Świadectwo wiary

Działanie Ducha Prawdy jest w sposób organiczny zespolone z dawaniem świadectwa o tajemnicy paschalnej: o tajemnicy Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego (DeV 17).

Oto są bowiem święta paschalne, w czasie których zabija się prawdziwego Baranka, a Jego Krwią uświęcane są bramy wierzących. Ta sama noc, w której niegdyś ojców naszych, synów Izraela, wyprowadzonych z Egiptu, przeprowadziłeś suchą nogą przez Morze Czerwone. Ta zatem noc, która światłem ognistego słupa rozproszyła ciemności grzechów. Ta sama noc, która dzisiaj na całej ziemi wierzących w Chrystusa, wyprowadzonych z błędów tego świata i z mroku grzechów, do łaski przywraca i gromadzi w społeczności świętych. Ta sama noc, w której Chrystus, skruszywszy więzy śmierci, jako zwycięzca wyszedł z otchłani. Nic by nam bowiem nie przyniosły narodziny, gdyby nie to, co przyniosło odkupienie.

Orędzie Paschalne

To wszystko są znaki, które są nam teraz dane, byśmy zrozumieli, co i jak naprawdę jest z nami, i byśmy w pełni świadomie uwierzyli w ratunek i pomoc, którą mamy od Boga w Jezusie.

Świadoma wiara zaczyna się wtedy, kiedy w znakach i wydarzeniach, które z pozoru wcale nie różnią się od tego, co poza tym zdarza się w naszym świecie, otwiera się przed nami przyszłość, której sami sobie nie możemy dać. Otwierają ją przed nami znaki Paschy Jezusa. Jest to przyszłość wolna przede wszystkim od tego rodzaju związania się ze sobą, które każe wszystko mierzyć i oceniać miarą własnych oczekiwań (indywidualnych lub wspólnych) — i w tym sensie to jest przyszłość nieoczekiwana — a zarazem tak upragniona, że skoro tylko oznajmia się przez znaki, ten, przed kim ona się otwiera, gotów jest postawić na nią wszystko, co ma: siebie i całe swoje życie. Wiąże się wtedy nie ze sobą i nie ze swoimi oczekiwaniami, ale z tak właśnie odkrywaną przyszłością.

Słowa „wiąże się” używam teraz w możliwie najważniejszym jego sensie. Chodzi nie o powiązanie pewnych zjawisk, ale o związek osób: o nasze osobiste związanie się ze Źródłem naszej wiary. Związanie to musi ostatecznie polegać na wzajemnym wybraniu: człowieka przez Boga w Jezusie i Boga w Jezusie przez człowieka. Wiara „w imię Jezusa Chrystusa” oznacza dlatego — możemy powiedzieć za Pawłem Apostołem — „wpisanie” imienia każdego i każdej z nas w imię Jezusa Chrystusa i zarazem przeniesienie imienia Chrystusa na mnie. „Teraz żyję ja, już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus (…); obecne moje życie jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie” (Ga 2,20).

Skoro chodzi tu o wzajemne wybranie, musi ono mieć też wzajemne znaczenie — czyli: musi mieć konsekwencje dla obu w taki sposób siebie nawzajem wybierających — dla człowieka i Boga. Inaczej mówiąc, znaczenie ma nie tylko to, że człowiek wiąże się z Bogiem w Jezusie, ale i to, że Bóg w Jezusie wiąże się z tym właśnie wybranym człowiekiem — to znaczy z każdym, także ze mną. Ma to znaczenie oczywiście najpierw dla nas, ludzi. Ma jednak znaczenie również dla Boga. Można to wyrazić najprościej, mówiąc, że On nie chce być i nie jest sobą (Bogiem) bez tego właśnie wybranego (kochanego) człowieka i że zarazem sam chce być przez niego wybrany w prawdziwej wolności.

Idąc jeszcze krok dalej, możemy powiedzieć, że Bóg, zanim wybrał człowieka, zanim wybrał mnie (i został wzajemnie wybrany) i po takim wyborze, nie jest taki sam. Z mojego powodu On także się odmienia. Jest inny ze mną, niż byłby beze mnie.

