Stać się sobą, aby pomagać innym

Stać się sobą, aby pomagać innym

Wydaje się, że każdy, kto próbuje pomagać innym w drodze wolności, musi przejść drogę podobną do tej, którą przeszli pustelnicy w Egipcie w czasie zrywu ewangelicznej gorliwości.

Ojciec Pojmen prosił ojca Józefa: „Powiedz mi, jak mam zostać mnichem”. On odpowiedział: „Jeśli chcesz znaleźć pokój tu i na tamtym świecie, w każdej sprawie stawiaj sobie to pytanie: »Kimże ja jestem?« i nie sądź nikogo”.

Człowiek, który poszukuje odpowiedzi dotyczącej życiowego problemu, prosi o radę kogoś mądrego. W ten sposób szuka światła Bożego, które pozwoli podjąć tę najwłaściwszą decyzję. Ten z kolei, kto decyduje się na taką posługę, przyjmuje na siebie zadanie nazywane towarzyszeniem duchowym. Chodzi o taką pomoc, która ma służyć drugiemu w odkryciu przez niego prawdy o sytuacji i w podjęciu decyzji. Nie mówimy tutaj o tak zwanych dobrych radach, których chętnie udziela się innym, ale pomimo to, że samemu doradcy wydają się one znakomite, zainteresowani niechętnie z nich korzystają. Interesuje nas to, jak można pomóc drugiemu człowiekowi w poznaniu dobra, które rodzi się dzięki ludzkiej decyzji, i jak próbować to dobro osiągnąć. Jak pomagać skutecznie i kto może duchowo towarzyszyć w drodze osobom poszukującym Bożego światła.

Jednym z pierwszych świadectw o takiej roli w Kościele są przekazy o mnichach ruchu pustelniczego w Egipcie w IV wieku. Spośród nich najbardziej znany jest św. Antoni Pustelnik. Jest on raczej reprezentantem pokolenia ludzi poszukujących Boga. W tamtym czasie pojawiło się bowiem środowisko ludzi wiary poszukujących wartości duchowych i wzajemnie się inspirujące. Warto przyjrzeć się temu, w jaki sposób oni pomagali innym. Pouczające jest również to, jakimi byli ludźmi. Dzięki pustelniczemu życiu wykształcili bowiem w sobie wyjątkowe osobowe cechy umożliwiające służenie innym duchowym przewodnictwem.

Starzec w Egipcie na początku IV wieku

Czwarty wiek to czas zmiany społecznej roli Kościoła w obszarze Basenu Morza Śródziemnego. Za sprawą cesarza Konstantyna w roku 313 chrześcijaństwo stało się religią dozwoloną. Później zaczęło być dla wielu ludzi religią wygodną. W praktyce bowiem opłacało się być chrześcijaninem, jeśli ktoś chciał mieć udział w życiu publicznym i otwartą drogę do społecznej kariery.

W takim momencie musiał nastąpić kryzys we wspólnocie wierzących. Pojawiło się wówczas zjawisko — występujące zresztą i w naszych czasach — tzw. religijnej letniości. Wyraża się ono w tym, że treści wiary są oddzielane od czynów podejmowanych na co dzień, a w praktyce owocuje to brakiem odpowiedzialności za bycie chrześcijaninem.

W opozycji do zjawiska kryzysu wiary wyrastają pokolenia chrześcijan gorliwych, prawdziwie poszukujących Chrystusa. Dzięki zaprzestaniu prześladowań otwarła się zarazem możliwość swobodnego nauczania wiary.

Obszarem szczególnego ożywienia religijnego jest w III i IV wieku Egipt — prowincja Cesarstwa Rzymskiego. Czytający koptyjski przekład Biblii mieszkańcy należą w większości do biedoty. Bogacze zaś to ludność mówiąca po grecku. Tamtejsi Grecy nie są jednak tak bardzo zakorzenieni w tradycji antycznej, dość łatwo więc przyjmują nową wiarę z jej konsekwencjami i chcą to zrobić prawdziwie. Owocuje to ruchem społecznym, w którym znajdują się osoby próbujące znaleźć możliwie najbardziej owocny sposób trwania w wierze i drogę poznania Boga. Wydawało się, że nie da się tego zrobić, pozostając w wirze życia społecznego i tkwiąc w religijnych sporach.

