Spotkanie z Karoliną

Spotkanie z Karoliną

Sam nigdy bym tam nie dotarł. Sam nigdy bym się nie pchał na tę wioskę. Bałem się też spotkania z tą cnotliwą dziewczyną, która bezbronna stanęła do walki z uzbrojonym żołnierzem i walkę tę wygrała. Wygrała jak Dawid z Goliatem, jak św. Maksymilian z hitlerowskim reżimem. Wygrała tym, że przynależała całkowicie do Boga.

Karolina Kózkówna rodem z podtarnowskiej wioski została zamordowana 18 listopada 1914 roku, ponieważ nie chciała się oddać rozzuchwalonemu żołnierzowi, który opierającą się dziewczynę pociął szablą z wściekłości i ciało porzucił. Podniecenie zamienił na zapiekłość zadającą śmierć. Śmierć tej dzielnej dziewczyny staje się po latach wielką lekcją wychowawczą nie tylko dla kobiet, ale przede wszystkim dla mężczyzn.

Wszystkiemu winien ksiądz Zbyszek Kucharski z Gorzowa, asystent krajowy KSM, który wioząc mnie na rekolekcje kapłańskie do krzyżackiego zamku w Bierzgłowach, z pasją i zaangażowaniem opowiadał mi o Karolinie, jako patronce Stowarzyszenia Młodzieży Katolickiej.

– Bo widzi ojciec, to niesamowite, że ona, dziewczyna, daje lekcję męskości nam wszystkim.

Przypatrzmy się bliżej jej świadectwu. Zostaje wyprowadzona w towarzystwie ojca z domu pod pretekstem pokazania żołnierzowi drogi. Następnie opuszczona przez wszystkich i pozostawiona samotnie ucieka, ale dopadnięta, zostaje zabita szablą żołnierza rosyjskiego i porzucona na skraju lasu niedaleko od domu. Przeanalizujmy poszczególne kręgi osób będących w pobliżu.

I tak najpierw sam jej ojciec. Zmuszony do tego, aby wyjść z córką z domu na drogę w kierunku lasu, a następnie odesłany z powrotem, zostawił ją w rękach żołdaka. – Tato, nie odchodź! – miała wołać Karolina. Porażająca jest ta bierność ojca w obronie własnego dziecka. Tutaj ksiądz Zbyszek jakby się zdenerwował, jaki to ojciec, co dziecko swoje zostawia na pożarcie bydlęciu w ludzkim ciele, jakiż to przykład dla ojców, by bronili swoje córki. Tutaj rysuje się cały program budzenia świadomości i odpowiedzialności, a nie bezradnego rozkładania rąk. Na nowo zobaczyłem tę rodzicielską przestrzeń wychowawczą.

Następnym kręgiem edukacji i wychowania są koledzy. Kiedy Karolina szarpała się z żołnierzem, scenie tej przyglądali się z odległości kilkudziesięciu metrów sparaliżowani strachem rówieśnicy z wioski, pilnujący koni w lesie z obawy, aby ich nie zabrało wojsko. To konie były ważniejsze niż napastowana dziewczyna, denerwował się ksiądz Zbyszek. To kolejny krąg rówieśników czekający na uświadomienie.

Podróż upływała nam szybko. Ani się spostrzegłem, jak dałem się wciągnąć w opowieść o Karolinie. A wioska cała. A sąsiedzi. Nie poszli jej szukać, ale poszli na skargę do ruskiego komendanta. Ciało Karoliny znaleziono w dwa tygodnie po śmierci, w dniu świętej Barbary, w lesie. W odległości kilometra od miejsca pozostawienia jej przez ojca. – Co to za społeczność! – wykrzykiwał ksiądz Zbyszek – Co za obojętność! A wreszcie ten bandzior, agresor, który pod pretekstem pokazania drogi wyciąga dziewczynę z domu. Agresor… zwierzak, bydlę. Tak potraktować dziewczynę. Te kręgi są wyzwaniem, zadaniem edukacyjnym, proszę ojca, dla nas wszystkich. To jest program wychowawczy. Od tego nie uciekniemy. Karolina nas zawstydza, nas księży również.

Tutaj przypomniałem sobie, jak Ojciec Święty Jan Paweł II kazał nam patrzeć na kobietę, pamiętam doskonale: avec l’admiration et la tendresse, to znaczy z podziwem i czułością.

Przyjechawszy na miejsce, rozpoczęliśmy nasze kapłańskie rekolekcje.

A potem przed położeniem się spać dostałem książkę o Karolinie, szczegółową dokumentację zrobioną w związku ze staraniami o beatyfikację. I po raz kolejny trafiłem na ślad księdza Władysława Mędrali, ówczesnego proboszcza Karoliny, który wiedziony genialną intuicją zebrał i zabezpieczył zeznania świadków jej życia, wezwał akuszerkę w celu zbadania zachowanego dziewictwa. Tego księdza spotkałem w Szczepanowie, kiedy odwiedzałem tam ze swoim stryjem jego brata pszczelarza. A na dodatek ten ksiądz Mędrala urodził się w Paleśnicy, gdzie z kolei proboszczem był mój drugi stryj, u którego spędzałem wakacje w dzieciństwie. Tak oto Karolina idzie za mną, dyskretnie dopominając się o siebie i przedkładając mi swoje przesłanie, które stało się edukacyjnym programem.