Nie chodzi tu o zmianę w Bogu samym — ale o zmianę w Bogu w relacji do człowieka. Nie jest to jednak zmiana drugorzędna czy nieistotna, jak mógłby pomyśleć ktoś przyzwyczajony patrzeć na Boga najpierw przez pryzmat takiej Jego doskonałości, która zakłada niezmienność. Wybranie człowieka nie jest czymś, co dochodzi do Boga wtórnie (tak, że dla Jego istoty nie ma znaczenia, czy wybiera człowieka, czy nie), źródłem bowiem tego wybrania jest właśnie sama istota Boga — Miłość. To jest tak, jak w każdej miłości, kiedy ona przychodzi i kiedy jest wzajemna, nic już nie jest tak samo, jak przedtem.

Dlatego też (każde) wzajemne wybranie Boga i człowieka ma znaczenie dla Boga i tym samym dla wszystkich innych ludzi, a w szczególności dla tych, którzy tak wybranego człowieka spotykają. Mówimy: „tym samym”, dlatego że Bóg, który nie chce być i nie jest bez nikogo z tych, których kocha i wybiera, tym samym właśnie jest dla każdego z nich razem ze wszystkimi innymi ludźmi, których wybrał. Skoro przyjmujemy w wierze, że Bóg kocha, wybiera i powołuje do zbawienia wszystkich, to rzeczywiście tym samym do każdego przychodzi ze wszystkimi i zarazem do każdego przychodzi inaczej.

To ostatnie stwierdzenie łatwo przyjąć jako zasadę ogólną i dlatego dość abstrakcyjną. Póki myślimy ogólnie o „wszystkich ludziach”, przekonanie, że kto spotyka Boga Zbawiciela, spotyka w Nim (w pewien sposób) wszystkich ludzi, pozostaje wprawdzie bardzo piękne i ważne, ale zarazem mało konkretne. Wyraża się w nim wtedy jedynie uznanie równej godności wszystkich ludzi jako dzieci tego samego Boga wezwanych razem do zbawienia. Jednakże wybranie osoby przez osobę z istoty rzeczy nie dokonuje się na poziomie ogólnym i abstrakcyjnym. Dotyczy to wyborów między ludźmi, a tym bardziej sytuacji, kiedy wybiera Bóg. Kiedy Bóg nas wybiera, kiedy wybiera mnie, dzieje się to nie na płaszczyźnie abstrakcyjnej, ale tu, gdzie jestem, i dotyczy wszystkiego, czym jestem i co się teraz i odtąd chwila po chwili składa na moje życie. Zatem, co się dzieje?

Odpowiedź zawiera się w samej zasadzie wybrania osoby przez osobę. Wierzymy, że Bóg kocha wszystkich ludzi tą samą miłością, którą jest On sam, że wszystkich wybiera i ratuje, i że prawdziwie wiąże się w ten sposób z każdym i z wszystkimi. Nie znaczy to jednak, że każdego wybiera tak samo, że wybiera wszystkich tym samym wybraniem i że każdego wybiera do tego samego. Przeciwnie, każdy i każda z nas jest wybrany innym wybraniem — mianowicie tym jedynym, przez które Bóg Stwórca i Zbawiciel zwraca się właśnie do niej czy do niego i którego czytelnym znakiem dla wszystkich jest jedyne i własne imię każdego z nas. Dlaczego nas wybiera? Co w nas widzi? „Grzesznicy są piękni, bo są kochani, a nie dlatego są kochani, że są piękni. (…) I jest to miłość krzyża z krzyża zrodzona, która nie tam chadza, gdzie znajduje dobro, by się nim cieszyć, lecz tam, gdzie może przynieść dobro złemu i potrzebującemu” (Marcin Luter). Dokładniej i bardziej w duchu katolickiej nauki o usprawiedliwieniu należałoby powiedzieć, że grzesznicy stają się piękni, skoro są kochani. Grzesznik nie jest piękny jako grzesznik, ale jako grzesznik jest kochany — i wtedy staje się piękny.