Ten wybuch zbiorowej niechęci do cywilizacji nazywa się często epidemią pustelnictwa. Zniecierpliwiony światem, zaniepokojony sytuacją w ówczesnym Kościele, udręczony zrutynizowanym życiem w rodzinie ówczesny chrześcijanin „siebie i swoją własną istotę usiłował odnaleźć w samotności. Pełnia tej samotności o tyle powinna być większa, o ile bardziej ów człowiek czuł się przedtem rozdwojony i rozdarty”.

Święci i łotrzy, intelektualiści i szaleńcy, policjanci i kapłani, urzędnicy i wieśniacy, damy i prostytutki, wszyscy ci ludzie miotani niepokojem, w przeczuciu, że w głębokiej samotności, w dzikich ostępach odnajdą utraconą zdolność obcowania z Bogiem — uciekali od cywilizowanego świata na pustynię.

Na tle kryzysu pierwotnego ideału Ewangelii wyrasta ruch radykalnego życia według wskazań dobrej nowiny. To nie była ucieczka od życia, lecz od wszelkich imitacji królestwa Bożego podsuwanych człowiekowi przez społeczeństwo, które rozkwitało, budowało kościoły i pałace, gromadziło bogactwa. Odejście na pustynię było aktem oczyszczenia. Mnisi odczuwali wielką duchową potrzebę doświadczenia próby.

Ruch pustelniczy św. Antoniego

Święty Antoni urodził się w Quiman, w środkowym Egipcie, około 251 roku, w bogatej rodzinie chrześcijan koptyjskich. Rodziców stracił wcześnie. Gdy szukał swej drogi życia, mając około 18 lat, wszedł do kościoła i usłyszał kapłana czytającego: „Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i daj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie”. Antoni spełnił słowa dokładnie. Rozdał rodzinną spuściznę, a swoją siostrę oddał do klasztoru dziewic. Sam zaś udał się na naukę do pobliskiego starca. Następnie zamieszkał samotnie w pobliskim grobie, gdzie doświadczył straszliwych pokus. W końcu porzucił swój grobowiec i udał się na pustynię, do opuszczonej twierdzy Pispir. Tam odnaleźli go ludzie, zaczęli traktować jako dziwowisko, więc zagłębił się jeszcze bardziej w pustynię. Osiadł na górze Qulzum, ok. 30 km od Morza Czerwonego.

W Nitrii, a następnie Sketis wokół Antoniego pojawiali się podobni jemu eremici. Z zapisów ich tradycji, zwanych Apoftegmatami Ojców Pustyni, otrzymaliśmy przekaz o życiu braci, o ich problemach, o zabawnych a pouczających historiach, które im się przydarzały, a także o doświadczeniach pokus i upokorzeń. Z tych opowieści można wyodrębnić elementy ich życia i duchowego doświadczenia, które sprawiały, że prawdziwie pomagali drugim.

Formacja mnicha, czyli jak wytrzymać ze sobą samym

Pewien brat prosił ojca Hieraksa: „Powiedz mi słowo: jak mogę się zbawić?”. Starzec mu odpowiedział: „Siedź w swojej celi; gdy będziesz głodny, to jedz, gdy będziesz spragniony, to pij, a tylko nie obmawiaj nikogo — a będziesz zbawiony”.

Fundamentem formacji mnicha była decyzja o wyborze sposobu życia, którego celem jest głębokie pragnienie naśladowania Chrystusa. Konieczne zatem jest odrzucenie dotychczasowej formy życia w wirze spraw społeczności. Odtąd jedynym celem mnicha będzie dojście do zbawienia.

Akt wyboru życia pustelniczego jest znakiem zaufania do nauki Jezusa i misji apostołów. Choć Jezus uczy, że On sam i Ewangelia wystarczą człowiekowi, to jednak trudno taką naukę realizować całkiem dosłownie. Pustelnik chciał spróbować, jak daleko można posunąć się w stronę ścisłego rozumienia Ewangelii.

W ten sposób mnich sprawdzał, jak daleko sięgają granice jego wolności. Czynił to przez praktykę ascezy — zdolności do wyrzeczeń. Zdaje się zresztą, że w różnych rejonach ówczesnych kolonii pustelników nacisk na ascezę i jej formy były różne. Inaczej praktykowali ją bracia w Syrii, inaczej w Egipcie.

