Świat postawiony na głowie

Wywód o. Janusza Pydy poświęcony jest filozoficznym podstawom duchowości małżeńskiej. Autor zadaje sobie wiele trudu, by wykazywać, że tych podstaw nie ma, czy że są słabiutkie. Możliwe, chcielibyśmy jednak nieśmiało zwrócić uwagę, że przeżywanie więzi z Bogiem nie zależy od tego, czy opracowano filozoficzne zaplecze dla danej drogi do Niego.

Gdy czytamy artykuł o. Janusza Pydy, mamy nieodparte poczucie odwrócenia porządku rzeczy. „Proszę mi udowodnić, że życie zakonne nie jest doskonalszą formą dążenia do świętości niż życie małżeńskie” – domaga się o. Pyda od Małgorzaty Wałejko. Drogi Ojcze, już w starożytności ustalono, że obowiązek udowodnienia spoczywa na tej osobie, która coś twierdzi, nie zaś na tej, która przeczy. Po prostu udowadnianie okoliczności negatywnych może być najzwyczajniej w świecie niemożliwe. W związku z tym to o. Pyda musi wykazać, że życie zakonne jest doskonalszą formą dążenia do świętości. Teoretycznie nie powinno to być nic trudnego. Wszak o. Pyda uważa, że taki jest pogląd Kościoła. Wystarczy więc przytoczyć odpowiednie fragmenty z jego nauczania.

Zgadzamy się, że w nauczaniu Kościoła znajdzie się wypowiedzi wskazujące, że stan konsekrowany uważany jest za doskonalszy. Jednak, naszym zdaniem, owej „obiektywnej wyższości życia konsekrowanego” nie można tak po prostu utożsamiać z tym, iż jest to lepsza droga do świętości! Wypowiedzi na ten temat wskazują raczej na inne racje i przywołują inne kwestie mające uzasadnić tę wyższość. Jan Paweł II w adhortacji Vita consecrata w jednym tylko miejscu mówi o postrzeganiu przez Kościół profesji rad ewangelicznych jako uprzywilejowanej drogi do świętości (n. 35). Co jednak ciekawe, zdanie mówiące o tym sformułowane jest w czasie przeszłym!

Pewnie byłby to temat do ciekawej dyskusji, aby jednak można było ją zacząć, wypada, by najpierw o. Pyda wprost wskazał, na czym opiera reprezentowane przez siebie poglądy, a nie domagał się udowodnienia przeczenia.

Zdumiewa nas sposób, w jaki o. Pyda mówi o swoim powołaniu: „Wstąpiłem do zakonu, bo byłem przekonany, że życie konsekrowane jest najdoskonalszą drogą do świętości”. A przecież nie takie są drogi powołania. To Bóg jest tym, który powołuje – nie zaś człowiek wybiera sobie powołanie, kierując się w dodatku swoistym rachunkiem zysków i strat. Jeśli my nie wstąpiliśmy do zakonów, to nie dlatego że nie byliśmy zdolni wybrać „doskonalszej drogi”, tylko dlatego że Bóg nas na te drogi nie wezwał. „Obiecuję, że wystąpię z zakonu” – mówi o. Pyda. Domyślamy się (mamy nadzieję!), że to miała być jakaś prowokacja. Jednak właściwie jest to logiczna konsekwencja utylitarnego traktowania powołania – jeśli wybrana droga nie okazała się dostatecznie zyskowna, to się ją odrzuca.

Nie ukrywamy, że wypowiadanie – nawet tylko jako prowokacji – tego typu twierdzeń budzi nasz głęboki niesmak. Nasze powołanie (małżeńskie) jest dla nas rzeczą świętą i nawet teoretyczne zakładanie, że któreś z nas mogłoby je odrzucić, odczuwalibyśmy jako brukanie świętości.

