Szukając prawdy

Szukając prawdy

Najniebezpieczniejsze są jednak zarzuty Woodsa pod adresem Kościoła, szczególnie że wypowiada je duchowny. Zamęt, który wprowadza, może wnieść wiele niepokoju i dać argumenty osobom kierującym się w swoich działaniach błędnie pojętym interesem społecznym.

Dyskusja nad zagadnieniem homoseksualizmu — w kontekście społecznym, kontekście Kościoła katolickiego, a także w kontekście możliwości terapii — która toczy się w różnych środowiskach, jest bez wątpienia potrzebna. Obiegowe opinie na temat homoseksualizmu i homoseksualistów są często przekłamane i nie dostrzegają istoty tego zagadnienia oraz potrzeb osób o skłonnościach homoseksualnych. Miesięcznik „W drodze” włącza się również do tej dyskusji, prezentując różne głosy i stanowiska. Jednym z nich jest opinia ojca Richarda Woodsa. Poglądy tego amerykańskiego dominikanina zawarte w wywiadzie zamieszczonym na tych łamach budzą mój niepokój. Stąd konieczność polemiki.

Źródło homoseksualizmu

W mediach dominuje ogólny prąd związany z kręgami silnie liberalnymi domagający się pełnoprawnego traktowania par homoseksualnych w życiu społecznym. Postuluje się także, aby poszerzyć katalog praw człowieka o zapis gwarantujący homoseksualistom prawo do legalnych związków oraz adopcji dzieci. Takie usytuowanie punktu ciężkości w społecznym dyskursie o pozycji osób homoseksualnych odsuwa jednak uwagę od istoty zagadnienia, którą jest źródło homoseksualizmu. Media i organizacje gejowskie uznały sprawę przyczyn i uwarunkowań rzutujących na kondycję psychoseksualną człowieka za wyjaśnioną. Tymczasem nauka oraz doświadczenia psychiatrów, psychologów i samych homoseksualistów każą pilnie powrócić do tego tematu, tylko bowiem dotarcie do prawdy o homoseksualizmie pozwoli zająć stanowisko, które będzie wynikało z troski o prawdziwe dobro, o prawdę o człowieku. Także Kościół zabiera głos w sprawie osób o skłonnościach homoseksualnych.

Stanowisko o. Woodsa, które zaprezentował polskim czytelnikom, nie jest stanowiskiem Kościoła, lecz opinią tego dominikanina, co sam zaznacza. Wiele jego poglądów jest sprzecznych z nauką Kościoła. Jednak, nim wskażę te sprzeczności, warto zwrócić uwagę na stosunek autora książki O miłości, która nie śmiała wymówić swojego imienia do pomijanego zagadnienia przyczyn homoseksualizmu. Postawa i postulaty R. Woodsa OP bowiem wypływają z przyjętego przez niego założenia o naturze skłonności homoseksualnych.

Ojciec Woods przytacza kilka teorii dotyczących przyczyn powstawania skłonności homoseksualnych, wskazując na brak jednoznacznego stanowiska nauki w tej sprawie. Mimo że zaznacza, iż nie ma dowodów na genetyczne podłoże tego zjawiska, sam prezentuje pogląd o determinizmie biologicznym kształtującym skłonności homoseksualne. Odrzuca on tezę o wpływie wychowania na seksualność człowieka. Swoje przekonania opiera na własnych doświadczeniach związanych z osobami homoseksualnymi, które poddawały się terapii i mimo podjętego wysiłku powracały do praktyk homoseksualnych. Błąd, którego się dopuszcza, polega na pominięciu osiągnięć nauki: z jednej strony lekceważy wyniki badań, które przynosi psychologia; z drugiej zaś pomija programy terapeutyczne skutecznie pomagające osobom, które poddając się im, dokonały zmiany swoich preferencji seksualnych. Trudno dziś obstawać przy tezie, że preferencje seksualne są zaprogramowane w nas przez biologię. Wszelkie próby udowodnienia tej teorii nie powiodły się mimo usilnych starań. Zdarzały się rewelacyjne doniesienia o odkryciach, które miały ją potwierdzać, jednak weryfikacja wyników badań zawsze dowodziła błędnych założeń lub nadużyć w interpretacji wyników. Nie mamy żadnego dowodu potwierdzającego naturalny charakter skłonności homoseksualnych. Natomiast znane są wyniki obserwacji psychiatrów i psychologów jasno dowodzące, że ogromny wpływ na preferencje seksualne ma wychowanie. Niewątpliwie jednak nasze zachowania seksualne mają swoje źródło w biologii, przynależą one do naszej płciowości i z niej wypływają. Ten sposób pojmowania źródeł zachowań seksualnych nie powinien budzić żadnych zastrzeżeń — jest rzeczą naturalną, że płciowość determinuje nasze zachowania seksualne. Stwierdzenie to pociąga za sobą oczywistą konsekwencję: pociąg seksualny jest skierowany ku płci przeciwnej. Dziś wiadomo, że w procesie rozwoju człowieka może dochodzić do różnego rodzaju modyfikacji zachowań seksualnych. Wynikają one z psychicznych braków, zranień lub błędów wychowawczych, których człowiek doświadcza w okresie najistotniejszym dla kształtowania jego osoby, tj. w okresie dzieciństwa i dojrzewania.

