Sylogizmy i życie

Sylogizmy i życie

Józef Bocheński OP, Listy do ojca, opr. Jarosław Kozak, Korneliusz Policki SDS Salwator, Kraków 2008, s.464

W rzymskim klasztorze św. Dominika i Sykstusa w celi numer 22 prawie osiemdziesiąt lat temu mieszkał młody profesor logiki o. Innocenty Maria Bocheński OP. Teraz właśnie zostały opublikowane jego listy do ojca, które pisał w latach 1931–1936. Korespondencja rozpoczyna się w momencie, kiedy Bocheński przyjeżdża z Fryburga po obronionym doktoracie z filozofii, aby kontynuować studia teologiczne, a kończy się wraz ze śmiercią ojca. Okres ten obejmuje nie tylko pierwsze lata kapłaństwa i pracy naukowej młodego zakonnika, ale również czas rozkwitu włoskiego faszyzmu i przygotowywania się Europy do wojny. W swojej korespondencji Bocheński hołduje jednak zawsze „zasadzie egoistycznej”, bo przecież list ma dostarczyć informacji, które będą czytane przez bliskie osoby, a nie przez redaktorów leksykonu biograficznego. Roztacza więc przed nami bardzo prywatną wizję Uniwersytetu Angelicum, Rzymu, zakonu dominikanów i w końcu Europy, naszkicowaną przez jednego z największego logików XX wieku.

Każdy system logiczny dąży do tego, by jego twierdzenia mogły być zapisane za pomocą jak najmniejszej liczby znaków. Z życiem nie jest już tak prosto, jednak można się pokusić o wyodrębnienie przynajmniej trzech pojęć, które dla Bocheńskiego wydają się fundamentalne: prawda – dyscyplina – krytycyzm.

Hasło „Veritas” znajduje się w herbie zakonu dominikanów, do którego Bocheński wstąpił jako kleryk poznańskiego seminarium duchownego. Kiedy decydował się na ten krok, wydawało mu się, że będzie musiał zrezygnować z dwóch pasji, które były mu bardzo bliskie i na których rozwój miał szanse w diecezji: z liturgii i pracy naukowej. Może wydawać się dziwne, że nie spodziewał się on zastać w zakonie ani pięknej liturgii, ani możliwości studiowania. To pierwsze na szczęście bardzo szybko okazało się nieprawdą. Liturgia dominikańska zafascynowała Bocheńskiego do tego stopnia, że jeszcze jako brat kleryk, pod pseudonimem Prawdota, napisał książeczkę Liturgia dominikańska (książeczka zapomniana, a warta czytania). Z pracą naukową było już gorzej. On, który był uczniem Zygmunta Zawirskiego, Czesława Znamierowskiego i Floriana Znanieckiego, musiał w świecie mozolnie przebijać się zakonnym ze swoimi poglądami. We wspomnieniach pisze, że kiedy wstąpił do zakonu, po studiach wyższych byli w nim tylko Jacek Woroniecki, Michał Czartoryski i on. Taki był intelektualny poziom dominikanów po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. W czasach zaborów nie było możliwości kształcenia braci; dobrze, że udało się zachować ciągłość prowincji. W tym środowisku Bocheński musiał wydawać się nie na miejscu i przez wielu był uważany za niebezpiecznego nowinkarza. Po złożeniu egzaminu z teologii tak pisze do ojca:

Jestem zadowolony, bo nie liczyłem na „Summę”, nota sama wprawdzie mało znaczy w sobie, ale doskonale służy do zatkania pyska tym, którzy mnie wymyślają od niedostatecznej tomistycznej ortodoksji, jako że jestem „ultramodern” (s. 44).

Ów ultramodernistyczny zakonnik, kiedy składał ten egzamin, znany był już w środowisku filozoficznym Europy, ponieważ występował z dużym powodzeniem na kongresach filozoficznych w Pradze i Krakowie. Dodać należy, że potrafił w tamtym czasie (miał wtedy 29 lat) swobodnie czytać i mówić po francusku, angielsku, włosku i niemiecku, nie licząc greki, łaciny i japońskiego, którego uczył się ze względu na planowane misje na Dalekim Wschodzie. Nigdy tam nie pojechał, choć jak wynika z korespondencji, czytał japońską prasę, szczególnie w przededniu wojny.