Obszerny wywód o. Pydy poświęcony jest filozoficznym podstawom duchowości małżeńskiej. Autor zadaje sobie wiele trudu, by wykazać, że tych podstaw nie ma czy że są słabiutkie. Możliwe, chcielibyśmy jednak nieśmiało zwrócić uwagę, że przeżywanie więzi z Bogiem nie zależy od tego, czy opracowano filozoficzne zaplecze dla danej drogi do Niego. Wszelkie filozoficzne próby opisania Boga i sposobów przeżywania więzi z Nim są odczytywaniem rzeczywistości większej od filozofii, rzeczywistości, która istnieje obiektywnie, niezależnie od tego, czy ktoś ją opisał czy nie. Jeśli duchowość małżeńska nie ma dostatecznych podstaw filozoficznych (a możemy zgodzić się, że wiele jest tu do zrobienia), to jest to, można powiedzieć, problem filozofii, która pewien aspekt wiary pozostawiła odłogiem. To samo dotyczy tradycyjnej teologii czy dogmatyki – nie one są Objawieniem, tylko próbują opisać coś, co jest większe od nich. Nie można odrzucać duchowości tylko w imię tego, że nie zgadza się z założeniami naukowymi. Trzeba zadać sobie pytanie, czy nie należy – w świetle źródeł Objawienia oczywiście – przejrzeć tych założeń.

Realne i codzienne przeżywanie duchowości małżeńskiej wcale nie wymaga wielkich teorii. Od początku małżeństwa należymy do Domowego Kościoła – gałęzi rodzinnej Ruchu ŚwiatłoŻycie. Jednym z podstawowych celów Domowego Kościoła jest pielęgnowanie duchowości małżeńskiej, czyli – jak głoszą Zasady Ruchu – dążenia do Boga w jedności ze współmałżonkiem. Środki do realizacji tego są bardzo proste – siedem praktyk życia duchowego zwanych zobowiązaniami. Są to codzienna modlitwa osobista, czytanie Pisma Świętego, codzienna modlitwa małżeńska, codzienna modlitwa rodzinna, comiesięczny dialog małżeński, praca nad sobą (zwana regułą życia) i coroczny udział w rekolekcjach. Są to, można powiedzieć, zwyczajne praktyki chrześcijańskie. Szerzej nie jest znany dialog małżeński, ale i on nie jest niczym skomplikowanym. Zasady Domowego Kościoła tak go definiują: „Mąż i żona co miesiąc razem, w obecności Boga, zastanowią się, jaka jest myśl Boża i wola Boża odnośnie do ich małżeństwa i rodziny, aby ją lepiej wypełnić”.

Z tych bardzo zwyczajnych spraw rodzi się duchowość małżeńska – nie ideologia, nie teoria, ale praktyka życia. Małżonkowie doświadczają tego, że ich przeżywanie wiary staje się wspólne, że naprawdę idą do Boga razem. Czasem jest to wspólne budowanie relacji z Bogiem od początku – gdy formację w Domowym Kościele zaczyna para, która wcześniej pozostawała na poziomie „niedzielnego katolicyzmu” (albo i poniżej tego poziomu). Bywa też i tak, że do kręgów rodzin trafiają młodzi małżonkowie już przed ślubem zaangażowani we wspólnotach, mający bardzo mocną więź z Bogiem. Fascynujące jest oglądanie, jak z dwojga indywidualistów powstaje jedność w wierze.

Pojawia się, rzecz jasna, postawione już w styczniowym numerze „W drodze” pytanie o relację między tym, co wspólne, a tym, co osobiste, w dążeniu do Pana Boga. Nie mamy wątpliwości, że fundamentem chrześcijańskiego małżeństwa przeżywanego jako powołanie dla dwojga osób jest osobista relacja każdego z małżonków z Panem Bogiem. Dopiero na tym fundamencie można kształtować dalsze wspólne kroczenie do Niego. Dlatego podstawą są modlitwa osobista, własny rachunek sumienia, spowiedź, Komunia święta. Dopiero niejako następnym krokiem będą praktyki wspólne jak modlitwa małżeńska czy rodzinna.