Owocem tego sposobu życia było głębokie przeświadczenie, że człowiek nawrócony już dziś spotyka się z Bogiem. Otrzymuje zdolność ciągłego przebywania z Nim także wtedy, kiedy jego osobiste przeżycia wcale tego nie potwierdzają. Przeżycia i odczuwanie czyjejś obecności nie tylko nie było traktowane jako potwierdzenie Bożej obecności i sensowności wyboru życia mniszego, ale wręcz jako potencjalne miejsce diabelskiego mamienia. Stąd nieufność i uciekanie od nadzwyczajności w życiu i w modlitwie mnicha.

Wytrwanie w miejscu jako dosięganie granic wolności ducha

Pomimo to że mnich wykonywał podstawowe, codzienne prace i zarabiał na swoje utrzymanie, treścią każdego dnia i niekiedy nocy miała być modlitwa. Przenikała ona wszystkie czynności. Jednakże jeszcze ważniejsze było wytrwanie wobec pokusy zmiany miejsca. Każdy człowiek zna to nieprzyjemne doświadczenie, kiedy wydaje się, że obecna sytuacja jest nie do wytrzymania, ale przecież wszystko by się zmieniło, gdyby można było mieć inny dom, innych sąsiadów, inną rodzinę, inną pracę. To oczywisty sen, jednakże człowiek wcale nierzadko w niego zapada. W życiu mnicha, którego rytm dnia nie przewidywał żadnych momentów zmiany, pokusa ucieczki była tym bardziej dokuczliwa.

Opieranie się chęci zmiany miejsca to szkoła wierności, czyli w konsekwencji szkoła modlitwy, nieustannego bycia z Bogiem. Niekiedy, paradoksalnie, modlitwa wyrażała się nawet gotowością do rezygnacji z modlenia się, przedkładaniem ponad medytację pozostawanie w swojej celi i nieuciekanie od doświadczenia spotkania się z samym sobą.

Mówiła o tym doświadczeniu także matka Teodora, że był pewien mnich, który z powodu mnóstwa pokus, powiedział sobie: „Odchodzę”. A kiedy wkładał sandały, zobaczył obok jakiegoś człowieka, który również wkładał sandały. Ten przemówił do niego: „Czy to przeze mnie chcesz odejść? Dokądkolwiek pójdziesz, ja tam pójdę przed tobą”.

Tym, kogo zobaczył, był on sam. Sam z sobą poszedłby do nowego miejsca, z którego również próbowałby uciec, znowu zabierając samego siebie. I tak bez końca.

Modlitwa jako bezustanna formacja

Modlitwa nie jest celem, ale ważnym elementem życia mnicha. Jednym z zadań, które sobie stawiał mnich, jest realizowanie wezwania św. Pawła do bezustannej modlitwy. Spełnienie go jest jednak niemożliwe choćby ze względu na konieczność snu. Stąd powstała tradycja nauki modlenia się w taki sposób, by stała się ona jedną z czynności życiowych człowieka.

Maksym Wyznawca zamieszkał w lesie, z dala od wioski. Pierwszej nocy cały las wydawał się pełen dzikich zwierząt i demonów. Strach go obleciał, z zarośli spoglądały na niego jakieś ślepia, zaczął wołać: „Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną”. Kiedy nadszedł poranek, rozejrzał się po lesie, schylił się, aby urwać kilka jagód, wtedy przypomniały mu się wszystkie nocne zjawy, które świeciły ślepiami wśród tych zarośli, znowu lęk go ogarnął, zaczął wołać: „Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną”. I tak przez wiele następnych dni i następnych nocy. Ale po jakimś czasie udało mu się do leśnych głosów przywyknąć, ale wtedy pojawiła się chęć zajęcia się czymś pożytecznym, nie mieszkać w lesie i żyć dla Boga tylko. W tej pokusie wołał: „Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną”. Potem jeszcze przyszły pokusy pychy, pokusy bezsensu, pokusa założenia wspólnoty, pokusy posiadania wiedzy, pokusy cielesne: chęć skrajnej ascezy i pragnienia seksualne; i w tych wszystkich coraz to nowych próbach Maksym wołał: „Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną” . Tak nauczył się modlić się nieustannie i doszedł do wielkiej doskonałości życia.