Nie było mu łatwo, zwłaszcza że nie spotykał się z przychylnym przyjęciem swoich badań ze strony starszej części grona profesorskiego. Wielokrotnie wspomina o problemach, które miał z cenzurą zakonną. Nie puszczano do druku jego artykułów, nie ze względu na ich nieortodoksyjność, ale po prostu dlatego, że recenzenci ich nie rozumieli. W jednym z listów szkicuje taki oto obrazek ilustrujący jego kłopoty:

Przychodzi do mnie przed paroma dniami jeden konfrater, student prawa kanon[icznego], poczciwa dusza, ale dureń! Myślę, że gdyby go stuknąć w głowę, to by rezonowała jak pusta tykwa. Powiada, że słyszał jako ja uprawiam logistykę. Tak jest. No to ten z dobrotliwym uśmiechem mi oświadcza, że to ciekawe, ale bezcelowe. […] Mogłem go zniszczyć na zimno, ale zirytowałem się kolosalnie i zamiast argumentów powiedziałem mu, że powinien ze względu na dobro sprawy zająć się skrobaniem rzodkiewki, przepisywaniem hiszpańskich teologów z XVIII wieku, albo w ogóle czymś takim, byleby nie robił logiki (s. 235–236).

Klimat nie sprzyjał badaniom logicznym na gruncie teologii. W Rzymie Bocheński znalazł jeszcze dwóch zapaleńców, natomiast w Polsce sprawa wyglądała trochę lepiej. Wraz ze swoimi kolegami ks. Janem Salamuchą i Janem Drewnowskim z Koła Krakowskiego jako pierwsi zaczęli stosować logistykę w teologii. Niemniej jednak przedzieranie się do prawdy nie było łatwe, „bo w teologii »nowy« to prawie to samo co »heretycki«” (s. 118). Pod tym względem Bocheński był jednak szalenie zdeterminowany i możemy czytać jego korespondencję jako świadectwo zmagania się genialnego umysłu z oporem, jaki stawia jego badaniom zastana sytuacja naukowa. W jednym z listów opisuje wykład z metodologii, podczas którego starał się przedstawić studentom podstawy swojego światopoglądu filozoficznego:

dzisiaj będę mówił, że celem filozofii jest prawda i tylko prawda […], że prawdy można i trzeba szukać dla niej samej – potem postawię kilka reguł praktycznych: o nieosobistym sposobie filozofowania (zapomnieć o sobie), o nieosobistym sposobie dyskutowania (zapomnieć o osobach przeciwników), o silnej woli potrzebnej filozofii, ten ostatni punkt zilustruję przykładami z historii, aby dać studentom pojęcie, jakie życie ich czeka, jeśli chcą być prawdziwymi filozofami (s. 272).

Dyscyplina była dla niego podstawą rzetelnej pracy. Zdaje się niemożliwe, żeby mógł w tak krótkim czasie zrobić tak wiele na gruncie nauki. Nie licząc zajęć dydaktycznych, które prowadził, cały czas pracował naukowo, tak że już w 1938 roku mógł obronić habilitację na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jedynym powodem „tak późnej” habilitacji (ma wtedy 36 lat) był fakt niepoinformowania go, że musi być ona napisana po polsku. Bocheński niestety przygotował książkę o logice Teokryta po francusku. Poza tym był współzałożycielem Towarzystwa Tomistycznego Narodów Słowiańskich, Koła Krakowskiego i „Revue Thomiste Polonaise”. Z listów do ojca możemy się dowiedzieć, że praca ta wymagała od niego bardzo starannego zorganizowania czasu i ogromnej siły woli. Co ciekawe, mimo to potrafił porzucić badania logiczne i poświęcić się temu, co w danym momencie wydawało mu się konieczną służbą dla Polski. W semestrze letnim 1935 roku prawie cały czas pracuje nad książką De virtuti militarii, która miała być jego wkładem w obronę kraju.

Nie mam ochoty siedzieć całą wojnę na jakiejś wysepce w obozie koncentracyjnym i prażyć się na słońcu. Hospody pamyłuj! Co za czasy paskudne! To wszystko jeszcze jedna racja, aby wracać do Rzeczpospolitej i pracować w miarę możliwości nad przygotowaniem wojny, tj. „ducha narodu”, no i ewentualnie wziąć udział osobiście w walce (s. 299).

W kilka dni później dodaje w innym liście:

W tej sytuacji wydaje mi się rzeczą śmieszną robić sylogizmy i postanowiłem wszystkie wolne chwile poświęcić książce o etyce stanu wojennego (s. 310).