To znaczy, że jesteśmy przez Boga Zbawiciela wybrani nie tylko ze względu na nas samych — co trzeba by rozumieć tak, że Bóg z miłości chce właśnie nas, każdego z osobna i każdego pod jego jedynym i własnym imieniem — i nie tylko dla Niego samego (przy całej naszej biedzie), ale że jesteśmy wybrani przez Boga także dla siebie nawzajem.

To „dla siebie nawzajem” w żadnym razie nie da się już rozważać abstrakcyjnie — odpowiada bowiem tym naszym związkom z drugimi, które z natury rzeczy kształtują nasze ludzkie życie. Mówiąc najprościej: zaczyna się ono od związków najbliższych i najbardziej oczywistych — od związku dzieci i rodziców — i rozwija tak, jak rozwijają się nasze życiowe związki z innymi. Są wśród nich takie, które rodzą się z naszych świadomych i swobodnych wyborów. Jako związki miłości (np. związek męża i żony) mogą one być w życiu najważniejsze. Jednak swobodnie wybranych związków miłości i przyjaźni jest w ludzkim życiu stosunkowo niewiele. Większość naszych związków z ludźmi może się wydawać dziełem okoliczności, na które nie mamy wpływu, albo wręcz dziełem przypadku.

Kiedy teraz mówimy, że Bóg wybiera ludzi dla siebie nawzajem, mamy na myśli wszystkie związki z drugimi, które mogą się zauważalnie pojawić w naszym życiu, to znaczy także te, które nam samym mogą wydawać się przypadkowe i nieważne. Widzimy je jednakże zarazem przez pryzmat możliwej odpowiedzialności za życie i wiarę drugich — tych, dla których ktoś taki jest wybrany przez Boga i którzy są wybrani dla niego.

Pozwala to zarazem lepiej rozumieć charakter wybrania, o jakim tu mowa. Byłoby ono rozumiane fałszywie, gdybyśmy je uznali za przeznaczenie jednych ludzi dla drugich wynikające z uprzedniej Bożej decyzji, która następnie jedynie ujawnia się w nieodwołalnie splecionych ze sobą ludzkich losach. Poczucie, że ktoś stał się naszym „przeznaczeniem”, często rzeczywiście pojawia się tam, gdzie związki między ludźmi są bardzo silne. Może zresztą chodzić o poczucie wzajemnego przeznaczenia zarówno w dobrym, jak też w złym — objawiające się odpowiednio w postaci radości, że ktoś jest nam przeznaczony, chociaż mogło być inaczej, lub w postaci odczucia czyjejś obecności jako fatalnej i niszczącej nasze własne życie. Mimo to słowo „przeznaczenie” nie nadaje się do wyrażenia istoty Bożego wybrania ludzi dla siebie nawzajem. Nie jest ono „przeznaczeniem”, bo jego istotą jest dana z nim razem wolność. Nie tylko dlatego, że kiedy Bóg wybiera nas dla siebie nawzajem, możemy tego wyboru nie przyjąć i zamknąć swoje życie przed tymi, którzy mieliby w nie wkroczyć. Ważniejsze jest, że każdy, kto pojawia się w naszym życiu, tym samym pozwala nam odkryć i „dopowiedzieć” naszą własną wolność. Sposobem, w jaki objawia się w nas Boże wybranie kogoś drugiego dla nas, jest możliwość wzięcia za niego odpowiedzialności. Dopiero wtedy, kiedy ktoś bierze odpowiedzialność za drugiego (a także kiedy pozwala drugiemu wziąć odpowiedzialność za siebie), ujawnia się Boże wybranie takich ludzi dla siebie nawzajem. Wtedy dopiero można by też ewentualnie powiedzieć, że Boże wybranie dla nas drugiego człowieka staje się naszym „przeznaczeniem” — w tym sensie, że z odpowiedzialności raz przyjętej nie można się już zwolnić.

