Sprawiedliwy, odważny, obecny

Sprawiedliwy, odważny, obecny

Zawsze istnieje pokusa ukrycia się za twierdzeniami o konieczności zachowania dobrego obrazu Kościoła i o trosce o szacunek wobec hierarchii.

Marzy mi się biskup, który byłby jak dobry ojciec: sprawiedliwy, odważny, obecny. Do obrazu ojcostwa odwołuje się zresztą także św. Paweł, pisząc: „Jeśli ktoś bowiem nie umie stanąć na czele własnego domu, jakżeż będzie się troszczył o Kościół Boży?” (1 Tm 3,5). Jaki więc dokładnie powinien być mężczyzna stający na czele Bożego domu?

Sprawiedliwy

Inaczej: wierny Przymierzu. Takie jest biblijne rozumienie tego słowa i o nie tutaj właśnie mi chodzi. Bóg jest pierwszym Ojcem, od którego bierze imię wszelkie ojcostwo na niebie i ziemi jak czytamy w Liście do Efezjan (zob. Ef 3,15). To prowadzi do bezpośredniego wniosku, że utrata więzi z Nim oznacza zerwanie więzi ze Źródłem. Potwierdza to zresztą także psychologia, która dowodzi, że aby być dobrym ojcem, trzeba najpierw dobrze przeżywać swoje synostwo. Tym samym pierwszy mój postulat dotyczy poziomu czysto ludzkiego: mam tu na myśli potrzebę mierzenia się ze swoją przeszłością, doświadczeniem relacji z ludzkim ojcem i przyjmowanie jej w prawdzie tak, aby stała się ona źródłem siły i mądrości, a nie uprzedzeń. Łaska buduje na naturze. Jeśli natura jest nieuporządkowana, brak fundamentu do kształtowania czegoś więcej.

Drugi postulat wypływający z prawdy o źródle ojcostwa może zabrzmi banalnie, ale uważam, że dobry biskup to taki, który się modli: regularnie, często i szczerze. Chodzi tu zwłaszcza o modlitwę osobistą, ale także o sposób sprawowania liturgii. Jest wielka mądrość w tym, że Benedykt XVI kładzie duży nacisk na znaki liturgiczne i symbolikę. Żyjemy w kulturze wizualnej, bazującej na przeżyciu emocjonalnym. Długie, piękne kazania mają obecnie o wiele mniejsze znaczenie niż świadome przeżywanie przez celebransa całości akcji liturgicznej – zapewniam, że jest ono w stanie obudzić niejedno serce. Jeśli towarzyszy temu jeszcze dobrze przygotowana oprawa, to Msza zamienia się w schody do nieba.

Wierność Przymierzu to także świadomość wyższości dóbr duchowych nad doczesnymi i świadomość odpowiedzialności przed Chrystusem za zbawienie powierzonych sobie ludzi. Dobry pasterz to ktoś, kto pamięta, że prawda o sądzie nie dotyczy wyłącznie „szeregowych” wierzących, a tym bardziej nie jest bajką służącą do straszenia niegrzecznych dzieci – to realna przyszłość. A Jezus spyta o te wszystkie owce, które poginęły z Jego owczarni, i nie ma co liczyć na to, że o którejkolwiek zapomni. Jeśli biskup nie kierowałby się przy podejmowaniu decyzji tą perspektywą, to dlaczego ze stanięciem przed Panem mieliby się liczyć wierni?

Odważny

Męstwo przejawia się w różny sposób. Zacznę od jego najtrudniejszej formy: umiejętności przyznania się do błędu i wypowiedzenia trudnego, choć czyniącego cuda słowa: przepraszam. Wiem, że takim sytuacjom zawsze towarzyszy lęk przed upokorzeniem i odmową przebaczenia. Zawsze istnieje pokusa ukrycia się za twierdzeniami o konieczności zachowania dobrego obrazu Kościoła i o trosce o szacunek wobec hierarchii. Boli mnie ten brak zaufania do nas, wiernych, a właściwie do naszej zdolności do okazywania miłosierdzia. To zresztą kolejny wymiar męstwa: odwaga zaufania członkom wspólnoty, że ich więź z Chrystusem jest na tyle dojrzała, iż przebaczą i odsuną błędy w niepamięć.