Książka ta ukazała się w 1939 roku tuż przed wybuchem wojny. Bocheński, jak wynika z listów, nie był typem logika oderwanego od rzeczywistości, ale jak sam pisał, najbardziej interesowały go „polemiki światopoglądowe”, ponieważ był „bardzo wojowniczo usposobiony i nawet naukę traktował na ogół jako środek walki” (s. 234). Że o wojnie i swoim w niej uczestnictwie nie myślał jedynie teoretycznie, świadczy zapis z 5 maja 1935 roku: „zacznę się trenować w długich marszach, co może być arcypotrzebne” (s. 365–366). Z dzisiejszego punktu widzenia może wydawać się to dziwne, natomiast Bocheński nie odżegnywał się od użycia siły w przypadku wojny obronnej. Sam jednak miał wątpliwości, czy książka powinna ukazywać się drukiem:

przyszedłem do przekonania, że mojej książki wydać nie mogę w tej postaci. Jest w prawdzie wspaniała (tak mi się przynajmniej zdaje), ale byłaby to wielka awantura i odium na stan duchowny za wielka (s. 352).

W swoim myśleniu cały czas kierował się jak największym dobrem sprawy, o którą walczył.

 Filozofia i patriotyzm były jedynie częścią jego zaangażowań, ponieważ w tym czasie także spowiadał, „bo wszystko, co robimy, ma tylko ten cel, aby ludzie przychodzili się do nas spowiadać” (s. 361), głosił kazania, bo „kiedy należy się do zakonu kaznodziejskiego, trzeba przecież czasem kazania mówić” (s. 434), zwiedzał zabytki, bo „[Rzym] to jest bajeczne miasto, tylko trzeba je systematycznie oglądać” (s. 128), odwiedzał najznakomitsze osobistości Polonii włoskiej, czego nie lubił, ale do czego się czuł zobowiązany. Przy czym mimo wrodzonej skłonności do melancholii nigdy nie tracił zmysłu krytycyzmu i ostrości widzenia.

Dzięki temu możemy jego korespondencję czytać jako doskonałą lekturę ukazującą środowisko i zwyczaje Rzymu w latach trzydziestych XX wieku. Bocheński pisze ojcu o wszystkim, co go spotykało w ciągu dnia. Mamy więc opisy miasta, klasztoru, celne portrety współbraci, zwyczaje rzymian, z kapitalnym opisem obrzędu błogosławienia domów (odpowiednik naszej kolędy), podczas którego musiał „też święcić kilka kawiarń w pełnym biegu i nawet fryzjernię pełną namydlonych jegomościów” (s. 92), liturgii rzymskiej, której w przeciwieństwie do dominikańskiej nie lubił: „Kościół powinien jednak wreszcie zakazać tych barokowych ryków z fugami Jejejesujejesusu… Kykykykyrieeeee itd.” (s. 253), systemu nauczania, który prowadzi do tego, że „to, czego kleryków uczą w seminarium, jest tak dobrym przygotowaniem do spowiadania, jak na przykład nauka gotowania do malarstwa artystycznego albo pisania poezji” (s. 410). Jednym słowem czytelnika czeka 460 stron napisanych świetnym językiem przywodzącym na myśl Sienkiewicza, którego nota bene Bocheński bardzo cenił, z tą różnicą, że Bocheński pisze zawsze ku pokrzepieniu intelektu, a nie jedynie serca.

Przy całej zasłudze, redaktorom nie udało się uniknąć kilku błędów. Przede wszystkim w publikacji korespondencji osoby tej miary co Bocheński przydałby się obszerniejszy wstęp, który przedstawiłby w zarysie sytuację Polskiej Prowincji Dominikanów w dwudziestoleciu międzywojennym, to samo odnosi się do zapoznania czytelnika ze stanem polskiej filozofii w tamtym okresie. Aparat krytyczny zawarty w przypisach również mógłby zostać rozwinięty, oczywiście wymagałoby to dłuższego przygotowania, ale może przynajmniej wtedy udałoby się uniknąć błędów merytorycznych, językowych i chronologicznych. Chciałbym zwrócić uwagę tylko na trzy. Wspominając o francuskim dominikaninie Piusie Pelletier, redaktorzy piszą, że w okresie nowicjatu Józefa Bocheńskiego w Krakowie był on bratem konwersem i jego opiekunem (por. s. 13). Zgadza się, że był on opiekunem Bocheńskiego, jednak wobec tego nie mógł być bratem konwersem, ponieważ tym mianem określani są u dominikanów bracia, którzy nie przyjęli święceń kapłańskich, a Pelletier był księdzem. Być może redaktorzy przypuszczali, że był jego spowiednikiem, ale to też jest niemożliwe, ponieważ nowicjusze nie mogą się spowiadać u swojego przełożonego, którym był właśnie Pelletier. Nie wiem więc, co określenie „brat konwers” mogłoby oznaczać. Natomiast jest pewne, że Michał Czartoryski, o którym redaktorzy wspominają w jednym z przypisów: „rozstrzelany przez hitlerowców podczas powstania warszawskiego w 1944 roku jako kapelan szpitala. Dziś kandydat na ołtarze” (s. 40), został beatyfikowany przez Jana Pawła II w 1999 roku w Warszawie wraz z innymi męczennikami II wojny światowej.