Posłuszeństwo — droga rozeznawania

Posłuszeństwo potocznie kojarzy się z wyrzeczeniem się przez człowieka swojego zdania. Jednak inaczej rozumieją je mnisi. Widzą w posłuszeństwie jedną lub nawet jedyną szansę, by odróżniać to, co jest wolą Boga, od swoich zachcianek, nawet tych najbardziej subtelnych.

Pewien brat zapytał swojego ojca: „Jak mogę znaleźć Boga? W poście czy w ciężkiej pracy, w czuwaniu czy w dziełach miłosierdzia?”. Ojciec odpowiedział: „Czyń wszystko, o czym tu mówisz, ale nie zapominaj o rozeznaniu. Wielu wyniszczyło swoje ciała, a to nie przyniosło żadnego owocu, skoro było czynione bez rozeznania. Post może cuchnąć w naszych ustach. Możemy znać całe Pismo Święte i recytować z pamięci wszystkie psalmy. Ale zabraknie nam tego, czego Bóg szuka, a mianowicie pokory”.
   Pewnego dnia ojciec Longin radził się ojca Lucjusza co do trzech myśli. Najpierw powiedział: „Pragnę odejść na obczyznę”. Starzec mu odrzekł: „Jeśli nie będziesz panował nad językiem, nigdzie nie będziesz obcy, dokądkolwiek byś poszedł. Dlatego zapanuj nad językiem tutaj, a będziesz na obczyźnie”. On rzekł znowu: „Pragnę pościć”. Starzec odpowiedział: „Izajasz powiedział: »Jeśli kark swój schylisz pod sznurem i jarzmem, nawet to nie będzie miłe Bogu, ale raczej opanuj złe myśli«”. Powiedział mu raz trzeci: „Chcę uciec od ludzi”. Starzec mu odrzekł: „Jeśli najpierw nie nauczysz się żyć dobrze z ludźmi, to i w samotności nie będziesz umiał żyć dobrze”.

Upokorzenie jako metoda spotkania z rzeczywistością

Człowiekowi upokorzonemu towarzyszą nieprzyjemne uczucia. Jeśli jednak upokorzenie może człowieka wyzwolić od obsesyjnego zajmowania się sobą, to może warto zapłacić tę cenę i przyjąć, że wyzwolenie warte jest ceny palącego duszę poniżenia. Mnisi odkrywali, że bez doświadczenia upokorzenia nie zdołają sami zrezygnować z czającej się w sercu pokusy pychy, która może oddzielić od Boga.

Ojciec Nisteroos Wielki szedł przez pustynię z pewnym bratem; zobaczywszy węża, zaczęli uciekać. Brat go zapytał: „I ty także boisz się, ojcze?”. Odpowiedział starzec: „Ja się nie boję, dziecko, ale korzystniej jest dla mnie uciekać, żebym potem nie musiał uciekać przed duchem próżnej chwały”.
   Opowiadano o ojcu Agatonie, że przyszli do niego jacyś goście, którzy słyszeli o jego wielkiej rozwadze i chcieli go wypróbować, czy się rozgniewa. I powiedzieli mu: „Czy to ty jesteś Agaton? Słyszeliśmy o tobie, że jesteś rozpustnik i pyszałek”. Odrzekł: „Tak”. Oni mówili dalej: „To ty jesteś Agaton, ten plotkarz i oszczerca?”. Odrzekł im: „To ja”. A oni znowu: „To ty jesteś Agaton, ten heretyk?”. Odpowiedział: „Heretykiem nie jestem”. Wtedy zaczęli go prosić: „Powiedz nam, dlaczego kiedy ci tamto wszystko zarzucaliśmy, przyjmowałeś spokojnie, a tego jednego zarzutu nie zniosłeś?”. Odpowiedział im: „Tamte pierwsze zarzuty ja sam sobie stawiam, bo to przynosi korzyść mojej duszy; ale być heretykiem, to oddalić się od Boga, a ja nie chcę od Boga się oddalać”. Na te słowa zdumieli się nad jego rozwagą i odeszli zbudowani.
   Opowiadano o ojcu Danielu, że kiedy barbarzyńcy napadli na Sketis, ojcowie pouciekali, on sam zaś rzekł: „Jeżeli Bóg się o mnie nie troszczy, to po cóż miałbym żyć?”. Przeszedł więc pomiędzy barbarzyńcami, a oni go nie zauważyli. Wtedy starzec powiedział sobie: „Oto Bóg zatroszczył się o ciebie i nie zginąłeś; teraz postąp i ty po ludzku i uciekaj jak ojcowie”. I powstawszy, uciekł.

