Świątek w Garwolinie

10 października. Jestem na meczu klasy okręgowej Wilga Garwolin – Mazowsze Grójec. Okej, zdaję sobie sprawę, że to może nie jest wstęp zachęcający do lektury. Ale mam taką teorię, że im niższa klasa rozgrywkowa, tym więcej prawdziwego sportu. Lubię więc zaglądać na powiatowe i wiejskie boiska, bo na każdym mogę zobaczyć więcej ciekawego niż w ekstraklasie. Z Garwolinem i otaczającymi go wioskami jestem związany emocjonalnie. Stąd pochodziła moja mama, mieszkają tu jeszcze członkowie rodziny, z którymi widuję się przy okazji kolejnych pogrzebów na garwolińskim cmentarzu. Muszę wtedy pytać sióstr, jak kto ma na imię i kim jest. One wiedzą, ja zaniedbałem. A przecież przyjeżdżałem tu wielokrotnie, jako dziecko spędzałem wakacje, spałem na sianie, jeździłem furmanką, wchodziłem przez płot do księdza, bo miał w ogrodzie dorodne śliwki węgierki. Wujenka Janiowa też miała, ale jego były lepsze, bo cudze. Kiedyś w falenickim maglu mama z panią G
Zostało Ci jeszcze 82% artykułu