Święta Bożego Kupowania

Święta Bożego Kupowania

1.

Zaczął się przedświąteczny szał. Nie jest to jednak szał związany z oczekiwaniem narodzin Syna Bożego. Nie jest to też niepokój związany z jedną z największych tajemnic chrześcijaństwa, że Bóg stał się człowiekiem, by zamieszkać między nami. I nie jest to również pełna oczekiwania chwila, kiedy bliscy sobie ludzie zasiądą do wigilijnego stołu, by wspólnie celebrować tajemnice chrześcijańskiej wiary i nadziei.

Jeśli szał przedświąteczny bije po oczach, jeśli wyczuwamy go w domu, telewizji czy na ulicy, dzieje się tak, dlatego że zadbali o to spece od reklamy. Najważniejsze święta chrześcijańskie, co jest już „tradycją”, stają się okazją do „świątecznej orgii” zakupowej. Przeradzają się w święto konsumpcyjnego kapitalizmu. Ludzie, czyli my, bez opamiętania i kontroli oddajemy się zakupologii. Ba, tej nieokiełznanej konsumpcji oddają się nawet ci, których na nią nie stać, a którzy są gotowi się zapożyczyć, by sprostać wymaganiu chwili…

Mało tego, ci Europejczycy, którzy dziś chętnie pościągaliby wszystkie krzyże ze ścian w szkołach, jak Stary Kontynent długi i szeroki, godzą się jakoś (choć pewnie musi to przyprawiać ich o męczarnie!), by niemal przez cały grudzień miliony św. Mikołajów krzyczały do nich ze sklepowych wystaw. Akceptują, że w radiu wciąż słychać kolędy, których bohaterem jest niejaki Jezus, Syn Boży. Nie wyrzucają telewizorów, oczywiście plazmowych, przez okno, kiedy pojawią się filmy czy programy publicystyczne odsłaniające korzenie chrześcijaństwa, a więc i zachodniej kultury. Nie rezygnują z używania komputerów, gdy – czy tego chcą, czy nie – na ich ekranach pojawiają się reklamy z chrześcijańskimi symbolami.

Ewangelia Jezusa Chrystusa kłuje po oczach, gdyż jest ponoć tekstem opresyjnym. Kapitalizm, który pod postacią reklamy naszpikowanej religijnymi symbolami wciska się do ludzkiego życia od kołyski po grobową deskę, już opresyjny nie jest. Krótko mówiąc: Ewangelia i krzyż są be, kapitalizm jest cool.

2.

Papież Benedykt XVI zaapelował, by chrześcijanie podnieśli głowy, by stanęli do walki z „laickim fundamentalizmem” w obronie krzyży. Odzew na ten apel w niedługiej przyszłości pokaże – choć chrześcijaństwo należy do Europy (poprzez kulturę) – czy mieszkańcy Starego Kontynentu należą do chrześcijaństwa (wyznają głoszone przez chrześcijaństwo wartości). To oczywiście naturalna reakcja obronna. I w pełni ją rozumiem.

Ale mnie chodzi po głowie zupełnie coś innego. Otóż w imię szacunku dla inności i innych, w imię tego, że Jezus zawsze preferował raczej niemoc niż przemoc, może należałoby zdjąć wszystkie krzyże, może należałoby pozasłaniać fasady Kościołów reklamami znanych marek, może powinniśmy zaapelować, by nie drażnić laickich umysłów, aby wycofać z akademickiego nauczania teksty św. Augustyna czy św. Tomasza. Tak, chciałbym, by chrześcijaństwo wycofało się do katakumb, by powstała owa „pusta przestrzeń”, w której nie ma żadnych symboli czy tekstów religijnych.

Czy nie jest to kapitulacja? Czy nie jest to poddanie się bez walki? Tak – z pewnością. Ale, w moim przekonaniu, gra jest warta świeczki. Chciałbym bowiem zobaczyć ową „pustkę”, która zostałaby po wycofaniu się chrześcijaństwa. Chciałbym widzieć miny i zachowanie tych, którzy do takiej przestrzeni i organizacji życia dążą. Chciałbym zobaczyć, jak w supermarketach słuchają Bacha, którego muzyka – jak mówił „agnostyk” Emil Cioran – jest niezbitym dowodem istnienia Boga. Wreszcie chciałbym widzieć, jak przytułki, noclegownie czy domy opieki społecznej prowadzone przez Kościoły zamienia się na sklepy znanych marek, a ubogich i biednych wyrzuca poza „mury” wielkich miast tak, by nędzarze nie kalali nam krajobrazu.

Tak, oddałbym wiele, by zobaczyć ten nowy wspaniały świat, w którym chrześcijaństwo mogłoby egzystować już tylko w katakumbach. Może, kiedy Europejczycy utraciliby dziedzictwo Dobrej Nowiny Jezusa z Nazaretu, zrozumieliby, jak cennym skarbem jest chrześcijaństwo. Czyż nie jest prawdą, że zaczynamy coś doceniać, kiedy to utracimy? Czyż nie jest prawdą, że wyrzuty sumienia względem żyjących obok nas rodziców, których przez lata ignorowaliśmy, odzywają się dopiero wtedy, gdy na dobre ich tracimy? Być może trzeba, by Europa utraciła chrześcijaństwo, aby zrozumiała, że nie jest w stanie bez niego żyć!

3.

Nie to jednak powinno nam spędzać sen z powiek. Dla chrześcijaństwa nie jest bowiem zagrożeniem to, że niektórzy domagają się zdejmowania krzyża w publicznych szkołach. Dużo groźniejsze jest to, że chrześcijaństwo i chrześcijanie tańczą tak, jak im zagrają spece od kapitalistycznej propagandy. Że przystajemy na to, by święta Bożego Narodzenia stały się świętami „Bożego Kupowania”. Jeśli potrafimy się oprzeć tej przymusowej orgii kupowania i zabawiania się podług logiki, którą proponują nam spece od reklamy, oznaczać to będzie, że „jeszcze chrześcijaństwo nie umarło”. Innymi słowy: najgorsze, co może się przydarzyć chrześcijaństwu, to nie jego kontestowanie, bo kontestowane było i będzie zawsze, ale to że my, chrześcijanie, zgodzimy się na jego banalizację. Święta Bożego Narodzenia są wspaniałą okazją, aby tej wszechobecnej banalizacji i profanacji powiedzieć stanowcze „nie”!

Święta Bożego Kupowania
Jarosław Makowski

urodzony 22 kwietnia 1973 r. w Kutnie – polski historyk filozofii, teolog, dziennikarz i publicysta, dyrektor Instytutu Obywatelskiego.Publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Gazecie Prawnej”...