Drugiego dnia usiedliśmy wieczorem, aby wspólnie porozmawiać o tym, jak skonstruować program, aby był pociągający dla dzisiejszych młodych. Jakim językiem opowiedzieć o bohaterstwie tej dziewczyny, aby nie stała się lilią i różanym kwiateczkiem wiejskiego ludu w nie najlepszym regionalnym guście. Jak ukazać młodym jej uniwersalizm i aktualność życiową jej postawy? Jaką pieśń zaśpiewać o tej dziewczynie, aby chciała ją śpiewać dzisiejsza młodzież? Takie pytania zadawałem sobie, ponieważ oczywistość męczeńskiej śmierci pozostaje bezdyskusyjna.

Jeszcze zanim zasnąłem, próbowałem wyrazić jakoś tę wielkość. Zdobywam się na przewrotność. Może córkę ludu przedstawić jako królewnę idącą na spotkanie z oblubieńcem, a jej rany jako klejnoty albo oznaki miłości, która zadaje rany? Ale czy to dociera, przemawia? Jak ukazać tę prawdziwą wielkość polegającą na całkowitej przynależności do Pana? Jak pokazać to, że ona jest nie śmieszna, ale mocna? Poczułem się osaczony przez pytania. Dzisiejsza bowiem wrażliwość najbardziej boi się wyśmiania, bardziej niż niemoralności. Dzisiejsza wrażliwość stała się wrażliwością wstydu, a nie moralności. Spostrzegam, że i ja boję się, aby się nie śmiali. Więc głowię się nad tym, jak tu ubezpieczyć tę wartość, aby ci nierozumiejący się nie śmiali, ani nawet nie uśmiechali. W końcu oddała za coś swoje życie.

Kilka razy wstawałem, aby napisać te słowa. O wiejskiej dziewczynie usiłuję myśleć jak o księżniczce z pałacu. Ale i księżniczka dzisiaj jest śmieszna i nie funkcjonuje poza wyobraźnią dzieci. Ale ryzykować trzeba. Robię zatem przymiarkę.

Przymiarka pierwsza:

Pełna chwały
Córka królewska wchodzi pełna chwały
W szacie wzorzystej prowadzą ją do króla
Wiodą ją z radością i w uniesieniu
Wkraczają do królewskiego pałacu!

Przymiarka druga:

Jesteś wspaniałą koroną w rękach Pana
Królewskim diademem w dłoni Twego Boga
Nikt już nie mówi o tobie „porzucona”
Bo wszyscy Cię nazywają „moje w niej upodobanie”
Spodobałaś się Panu, który Cię poślubił
I trwasz w jego wiecznej radości
On dał Ci już swój pierścień
I rozwinął nad Tobą chorągiew miłości.

Przymiarka trzecia:

O jak piękne są twe stopy w sandałach, córko królewska
Bo w tańcu przychodzisz do mnie
I cała jesteś piękna i jakże wdzięczna, oblubienico moja
Bo biegłaś do mnie z miłości
Należysz już do mnie na zawsze
I ja na zawsze należę do Ciebie.

Na zakończenie rekolekcji dostałem duży obraz błogosławionej Karoliny Kózkówny w ozdobnej ramie. Podziękowałem i szczerze się ucieszyłem. Ale równocześnie zamarłem. Obraz odbity metodą fotograficzną na płótnie przedstawiał błogosławioną Karolinę z głową w chmurach, na tle kolorowej łąki z lilią i różą oraz kępą niezapominajek. Zaraz też wydał mi się jakoś nieprawdziwy i trudny do przyjęcia. Dojechawszy do Poznania, czym prędzej zawołałem Hanię malarkę, aby zrobiła coś z tym obrazem, tak abym mógł go powiesić na ścianie w ośrodku nad Lednicą. Aby błogosławiona Karolina zaistniała jako pociągająca patronka naszej młodzieży studiującej, która przyjechawszy z prowincji do miasta i nie wysłuchawszy jeszcze dobrze ani jednego wykładu, cnotę potrafi utracić kilka razy. Mam nadzieję, że ksiądz Zbyszek, który obraz mi podarował, i który pokochał Karolinę jeszcze bardziej ode mnie, wybaczy mi tę moją miłość do Karoliny wyrażającą się w robieniu z Karoliny arystokratki i w przemalowaniu podarowanego mi obrazu.

Dołączając do chwalebnego pocztu męczenników, Karolina szlachectwo swoje zdobywała wiarą i wyprzedziła najznakomitsze rody.

Spotkanie z Karoliną
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...