Substancja bezzapachowa
fot. philipp berndt / UNSPLASH.COM

Substancja bezzapachowa

– Życie ma coraz mniej zawartości. To bardzo niepokojące – powiedziała pisarka, obracając w dłoniach dużą, dorodną śliwkę. – Może kryzys nas otrzeźwi. Może tracąc ten przeklęty komfort, wrócimy do prawdy, do sensu. Spotkałyśmy się w hotelowej kawiarni, było to sześć lat temu, krótko po bankructwie Lehman Brothers. Udzielała wywiadu, nie zwracając uwagi na fotografa, który chwytał łapczywie wszystkie te chwile, gdy podnosiła papierosa do ust lub wydmuchiwała dym. Teraz, w dobie poprawności, a także zdrowotnego terroru, palenie jest tak źle widziane, że nie przystoi nawet szanowanym intelektualistom, więc gwiazdy literatury zastrzegają: „Tylko bez papierosa!”. Tymczasem ona, przesiąknięta melancholią jak błękitnoszarym dymem, uzupełniała wymarzony kadr, popijając czarną kawę z maleńkiej filiżanki. Lubiłam z nią rozmawiać, ponieważ potrafiła mówić rzeczy niezwykle mądre i bezgranicznie smutne w sposób, który pozostawiał odrobinę nadziei. Nie naiwnej, ale takiej, jaka towarzyszy osobom przenikliwym i dalekowzrocznym, ponadprzeciętnie świadomym naszego (czyli ludzkości) położenia, a mimo to zdolnym doceniać istnienie – własne i wszechświata. Jakby umiejętność zachwytu nad życiem wynikała wprost z tego, że się zaznało jego najbardziej ponurych przejawów. Był to smutek pozbawiony pustki. Tej właśnie, której nadmiar pisarka z takim rozgoryczeniem opisywała w rozmowie. I którą także ja dostrzegam wokół coraz wyraźniej, częściej i natrętniej. Pozorowanie życia, jego powierzchowna imitacja, czyli brak jest „wartością odwróconą”. Zafałszowaniem odczytywanym jako faktyczne istnienie. Jest jak rozproszone zło – wszechobecne, nieuchwytne. Pozbawione zapachu, kształtu. Nieposiadająca treści ani substancji fikcja. Różnie się to teraz nazywa: mediatyzacja, lansowanie, działania wizerunkowe, wirtualność, korporatyzacja. Wszystkie te formy rozwadniania życiowej treści, przerabiania faktów i realiów w abstrakcyjne, rzekomo policzalne i kierowane logiką zjawiska czy trendy, wydają się tym samym: pustką śmiertelną, bo zaprzeczającą i zagrażającą życiu. Udawanie istnienia nie jest oczywiście tak agresywne i niebezpieczne, jak niszczenie go z premedytacją. Ale czy mniej szkodliwe? Moda na udawanie życia osiągnęła stadium globalne – pod każdą szerokością geograficzną coraz trudniej o indywidualność, wolność osobistą, prawo do bycia we własnej kulturze, uprawiania ziemi czy pielęgnowania tradycji po swojemu. Ten sam konsumpcyjno-pozorancki model szczęścia jest implementowany we wszystkich rejonach globu, w odmianach nieznacznie odbiegających od oryginału. Wypłukiwanie z odmienności, z prawdziwej, odrębnej tożsamości dokonuje się w imię rozwoju, postępu, zmian cywilizacyjnych. Tym razem urawniłowka odbywa się na większą skalę, bez terroru, ale z równie bezwzględną wielkobiznesową perswazją.

W Polsce ostatnich 25 lat zamiana życia siermiężnego i reżimowego na dyktaturę lśniącego lajfstajlu jest doskonale widoczna. Nie ma jednak czym zmierzyć ani jak obliczyć spadku zawartości życia w życiu. Od spraw niepoliczalnych są pisarze. Niestety także podatni na stopniowe wytracanie substancji i treści. Stąd tyle u nas słów powiedzianych i opublikowanych niepotrzebnie. Stąd też deficyt myśli, niewygodnych i doskwierających, które dotyczą rozlewającej się pustki. Widywałyśmy się z pisarką przez lata, za każdym razem, gdy odwiedzała Polskę z okazji premier kolejnych książek. Przywoziła coraz gorsze wieści – o cynicznej polityce międzynarodowej, o szczerzącej kły biedzie, tragicznych losach wspaniałych książek, wspaniałych karierach marnych autorów, o zagrożeniu dla języków narodowych i tułających się uchodźców. Przyglądała się rzeczywistości uważnie, mówiła o niej bez pardonu, w sposób równie wyrafinowany, co dojmujący. Nie miała nic do stracenia – straciła już wszystko. Jej ojczyzna nie istniała. Po krwawej wojnie nadano jej nowe granice i nazwę. Kultura i historia, w której autorka dojrzewała, zostały napisane od początku, zgodnie z wymogami rządzących. A przyszłość podporządkowano rozwojowi ekonomicznemu. Dlatego wyjechała z kraju, który wyparł się siebie i został swym nowym, powszechnie lubianym wizerunkiem. Zamieszkała w jednym z europejskich miast, które chętnie przyjmuje przybyszów, zmieniając się w wieloetniczną, ponadnarodową miniaturę globalności. W takim porcie pełnym ludzi o pękniętej tożsamości zacumowała pisarka z jedną walizką. Ma tam dobre centrum obserwacyjne i niekończące się laboratorium niepokojących diagnoz. Podobała się polskim czytelnikom, gdy opisywała okrucieństwa wojny. Bliskiej i tak straszliwej, że niepojętej. Podobała się, gdy nazywała zło. Mówiono, że jej książki są jego anatomią, językową dekonstrukcją. I dopóki dotyczyły zła tak konkretnego, jak zgwałcone albo rozerwane wybuchem ciało, uchodziły za wartościowe i interesujące. Z czasem pisarka zaczęła odwiedzać nas rzadziej. Odkąd z tą samą ostrością dostrzega zło pozbawione ostrych krawędzi, noszące drogie krawaty i dysponujące doskonałymi manierami, straciła na atrakcyjności. Ostatnio jej książki nie są u nas publikowane. Nie mamy więc okazji do rozmów. Sama zapalam papierosa, parzę czarną kawę i zadaję pytania dużej, krągłej śliwce. Pustka jest trudna do zniesienia bez pisarzy, bez ich nadziei.

Zostało Ci jeszcze 1% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się