Uczeń ujawnia swoje najskrytsze myśli przed mistrzem

trakcie duchowej formacji człowiek odkrywa coraz to nowe pokłady egocentryzmu i zdolność do pokrętnych decyzji. Uczeń ujawnia swoje najskrytsze myśli przed mistrzem dlatego, że zależy mu na bezkompromisowym odkryciu motywów swojego serca. Chce wiedzieć, co naprawdę popchnęło go do pójścia za Jezusem. Jeżeli w myślach ucznia pozostałby na zawsze jakikolwiek podstęp lub nieczysta pobudka, to lepiej, żeby w ogóle nie został mnichem.

Ojciec Pojmen, kiedy jeszcze był młody, poszedł raz do pewnego starca, by się go poradzić w sprawie trzech myśli. Kiedy przyszedł do starca, zapomniał o jednej z nich i wrócił do swojej celi. Kiedy wyciągnął rękę, żeby przekręcić klucz, przypomniał sobie sprawę, o której był zapomniał. Zostawiając klucz, wrócił do starca. Powiedział mu starzec: „Szybko przyszedłeś, bracie”, a on mu odpowiedział: „Kiedy wyciągałem rękę do klucza, przypomniałem sobie myśl, która mi uciekła; więc nie otworzyłem już drzwi i zaraz wróciłem”. Droga jednak była bardzo daleka. Wtedy powiedział mu starzec: „Pojmenie, pasterzu stada, twoje imię rozejdzie się po całej ziemi egipskiej”.

Przesłaniem opowiadania jest to, że skoro Pojmen był tak wierny w ujawnianiu swoich myśli ojcu duchowemu, zapewne kiedyś stanie się nauczycielem dla innych.

Miłosierdzie i łagodność mistrza wobec ucznia

Mnich dochodzi do przekonania, że on sam jest największym grzesznikiem na świecie. Z tego powodu w postępowaniu każdego człowieka, nawet gdy on grzeszy, potrafi znaleźć okoliczności usprawiedliwiające. Jeśli grzech jest jawny dla innych, wtedy najważniejszym zadaniem mnicha pozostaje to, jak dodać grzesznikowi siły i pokazać drogę do nawrócenia.

Pewnego dnia jeden z braci przyszedł mu powiedzieć, że w celi innego brata zobaczono kobietę. Sisoes zebrał całą wspólnotę, aby przeprowadzić inspekcję celi. Oskarżony brat, widząc ich z daleka, schował kobietę pod pustą beczkę. Kiedy bracia weszli do celi, Sisoes, który doskonale wiedział, co się stało, usiadł na beczce, mówiąc do braci: „Szukajcie w całym domu, gdzie jest ta kobieta, i próbujcie ją znaleźć”. Ponieważ Sisoes siedział na beczce, nikt nie pomyślał, żeby pod nią zajrzeć. Kiedy już dobrze przeszukano celę i bracia musieli stwierdzić, że nikogo nie znaleźli, Sisoes skierował do nich pouczenie: „Uważajcie, bracia, nigdy nie sądźcie innego brata! A teraz odejdźcie stąd!”. Kiedy bracia wyszli, Sisoes wziął za rękę winnego brata i powiedział: „Czuwaj nad swoją duszą!”.

Opowiadanie pokazuje sposób postępowania, który określa się jako długomyślność. Jest to umiejętność oczekiwania na owoce w życiu ucznia. Mistrz większą uwagę przykładał do tego, żeby proces nawrócenia trwał, niż aby widzieć już wyraźnie postępowanie wskazujące na nawrócenie. Umiał cierpliwie czekać.

Pewien brat znika co noc z klasztoru i wszyscy wiedzą, że nocuje gdzieś na wsi. Opat wie o tym, toteż bracia bardzo się niecierpliwią, ponieważ nie widzą żadnej reakcji z jego strony. Niechby wreszcie coś zrobił, uderzył w wielki dzwon, przecież to nie może trwać w nieskończoność! Mimo niezadowolenia uczniów, którzy nie rozumieją skandalicznej długomyślności, ojciec duchowy trwa w cierpliwym oczekiwaniu. Dopiero po pewnym czasie, kiedy nadarza się stosowna okazja, starzec interweniuje, co natychmiast doprowadza winnego do nawrócenia. Wtedy przychodzą do niego bracia i pytają: „Dlaczego tak długo czekałeś z upomnieniem?”. Opat odpowiedział: „Widziałem szatana, który trzymał za rękę tego brata i ciągnął go do siebie, ale ja przez moją cierpliwość trzymałem drugą jego rękę, bojąc się, by na skutek nagany nie uciekł zaraz do świata, gdzie pociąga go diabeł”.

