Spotkanie w Armenii

Spotkanie w Armenii

Ilekroć jestem w Armenii, wracam myślami do pewnego wydarzenia, które miało miejsce przed jedenastu laty. Poleciałem tam wówczas z pewnym Ormianinem, który był moim przewodnikiem. Aram okazał się świadkiem Jehowy i to tak gorliwym i namolnym, że próbował nawracać nawet fedainów na linii frontu czy gregoriańskich kapłanów w świątyniach. Z zawodu był fryzjerem, co umiejętnie wykorzystywał w swojej misji. Najpierw strzygł klienta do połowy, a potem zaczynał swoje kazania. Delikwent nie mógł podziękować i wyjść, gdyż wyglądałby jak idiota. Musiał więc czekać cierpliwie, aż natchniony fryzjer skończy swój wywód, a przede wszystkim swą robotę.

W tym czasie byłem jeszcze daleko od Kościoła, ale homilie Arama robiły na mnie duże wrażenie. Nie tyle swoją głębią czy prawdziwością, ponieważ często mówił bzdury i przeważnie się z nim nie zgadzałem, ile raczej żarliwością, którą udawało mu się porywać niektórych rozmówców. Wiedziałem, że nie ma racji, a jednak nie stać mnie było na podobnie gorliwą postawę. Niemniej jednak muszę przyznać, że pobudził mnie on do rozmyślania o sprawach religijnych.

Pewnego popołudnia oddaliłem się od niego i wdrapałem na pumeksowe wzgórze, na którym stała samotna kaplica. Kilka minut później, z drugiej strony, wdrapał się tam ormiański pasterz. Miał około sześćdziesięciu lat, smagłą, pomarszczoną i nieogoloną twarz, a odziany był w szyte domowym sposobem ubranie z kozich skór. Chociaż trzodę zostawił na dole, roznosił się wokół niego intensywny zapach kóz. Wyglądał jak podręcznikowy wręcz przykład człowieka nietkniętego przez cywilizację.

Starzec powiedział: „Dwadzieścia siedem lat przechodzę obok tego miejsca i nigdy nie wszedłem na tę górę. A teraz coś mnie tknęło i się tu wdrapałem”. Pomyślałem sobie: jestem na tej górze może jeden jedyny raz w życiu, on po raz pierwszy od ćwierć wieku. Być może nie spotkaliśmy się więc przypadkowo.

Zapytałem go, czy wierzy w Boga. Odpowiedział, że nie. Olśniło mnie: no tak, przyszedł tu, żebym go nawrócił. I rozpocząłem teologiczny wywód. Nie pamiętam już dokładnie, o czym mu mówiłem, próbując nakłonić go do chrztu i wiary w Boga w Trójcy Świętej Jedynego, trwało to w każdym razie dosyć długo. Kiedy skończyłem, oczekując, że z zapałem przyzna mi rację, pasterz przybrał teatralną pozę i płynną ruszczyzną, bez zająknięcia, wyrecytował następującą kwestię:

„Aleksander umarł; Aleksandra pochowano; Aleksander obrócił się w proch; proch to ziemia; z ziemi bierzemy glinę; i czemużby tą gliną, w którą Aleksander się przemienił, nie miał ktoś zatkać beczki z piwem? Czy wielki cesarz wiedział, że się stanie ziemią, co zatka szparę w chłopskiej ścianie? Świat niegdyś klękał przed tą grudką gliny: któż dziś pamięta jej sławetne czyny?”.

Osłupiały zamilkłem, a pasterz powiedział: „Nie ma życia po śmierci. Zostanie po nas tylko proch i pył”. Kiedy poszedł, długo jeszcze nie mogłem się ocknąć. Nie dlatego, żeby mnie przekonał, ale dlatego, że po człowieku o wyglądzie barbarzyńcy nie spodziewałem się tak dobrej znajomości Szekspira. Dopiero później dowiedziałem się, jak wielką rolę w życiu Ormian odgrywa teatr, a zwłaszcza dramaty Szekspira, którego wielu tamtejszych chłopów uważa nawet za swego rodaka. Szekspir jest tak popularny w Armenii, że sam spotkałem wielu Ormian o imionach: Hamlet, Lear czy Ofelia.

Znacznie później zrozumiałem, że nawrócenia wymagał nie pasterz, lecz ja sam. Tak naprawdę nawet nie wiem, na co próbowałem go wtedy nawrócić – chyba na mnie samego, bo na pewno nie było to chrześcijaństwo. Trzeba najpierw Boga spotkać, żeby Go głosić, a dzielić się wiarą trzeba z pełnego serca, nie zaś z chęci dorównania innym. I najważniejsze, co pojąłem jeszcze później – że nawrócenie nie jest dziełem człowieka, lecz samego Boga. W jednym tylko się nie pomyliłem: spotkanie z pasterzem rzeczywiście nie było przypadkowe.

Spotkanie w Armenii
Grzegorz Górny

urodzony 30 marca 1969 r. – polski dziennikarz i publicysta, redaktor naczelny kwartalnika „Fronda”, publicysta i reportażysta, autor wielu artykułów.W latach 2003-2009 publikował felietony na łamach miesięcznika „W drodz...