Kolejnym problemem są niepoprawne nazwy własne cytowane w listach. Kiedy Bocheński cytuje włoskie zdania zasłyszane u górali, ich niegramatyczność oddaje gwarę, w której mówili (s. 195). W całości wypowiedzi jest to zrozumiałe. Natomiast kiedy spotykamy się z przekręconymi nazwami własnymi „S. Domenico i Lesto” (s. 77) zamiast „S. Domenico i Sesto”, alboLubiaco” (s. 99) zamiast „Subiaco”, podejrzewam, że tekst został źle odczytany i należałoby uzgodnić nazwę z rzeczywistą. Tym bardziej że dwukrotnie mamy do czynienia z zamianą litery „s” na „l”, co może wskazywać na niewyraźny charakter pisma Bocheńskiego.

I wreszcie sprawa najpoważniejsza – kwestia datacji. Na szczęście chyba tylko w jednym wypadku Bocheński pomylił datę lub też została ona mylnie odczytana. Chodzi o list z 26 XII 1935 roku (s. 423–425). W żadnym wypadku nie mógł on zostać napisany w grudniu tego roku. Istnieją co najmniej dwa ewidentne powody zawarte w samym tekście. Po pierwsze, pisząc o sytuacji politycznej Europy, która szykuje się do wojny, wspomina: „zabiorę się bardzo serio do projektowania książki o etyce wojskowej; ks. Meysztowicz bardzo się do niej zapalił i radzi ją zatytułować De virtute militarii” (s. 424), tymczasem przez 150 wcześniejszych stron mogliśmy śledzić, jak De virtute militarii rodzi się powoli na wiosnę 1935 roku. Drugi argument jest nie mniejszej wagi. Bocheński dodaje często w listach kilka uwag na temat pogody, w tym wypadku: „wiosna cudowna” (s. 452), więc na pewno nie grudzień. Należałoby więc podważyć datację albo jeszcze raz skonfrontować z rękopisem i przesunąć list najprawdopodobniej na 26 marca 1935 roku.

Pomimo tych kilku błędów listy Józefa Bocheńskiego do ojca są lekturą pasjonującą. Dodatkowym argumentem zachęcającym do niej może być proroczy charakter wielu analiz i wypowiedzi Bocheńskiego. On sam pretendował do miana proroka. Kiedy opracowywał De virtute militarii, pisał: „Chciałbym koniecznie to wydać, jako że nasze społeczeństwo jest zahukane przez pseudokulturę spod znaku »wolnej myśli« i potrzeba mu proroka, którym chciałbym być” (s. 344). Pomimo kontrowersyjności proponowanych przez niego rozwiązań politycznych na pewno nie można odmówić mu celności oceny sytuacji. W jednym z listów pisze:

Koniec końcem żyjemy ciągle dorobkiem Greków i coraz bardziej mi się wydaje, że absolutnie nic nowego w naszej „kulturze” nie ma: chyba tylko tanki i gazy trujące, bo chrześcijaństwa, które zawierało myśli naprawdę nowe (Sokrates nic nie wie o miłości Boga i bliźniego), to Europa się gwałtownie wypiera, gorzej, bo wypiera się nawet Sokratesa, za to idzie za Kalliklesem i różnymi Gorgiaszami (s. 378–379).

Świat nie zmienił się aż tak bardzo przez te prawie osiemdziesiąt lat i ciągle czeka na proroków, którzy będą potrafili za cenę własnej wygody poszukiwać prawdy.

Sylogizmy i życie
Wojciech Surówka OP

urodzony w 1975 r. – dominikanin, duszpasterz, rekolekcjonista. Przez wiele lat pracował w Rosji i na Ukrainie, był promotorem życia intelektualnego i radnym Wikariatu Ukrainy, dyrektorem...