Skutek formacji mnicha, czyli jaki był mnich w spotkaniu z rozmówcami

Nie było celem mnicha to, żeby służyć bliźnim radą i opieką. Odejście od zgiełku świata miało oznaczać odsunięcie od kontaktu z innymi ludźmi. Pustelnik modlił się przede wszystkim o swoje nawrócenie i bez wahania powiedziałby każdemu, że to on sam jest największym grzesznikiem na ziemi. Z trudem, ale też z nadzieją, wierzył, że Bóg potrafi go zbawić, pomimo jego niewierności.

Mimo tych założeń, właśnie do mnichów przychodzili ludzie potrzebujący porady i światła. Pomocy, którą otrzymywali, mnich udzielał mimochodem, niekiedy jakby wbrew samemu sobie — po to, żeby natręt już sobie poszedł, a mnich mógł dalej płakać nad swoimi grzechami. Niekiedy mnich kazał długo czekać na odpowiedź. Wydaje się, że wtedy on sam szukał światła, którego potrzebuje osoba prosząca o pomoc. W tym czasie poznawał lepiej duszę przybysza.

W przekazie pustelników można znaleźć wzmiankę, że któryś z braci zaproponował wspólne zamieszkanie gościowi i dopiero po dziesięciu latach milczenia zapytał go ponownie, po co przyszedł. Tamten odpowiedział, że już otrzymał odpowiedź. Odkrył, że przyszedł po to, aby znaleźć prawdę o swoim powołaniu do pustelniczego życia.

Pisma pustelników przekazują jednoznacznie, że mnisi byli duchowymi przewodnikami ludzi. Było to zjawisko powszechne. Ich sposób życia i sposób spotykania się z ludźmi — bez pretensji, w ogromnej pokorze — budził zaufanie i był dla innych przekonujący. Mnich budzi w rozmówcach zaufanie, bo jest dyskretny, nie ocenia człowieka i strzeże się nawet przed oceną jego czynów.

Ojciec Teonas powiedział znowu: „Nie sądź nieczystego, sam będąc czysty: w ten właśnie sposób przestępujemy prawo. Ten bowiem, który powiedział »Nie cudzołóż«, powiedział również: »Nie sądź«”.

Mnich jest głęboko i szczerze przekonany, że jest większym grzesznikiem niż rozmówca. Pokazuje przez to, że obiektywna liczba złych czynów człowieka nie jest najważniejsza, bo pewnie byli na świecie ludzie, którzy grzeszyli więcej niż mnich albo mniej niż on. Mnicha nie zajmowały takie rachuby. Stosował odmienny rodzaj oceny czynów. Nie porównywał się z innymi, ale żył ze świadomością miłosierdzia Bożego wobec każdego człowieka. Wobec takiej miłości, na którą nikt z ludzi nie potrafi zasłużyć, nie przystoi szczycić się swoją doskonałością. To zresztą jest warunek, aby miłosierdzie otrzymać.

Pewien brat zgrzeszył i kapłan wypędził go z kościoła. Wtedy ojciec Besarion wstał i wyszedł z nim razem, mówiąc: „Ja także jestem grzeszny”.

Tak samo, jak surowo mnich oceniał swoją niewierność, podobnie jasno widział ludzkie ograniczenia, słabości, ale też i szanse przemiany czyjegoś serca. Mnich jest łagodny w osądach i postępowaniu wobec innych, ponieważ to pozwala narodzić się dobru, które może rosnąć tylko wtedy, jeśli się je cierpliwie chroni i pielęgnuje.

