Starszy Brat

O programie „Big Brother” napisano już chyba wszystko. Przyczyną, dla której chcę poświęcić mu kilka słów, jest drobiazg semantyczny, który, o ile mi wiadomo, nie był dotąd wzmiankowany, a którego konsekwencje wykraczają poza semantykę.

Mam tu na myśli polskie tłumaczenie zwrotu big brother. Big Brother to totalitarny władca z powieści Orwella kontrolujący i obserwujący wszystko i wszystkich. Orwell wykorzystał w powieści zwrot, który w angielszczyźnie ma także inne znaczenie. Big brother to tyle, co starszy brat. Na tym polega przewrotność tego pojęcia oraz ideologii, która na nim się wspierała i którą opisuje Orwell. Możesz zaufać „Wielkiemu Bratu”, ponieważ to „Starszy Brat”. Słuchaj „Starszego Brata”, bo on wie lepiej. On ustala, co jest dobre, a co złe. On cię poprowadzi.

My wszyscy, oglądający zamkniętych w kontenerze ludzi udających przed nami normalne życie, jesteśmy Wielkim Bratem — nie tylko telewizja, która pełni rolę wyłącznie dziurki od klucza. Będąc Wielkim Bratem, jesteśmy, niestety, także Starszym Bratem. Niestety, ponieważ drobiazg semantyczny rodzi nie byle jakie konsekwencje etyczne. Podglądaniu w pojedynkę towarzyszy obok niezdrowego podniecenia często wstyd i zażenowanie podglądającego. Podglądanie gromadne nie budzi wyrzutów sumienia. Teraz bowiem jako Starszy Brat ustalamy nowe normy zachowania. Skoro wszyscy tak robią, to czemu ja nie. Jeżeli wszyscy tak postępują, nie ma w tym nic zdrożnego. Skoro to ja jestem Starszym Bratem, sam określam, co mi wolno, a co nie.

Skutków tego nie widać od razu. To tylko kolejna drobna szczelina w tamie. Chodzi bowiem o to, że wartości nie padają nagle pod naporem fali ludzkich zachcianek i żądz. Przeciwnie, dokonuje się ich powolna, lecz systematyczna erozja. Tworzą się wyrwy i szpary, cała konstrukcja słabnie i butwieje. I kiedy wreszcie jakaś wartość znika z horyzontu ludzkiej etyki, nawet tego nie zauważamy, ponieważ powoli, acz systematycznie, przestawała ona pełnić funkcję normatywną i coraz więcej było od niej odstępstw i jej naruszeń aniżeli sytuacji, gdy ją przestrzegano, aż w końcu to wyjątek stał się regułą. Wtedy ci, którzy za wartość jej nie uważali, mówią tym, którzy wartości tej chcieli bronić: „Widzicie? Nic się nie stało, świat się nie zawalił”. To prawda, nie zawalił się, ale nie jest już taki, jak przedtem.

Dzisiaj przyszła pora na prywatność. Zaczęło się od kamer pokazujących w wiadomościach zwykłych ludzi, najczęściej płaczących, w chwili, kiedy pewnie nie chcieli, by ich ktokolwiek oglądał. Towarzyszyły temu chamskie, natarczywe pytania rozgorączkowanych dziennikarzy: „Co Pan//Pani czuła/czuje?” (Na marginesie — jak to jest, że przygotowujący wiadomości chronią rozmytym obrazem twarze przestępców, których warto napiętnować publicznie, a w chwilę później wchodzą buciorami w czyjeś życie i pokazują całemu światu coś, co dla świata przeznaczone nie jest?). Teraz mamy reality shows, o których ktoś już powiedział, i słusznie, że to ani show, ani reality. Już wcześniej bawiliśmy się w wiadomościach, co prawda przez kilkanaście sekund, w podglądactwo usankcjonowane prawem do rzetelnej informacji, dlatego teraz pół godziny, godzina, a nawet dwadzieścia cztery godziny na dobę podglądactwa (dzięki Internetowi) nikogo nie dziwi. Ktoś kiedyś powiedział: „Postępujmy tak, jak myślimy, bo inaczej będziemy myśleć tak, jak postępujemy”. Jest to ze wszech miar aktualne.

Tymczasem spece od oglądalności w krajach, które mają za sobą program „Big Brother”, drapią się niespokojnie w głowę — kolejne edycje nie przyciągają już tylu widzów. Czy prorocze okażą się słowa Miłosza, który napisał kiedyś, że idą czasy takie same, jak za Tertuliana, kiedy to na scenie, ku uciesze i zaspokojeniu widzów, będzie dokonywała się prawdziwa kopulacja i prawdziwy rozlew krwi?

Starszy Brat
Aleksander Gomola

urodzony w 1963 r. – absolwent teologii (KUL) i anglistyki (UAM), tłumacz i nauczyciel akademicki.Publikował we „W drodze” i „Tygodniku Powszechnym”. Mieszka na Śląsku....