Świadoma odmowa wzięcia odpowiedzialności za kogoś drugiego koniecznie oznacza przecież i tak — z pozoru paradoksalnie — wzięcie na siebie odpowiedzialności za jego życie i los. Kiedy ktoś drugi pojawia się w naszym życiu i swoją obecnością apeluje o wzięcie zań odpowiedzialności, można odmówić, ale nie można się już z takiej sytuacji zwolnić — nie będzie już nigdy tak, jakby jej w ogóle nie było. Odpowiedzialność wyraża się wtedy w powiedzianym komuś takiemu „nie” — właśnie za owo „nie” ponosimy wtedy odpowiedzialność. Dlatego też mówimy w tym kontekście nie tylko o związkach między nami, ludźmi — zawsze mniej lub bardziej względnych i przemijających — ale o tym, że to Bóg wybiera nas dla siebie nawzajem.

Wiara, przez którą jesteśmy uratowani, z istoty rzeczy oznacza odpowiedzialność za (przyszłość) każdego spotkanego człowieka. Najpełniej dochodzi to do głosu wtedy, kiedy wiemy, że ze względu na swoją i tego drugiego dobrą przyszłość — musimy ujawnić wobec niego swoją wiarę. Ten związek między nami jest już wtedy, kiedy kogoś spotykamy, bo jest. „Samym swoim istnieniem otwieramy lub utrudniamy innym drogę do zbawienia, w zależności od tego, jaki wybór dokonuje się w tajnikach naszej własnej wolności” (W. Hryniewicz, Chrystus nasza Pascha, Lublin 1982, s. 404).

Zapewne najłatwiej zasadę taką można zrozumieć przez pryzmat tego wezwania do miłości i odpowiedzialności, którym dla rodziców jest ich dziecko — także i zwłaszcza wtedy, kiedy jeszcze świadomie nie uczestniczy w życiu swoich rodziców, ale jest całkowicie na nich zdane. Jego obecność wzywa do życia odpowiedzialnego — zarówno w najprostszym, praktycznym sensie tych słów (troska o życie i rozwój dziecka), jak też w sensie najgłębszym, związanym z osobistym powołaniem każdego z rodziców. Dlatego nawet jeśli w płynącym z obecności dziecka wezwaniu nie znajdziemy wprost i wyraźnie uchwytnych „treści chrześcijańskiego wyznania wiary”, jest ono przecież dla tych, do których dociera, wezwaniem do zbawienia — i tym samym do wiary. Wszystko to dzieje się najwyraźniej mocą tego właśnie Bożego wybrania ludzi dla siebie nawzajem, o którym tu mówimy.

To pokazuje, co się z nami stało, kiedy Chrystus skruszył zabijające nas więzy śmierci (czyli zdania się tylko na siebie samych i na nasze własne pragnienia i oczekiwania) i jako zwycięzca wyszedł z otchłani: to znaczy z tej paskudnej dziury, w której siedzi człowiek, kiedy sam tylko myśli o sobie i kiedy myśli tylko o sobie samym.

To jest radość przywrócona smutnym. Tak wszyscy, z tymi włącznie, których w naszym życiu dotąd nawet nie zauważyliśmy, jesteśmy przywróceni do łaski i zgromadzeni w społeczności świętych.

Artykuł jest zmodyfikowanym ujęciem fragmentów książki Królowanie Boga. Dwa objaśnienia wiary Kościoła, która właśnie ukazała się w Wydawnictwie Wydziału Teologicznego UAM.

Świadectwo wiary
Tomasz Węcławski

urodzony 20 listopada 1952 r. w Poznaniu – Tomasz Polak, do 30 kwietnia 2008 Tomasz Węcławski, były ksiądz, studiował w Poznaniu i Rzymie, polski teolog specjalizujący się w teologii dogmatycznej i fundamentalnej, profesor zwyczajny Uniwersytetu im. Adama Mi...