Pewien myśliwy polujący na pustyni na dzikie zwierzęta zobaczył, jak ojciec Antoni żartuje z braćmi, i bardzo się zgorszył. Starzec więc, pragnąc go przekonać, że z braćmi trzeba postępować łagodnie, powiedział mu: „Załóż strzałę i napnij łuk” — a on tak zrobił. Starzec rzekł: „Napnij mocniej” — i on usłuchał. Starzec powtórzył: „Mocniej!”. Myśliwy na to: „Jeśli napnę nad miarę, to mi łuk pęknie”. I rzekł mu starzec: „Tak jest i z pracą wewnętrzną. Jeśli ją ponad miarę napniemy, bracia się szybko załamią. Trzeba więc z nimi postępować łagodnie”. Myśliwy, gdy to usłyszał, skruszył się i odszedł bardzo zbudowany postawą starca, a bracia, umocnieni, rozeszli się do siebie.
   Kilku starców przyszło kiedyś do ojca Pojmena i pytało: „Kiedy widzimy, że bracia zasypiają na modlitwie, czy chcesz, żebyśmy ich budzili, aby czuwali podczas wigilii?”. A on im odpowiedział: „Co do mnie, to gdy widzę, że brat zasypia, opieram jego głowę o swoje kolana, żeby odpoczął”.

Łagodność wobec drugich nie powoduje zamykania oczu na zagrożenie, którym jest szukanie lub chociaż pragnienie czyjegoś podziwu i sławy. Jeżeli ceną pomagania innym miałaby być zguba mnicha — a to dzieje się, jeśli on pozornie szuka Boga, a w rzeczywistości buduje swoją wielkość — mnich gotów jest zapłacić każdą cenę za swoje nawrócenie. Najważniejszym wyborem życiowym jest przecież chęć ratowania swojej duszy, aby ona należała zawsze do Boga.

Pewna kobieta miała na piersi tak zwanego raka. Usłyszała ona o ojcu Longinie i chciała go spotkać. On zaś mieszkał przy dziewiątym kamieniu milowym od Aleksandrii. Gdy szła do niego, oto właśnie ów błogosławiony zbierał drewno nad brzegiem morza; widząc go, zapytała kobieta: „Ojcze, gdzie tu mieszka sługa Boży, ojciec Longin?”. A nie wiedziała, że to on był właśnie. Odrzekł jej: „Czemu szukasz tego oszusta? Nie idź do niego, to oszust. A co ci jest?”. Ona pokazała mu raka. Przeżegnał to miejsce i odprawił ją, mówiąc: „Idź i niechaj Bóg cię uzdrowi, bo Longin nic ci nie pomoże”. Kobieta odeszła, wierząc jego słowu, i zaraz została uzdrowiona. Później, gdy komuś to opowiadała i opisywała starca, dowiedziała się, że to był sam ojciec Longin.

Każdy, kto pomaga innym, wie, że jeśli patrzy na rzeczy z dystansu, to potrafi znaleźć kierunki rozwiązania łatwiej niż ten, kto jest w problem uwikłany. Jednak rozwiązanie osobistych spraw człowieka musi dosięgnąć jego serca, musi się więc tam narodzić. Stąd praktykowana przez mnichów zasada, żeby nie stawiać siebie w centrum rozwiązywania problemu i nie podejmować decyzji za innych. Pozwalało to mnichowi chronić duszę przed pokusą bycia mistrzem dla kogoś, ale też służyło tym, którzy mogą swoje problemy rozwiązać tylko przez swoje własne decyzje.

Pewien brat pytał ojca Pojmena: „Dostałem spadek, co mam z nim robić?”. Starzec mu odpowiedział: „Idź i wróć za trzy dni, a wtedy ci powiem”. Brat wrócił zgodnie z poleceniem, a starzec rzekł: „Cóż ja ci mam powiedzieć, bracie? Jeśli ci każę dać to na kościół, pójdzie na uczty braci; jeżeli powiem: »Daj rodzinie«, nie będziesz miał żadnej zasługi; jeżeli powiem: »Rozdaj ubogim«, zaniedbasz radę. Rób więc, jak sam chcesz: nie moja to sprawa” .

Trudnym etapem rozwiązania problemu duchowego przez człowieka jest praca nad tym, aby proces przemiany trwał. To wymaga nie tylko czasu, ale również życzliwego wsparcia z zewnątrz, które dodaje sił do nawrócenia. Służy temu cierpliwa miłość mnicha i powstrzymywanie się od ocen. Potrafi on cieszyć się małymi owocami duchowej pracy i widzi dalej niż doraźne problemy i sukcesy.

