Spowiedź z miłości – Maria

Spowiedź z miłości – Maria

Zgubiłam się. Nie umiałam przerwać relacji, która była fascynująca, ale jednocześnie za trudna dla mnie. Uwierzyłam i dałam się pochłonąć miłości człowieka (celibatariusza) i sama go pokochałam. Gdy poczęło się dziecko, wydawało mi się, że sama Miłość mnie usprawiedliwi i kiedyś nas zbawi. Wzięliśmy ślub cywilny. Po dziesięciu latach wspólnego życia przyszedł ogromny kryzys. Tym potężniejszy, że niespodziewany. Tym większy, że nie towarzyszyła temu rozmowa, tylko emocje, osądzanie, obcość, potem długie milczenie, bycie obok. Pojedyncze słowa zamiast czynić dobro – powiększały przepaść.

Szukałam ratunku. Najpierw w literaturze psychologicznej i u przyjaciółki, potem w Biblii. Wsłuchiwałam się w Słowo Boże w poszukiwaniu światła, umocnienia dla siebie. To Słowo prowadziło mnie. Pewien ksiądz, słysząc o mojej psychicznej i duchowej udręce, wynikającej z braku poprawy relacji z mężem, doradził mi spowiedź, abym mogła przyjmować Chrystusa w Komunii świętej i w ten sposób pomóc i sobie, i jemu – jakakolwiek przyszłość jest nam pisana. To mnie przekonało.
Chociaż w końcu mąż odszedł ode mnie, to zaczęłam wierzyć, że w tej przerażającej egzystencjalnie, psychicznie i duchowo sytuacji jest jednak jakaś droga. Droga zawierzenia Bogu. Bo tylko Bóg w swojej miłości zbawia, a nie człowiek – choćby najwspanialszy. Droga wytrwałej modlitwy, wytrwałej miłości i wzajemnego przebaczenia.

Po kilkunastu latach przystąpiłam do sakramentu pojednania. Być może ta długa i wynikająca z niemożności formalnej przerwa w spowiadaniu się w konfesjonale sprawiła, że zobaczyłam lepiej i wyraźniej dobrodziejstwo i sens tego sakramentu.

Doświadczyłam, po szczerej aż do bólu spowiedzi, takiej radości i wdzięczności za miłosierdzie, że gotowa byłam wykrzyczeć całemu światu: spotkałam Pana! On mnie zna i kocha mnie taką, jaka jestem!

Każdy człowiek odczuwa swoją samotność w grzechu, w cierpieniu. Gdy łzy nie pozwalały mi czasem dokończyć zdania, kapłan modlił się za mnie półgłosem. Wtedy właśnie zrozumiałam, że w sakramencie pojednania dochodzi do przezwyciężenia ciężaru pierwotnej samotności. Spotkałam w nim miłość Ojca i odnalazłam Brata, który wstawiał się za mną i mówił do Boga w swoim i w moim imieniu: „i nie patrz na nasze grzechy, lecz na wiarę (i niemoc) swojego Kościoła”.

Minęło już kilka lat, odkąd wróciłam do sakramentalnej więzi z Kościołem. Do Eucharystii, która dla mnie jest udziałem w życiu Jezusa. Żyję z wiarą, że „po drugiej stronie nasze drogi pocięte schodzą się z powrotem” (ks. Jan Twardowski).