłębszego obcowania z Bogiem w miłości. Gdy do każdego swego gestu dodaje się świadomie odniesienie do umiłowanego nade wszystko Boga, wszystko może służyć zbawieniu, wszystko może przynieść duchową korzyść.

Inny przypadek, też z życia kobiety, doktora Kościoła, znajdujemy w autobiografii św. Teresy z Lisieux. Podobnie jak św. Katarzyna ze Sieny, Teresa przeżywa dramat kary śmierci w łączności z ofiarą Chrystusa. Uderzył ją kiedyś obraz spływającej krwi Chrystusa.

Zasmuciłam się bardzo na myśl, że ta krew spada na ziemię i nikt się nie kwapi, aby ją przyjąć. Postanowiłam, że będę trwać w duchu u stóp Krzyża, by przyjmować tę Boską rosę, ze świadomością, że trzeba później rozlać ją na dusze grzeszników (A,45v).

Punktem wyjścia jej postawy jest świadomość potęgi i mocy zbawczego dzieła Chrystusa, mocy, która może pójść na marne, gdy spotka się z obojętnością i oporem. Coś podobnego znajdujemy w programowej encyklice Jana Pawła II Veritatis splendor, w której tytuły rozdziałów pokazują zasadniczą oś chrześcijańskiej reakcji moralnej: „Mistrzu, co dobrego mamy czynić? (…) Nie bierzcie wzoru z tego świata! (…) Aby nie zniweczyć mocy krzyża!”. To jest najwyższy pułap, z którego podejmuje się po chrześcijańsku dylematy moralne. Nie można dopuścić, aby moc krzyża szła na marne, aby dylematy były rozwiązywane jedynie w wyniku spekulatywnych kalkulacji, obojętności czy też odrzucenia daru płynącego z krzyża! Czternastoletnia wówczas Teresa pragnie wraz z Chrystusem, by Jego miłość była zaaplikowana grzesznikom. Właśnie wtedy słyszy ona o wielokrotnym mordercy Pranzinim, który nieskruszony czekał na gilotynę. Za wszelką cenę pragnie ona uratować go od potępienia wiecznego i dlatego usilnie modli się za niego, prosząc również, by w jego intencji odprawiona została Msza św. Jest pewna, że jej modlitwa będzie wysłuchana, ale dla własnego pokrzepienia prosi Jezusa o mały znak. Nazajutrz po egzekucji czyta ona w „La Croix”, że gdy skazaniec, bez spowiedzi, wchodził na szafot, aby włożyć głowę w gilotynę, nagle ujął krucyfiks i ucałował święte rany. Dla Teresy był to znak, że jej modlitwa została wysłuchana. Odtąd będzie ona nazywać Pranziniego „swoim pierwszym dzieckiem”. Jej miłość oblubieńcza wobec Chrystusa dojrzewa i przemienia się w duchowe macierzyństwo. Swoją modlitwą i całkowitym oddaniem się Chrystusowi przyczynia się do tego, że w zbrodniarzu, w którym rozpoznaje bliźniego, rodzi się życie nadprzyrodzone.

Nie wiem, co mówił kapelan wojskowy biednemu żołnierzowi, gdy w celi szykował go na śmierć. Wierzę, że słowa, które wypowiadał, nie były tylko słowami psychicznej pociechy. Wierzę, że ten kapłan usilnie wzywał Ducha Świętego, aby On Sam wlał w to obolałe serce Boską miłość i Boży pokój. I wierzę, że ta modlitwa została wysłuchana.

1 Mary Ann Fatula, Catherine of Siena’s Way, Darton, Longman and Todd, London 1987, s. 121–122.

Śmierć za garnek mleka
Wojciech Giertych OP

urodzony 27 września 1951 r. w Londynie – polski dominikanin, teolog Domu Papieskiego, profesor teologii moralnej w rzymskim Angelicum. Magister historii (Poznań, UAM, 1975), bakalaureat z teologii (Rzym, PUST, 1982), lice...