Ojciec Tymoteusz, kapłan, postawił ojcu Pojmenowi pytanie: „Jest w Egipcie kobieta, która uprawia nierząd, a zarobione pieniądze daje na jałmużnę”. Ojciec Pojmen odpowiedział: „Porzuci nierząd, bo widać już w niej owoce wiary”. Zdarzyło się, że matka kapłana Tymoteusza przyszła go odwiedzić, a on ją spytał: „Czy tamta kobieta wciąż trwa w nierządzie?”. Odrzekła: „Tak, i coraz więcej ma kochanków, ale też coraz więcej daje jałmużny”. Ojciec Tymoteusz opowiedział to ojcu Pojmenowi, a ten rzekł: „Porzuci nierząd” . I kiedy znowu przyszła do ojca Tymoteusza jego matka, powiedziała mu: „Wiesz, że ta nierządnica chciała przyjść tu ze mną, żebyś się nad nią pomodlił?”. Gdy to usłyszał, opowiedział ojcu Pojmenowi, a on mu rzekł: „To raczej ty idź jej naprzeciw”. Poszedł więc ojciec Tymoteusz i spotkał ją; a kiedy go zobaczyła i usłyszała od niego słowo Boże, skruszyła się i zapłakała. I powiedziała mu: ,,Od dzisiaj przylgnę do Boga i już nie wrócę do nierządu”. I natychmiast została mniszką, i życie jej podobało się Bogu.

Przez osobistą formację, której celem było spotkanie z Bogiem, a także spotkanie z sobą, czyli z własną małością, z doświadczeniem różnorodnych pokus i chęci ucieczki, mnich odkrywa głębię własnej ułomności i siłę pragnienia, aby naprawdę być wyzwolony. To zresztą mieści w sobie pojęcie chrześcijańskiego zbawienia. Mnich głęboko współczuje wszystkim zniewolonym sobą. Formacja, która polegała między innymi na tym, aby wytrwać w miejscu, nie ustawać w modlitwie i być prawdziwie posłusznym mistrzowi i sposobowi życia, doprowadziła mnicha do tego, czego właściwie próbował uniknąć. Mnich stał się kimś, kto rzeczywiście potrafi zająć się problemami drugich. Przez poznanie siebie i przez formację, której celem było wytrwanie w wierności Bogu, jakby niechcący nabrał umiejętności niesienia pomocy, towarzyszenia duchowego osobom poszukującym. Nieodłącznym składnikiem tego jest miłosierdzie i łagodność wobec przychodzących po pomoc, a zarazem niezgoda na to, by on sam był traktowany jako lokalna sensacja. Pustelnik za wszelką cenę chciał uniknąć sławy i ludzkiego podziwu, widząc w tym zagrożenie dla siebie.

Z teologicznego punktu widzenia mnich wybierający miejsce marginesu społecznego i realizujący swoją wolność przez wyrzeczenie staje się zastawem za tych, którzy poszukują wolności, i to zastawem gwarantującym wolność dla wszystkich w jakikolwiek sposób zniewolonych. Mnich próbuje nieodwołalnie oddać swoje życie, czyli wewnętrzny pokój, siły, sen, uwagę, myśli i całego siebie za wyzwolenie dla proszących o pomoc.

Wydaje się, że także dziś każdy, kto próbuje pomagać innym w drodze wolności, musi przejść drogę podobną do tej, którą przeszli pustelnicy w Egipcie w czasie tamtego zrywu ewangelicznej gorliwości. Gdy pragnie się pomagać innym, konieczne jest osobiste życie duchowe, wytrwanie „w celi”, czyli posłuszeństwo i wierność metodzie, którą posługujemy się, słuchając drugich, aby pomagać w ich potrzebach.

Bibliografia
André Louf, Towarzyszenie duchowe, przeł. Lucyna Rutkowska, „M”, Kraków 1994.
Pierwsza księga starców GERONTIKON, przeł. s. Małgorzata Borkowska OSB, „M”, Kraków 1992.
Ryszard Przybylski, Pustelnicy i demony, Znak, Kraków 1994.

Stać się sobą, aby pomagać innym
Mirosław Pilśniak OP

urodzony 5 lutego 1959 r. w Mosinie – dominikanin, z wykształcenia matematyk, absolwent Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, autor wielu kompozycji muzyki liturgicznej, obecnych w śpiewniku Niepojęta Trójco....