Odwagi wymaga także określenie jasnych i jednoznacznych zasad funkcjonowania kurii i całej diecezji. Powinny to być reguły bez podwójnych standardów, które dzielą ludzi na równych i równiejszych. „Folwark zwierzęcy” w kościelnym wydaniu jest o wiele bardziej bolesny niż ten na scenie politycznej, gdyż uderza przede wszystkim w tych, którzy – w myśl Ewangelii – są najbliżsi Panu, a więc w ubogich; w „małych”, jak mówi dosłownie oryginalny tekst pierwszego błogosławieństwa z kazania na Górze. Zerwać z praktykowaniem wspomnianego podziału to narazić się tym równiejszym, którzy wspierają istniejący stan rzeczy, być może doświadczyć ostracyzmu, ale z pewnością taka postawa oczyszcza relacje i wzmacnia te z nich, które opierają się na zaufaniu.

Wreszcie ostatnie imię męstwa, o którym chcę napisać, to konsekwencja w czynieniu dobra. Osoba konsekwentna jest przewidywalna – wiadomo z dużym prawdopodobieństwem, jakie podejmie decyzje, a to daje poczucie bezpieczeństwa. Jego poznanie rodzi się na modlitwie i wyraża się przez reguły. Jednak samo zdefiniowanie zasad donikąd nie zaprowadzi, jeśli nie będą one konsekwentnie przestrzegane.

Mężny biskup w naturalny sposób staje się źródłem jedności Kościoła: wierni gromadzą się wokół niego, ponieważ jest świadkiem prawdy, co więcej – staje się czytelnym znakiem dla tych, którzy są poza Kościołem. Niekiedy bywa znakiem sprzeciwu, ale nawet wtedy jest szanowany.

Obecny

Obecność wyraża się przede wszystkim przez otwartość i słuchanie, ale też przez umiejętność wypowiedzenia właściwego słowa we właściwym momencie: wtedy, kiedy ma ono kogoś obronić, coś potwierdzić lub czemuś zaprzeczyć w imię wierności Ewangelii. Tu się pojawia kwestia obecności biskupów w mediach. Kogo nie ma w środkach przekazu, ten istnieje jedynie na obrzeżach świadomości publicznej. Można się z tym spierać, można mieć za złe, można się buntować, ale zaprzeczyć się temu faktowi nie da. Nieumiejętność współpracy z mediami, także tymi z głównego nurtu, jest grzechem zaniedbania, i to poważnym. Biskup powinien być dostępny i powinien umieć krótko i w prostych słowach wyrazić swoje przesłanie. Nadto jednak trzeba uporu w egzekwowaniu uczciwości przekazu, co niestety wiąże się z koniecznością kontroli przekazu, który się ukazuje jako efekt ostateczny. Trzeba też pamiętać, że media uwodzą: pojawić się tu, zaistnieć tam, zyskać miejsce na tak zwanej ławce rezerwowych programów o dużej oglądalności – to wszystko pociąga, ale w żaden sposób nie powinno się stać głównym sposobem sprawowania posługi.

Jest też w moim sercu tęsknota za tym, żeby przestać się bać kontaktu z biskupami, żeby ich osoby nie przesłaniała funkcja i nie oddzielała skutecznie od przeciętnych prezbiterów, o świeckich nie wspominając.

Chciałabym także, żeby biskup był osobą świadomą, że rola laikatu w Kościele wzrasta. Jest to znak czasu, boleśnie potwierdzany przez spadek liczby powołań do seminariów diecezjalnych. Potrzebni są świadkowie codzienności pokazujący swoim życiem, że Ewangelia to nie utopia i że można nią żyć. Potrzebują oni oparcia w swoim biskupie i to co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, aby nie zbudzić się pewnego dnia poza Kościołem w sekcie starannie skonstruowanej zgodnie z własnym, a jednocześnie niekoniecznie katolickim gustem. A po drugie, żeby w chwili zderzenia z oskarżeniami czy własną słabością mieć u kogo szukać pomocy – zarówno duchowej, prawnej, jak i (czasem) materialnej. Niestety, bywa, że biskupi z lęku przed nowością i wysiłkiem związanym z rozeznawaniem i prowadzeniem nowych inicjatyw ucinają na starcie próby poszukiwań.

Bardziej duchowny niż urzędnik, raczej mistrz niż nauczyciel, zdecydowanie człowiek, a nie instytucja – jeśli miałabym przedstawić krótko i zwięźle moje marzenia o biskupie doskonałym. Po prostu dobry ojciec, którego pozycja opiera się nie na zewnętrznych formach, ale szacunku i zaufaniu, i dzięki któremu Kościół ma szansę być domem, a nie przytułkiem.

Sprawiedliwy, odważny, obecny
Elżbieta Wiater

urodzona w 1976 r. – dziennikarka, historyk i teolog, autorka licznych artykułów i książek.Studiowała historię na Uniwersytecie Jagiellońskim i teologię na Polskiej Akademii Teologicznej, obecnie pisze doktorat z teologii...