Czy małżonkowie muszą iść do Pan Boga „tak samo”? Zważywszy na odrębność osób, nigdy nie będzie to dokładnie tak samo. Choćby dlatego, że są odrębnymi ludźmi, mają różne temperamenty i nierzadko muszą pracować nad sobą w różnych sferach, nad innymi ułomnościami. Z drugiej strony – jest jednak wiele spraw, nad którymi powinni pracować wspólnie.

Równocześnie trzeba zwrócić uwagę, że wędrowanie do Pana Boga zupełnie osobno, z odłożeniem na bok jedności, którą z dwojga osób czyni sakrament małżeństwa, może doprowadzić (i co gorsza nierzadko prowadzi) do opłakanych skutków. W skrajnej sytuacji do rozpadu małżeństwa. I choć można snuć wówczas rozważania na temat odpowiedzialności poszczególnych osób (czy też jej braku), nie jest tak naprawdę niczym dziwnym, że jeśli dwoje ludzi nie szuka wspólnej drogi w tak istotnej kwestii, jak wypełnianie powołania do świętości, to ich drogi się rozchodzą, a oni stają się sobie coraz bardziej obcy. Być może o. Pyda z taką sytuacją jeszcze się nie spotkał. Jednak w życiu nie jest ona niczym niespotykanym. Małżeństwo chrześcijańskie stoi przed tak wieloma zagrożeniami, że troska o jak największą jedność (która wcale nie oznacza rezygnacji z rysu indywidualizmu) jest zadaniem priorytetowym.

Przytoczone zasady życia małżonków należących do Ruchu ŚwiatłoŻycie nie są czymś wydumanym. Pomijamy już kwestię modlitwy osobistej, która, jak wiadomo, jest podstawą życia chrześcijanina. O wartości modlitwy rodzinnej słyszymy wielokrotnie – niewątpliwie częściej w formie nostalgicznych wspomnień, „jak to kiedyś bywało”. Modlitwa wspólna małżonków wydaje się jej konsekwencją – jeżeli żyjemy razem, to jest sporo spraw, które razem chcemy polecić Panu Bogu. Do czytania Pisma Świętego też jesteśmy w Kościele wciąż na nowo zachęcani. Praca nad sobą to przecież jedna z podstawowych kwestii powiązanych z sakramentem pokuty. Życie w małżeństwie nadaje tu o tyle dodatkowy element, że są pewne sprawy, nad którymi małżonkowie powinni pracować wspólnie, które powinny stać się ich wspólną „regułą życia”. Przykładem może być choćby kwestia sposobu wychowywania dzieci czy relacje z rodzicami. Dialog małżeński to swoisty czas rozliczenia i wytyczania szlaku dla małżeństwa i rodziny – czas szukania woli Bożej. O tym, jak ważny jest szczególny czas, który małżonkowie poświęcają na rozmowy o najważniejszych sprawach małżeństwa i rodziny, piszą w zasadzie wszyscy zajmujący się doradzaniem małżeństwom, niezależnie od wyznania (czy jego braku).

Wydaje się, że przy negacji życia chrześcijańskiego jako takiego, z którym mamy do czynienia w obecnym świecie, należałoby się raczej cieszyć z rozwoju duchowości nazywanej małżeńską, z pogłębiania życia darem, jakim jest sakrament małżeństwa. O. Pyda w swoim tekście jednak sugeruje, że droga, którą małżonkowie starają się razem iść do Boga, jest jakoś podejrzana. To co, Ojca zdaniem, mamy jako małżonkowie zrobić? Przestać się razem modlić czy przestać razem jeździć na rekolekcje – jeśli dzięki jednemu i drugiemu zaczynamy przeżywać drogę do Boga wspólnie?

Świat postawiony na głowie
Agata Jankowiak

Anglistka, tłumaczka, żona, matka trójki dzieci....

Świat postawiony na głowie
Krzysztof Jankowiak

prawnik, mąż, ojciec trójki dzieci....