Ojciec R. Woods, informując o przyczynach skłonności homoseksualnych, wprowadza czytelnika, zwłaszcza niemającego rozeznania w tej materii, w błąd. Wyjątkowo zaskoczyło mnie w kontekście jego wypowiedzi stwierdzenie, że odpowiedzi na pytanie o przyczynę nieskuteczności programów terapeutycznych, o których mówił, może udzielić inżynieria genetyczna! Taki niefrasobliwy stosunek do rzeczywistego stanu nauki jest niedopuszczalny, gdyż nie ma nic wspólnego z prawdą. Homoseksualizm jako zjawisko uwarunkowane przez środowisko, w którym kształtuje się osobowość człowieka, nie jest jednoznaczny z trwałością zachowań homoseksualnych. Ojciec R. Woods uzasadnia swoje stanowisko niepowodzeniami programów terapeutycznych stworzonych dla osób o takich skłonnościach, gdyż nie zmieniły one preferencji seksualnych osób poddanych terapii. Moje doświadczenia związane z osobami homoseksualnymi są zgoła odmienne. Na swojej drodze spotkałem wielu homoseksualistów i każde spotkanie utwierdzało mnie w przekonaniu o ogromnym wpływie wychowania na ich kondycję psychoseksualną. Sam fakt niepowodzeń w terapii nie jest bynajmniej wynikiem „pierwotnej orientacji”, wobec której człowiek okazuje się bezsilny, lecz jest raczej wynikiem zranień, owych modyfikacji, z którymi homoseksualista nie potrafi lub nie chce sobie poradzić. Doświadczenia terapeutów w Polsce i na świecie są w opozycji wobec doświadczeń o. R. Woodsa. Nie będę prezentował tu nawet najpowszechniejszych uwarunkowań środowiskowych, które będąc w swej istocie nieprawidłowe (zaburzony układ rodzinny, wykorzystanie seksualne, brak identyfikacji z własną płcią itp.), powodują zaburzenia w sferze seksualności. Najważniejsze jest zrozumienie, że skłonności homoseksualne są krzywdą lub brakiem. Oczywiście nie każdy czuje się skrzywdzony i nie każdy odczuwa potrzebę naprawy, uzdrowienia zranień lub braków, które doprowadziły ostatecznie do powstania takich skłonności. Nie zmienia to jednak prawdy o naturze tych skłonności.

Stanowisko Kościoła

Mając świadomość, że skłonności homoseksualne nie są determinowane biologicznie, a kontekst, w jakim powstają, jest dla człowieka, dla dziecka (bo chodzi tu o okres dzieciństwa i dorastania) bardzo bolesny i sprzeczny ze wszystkim, co mamy na myśli, mówiąc o szczęśliwym dzieciństwie i zdrowym domu, nie dziwi nas stanowisko Kościoła wobec osób homoseksualnych. Katechizm Kościoła Katolickiego (2357–2359) z wielką rozwagą pochodzi do kwestii osób homoseksualnych. Dokument ten jasno stwierdza, że Kościół jest otwarty na wszelką prawdę o przyczynach homoseksualizmu, świadomy, że geneza tych skłonności jest w dużej mierze niewyjaśniona. W ten sposób Kościół nie rości sobie prawa do arbitralnego orzekania o homoseksualizmie w kontekście psychiki czy też biologii człowieka. Niezwykle ważny jest fakt, że Kościół dostrzega, iż kondycja homoseksualna nie jest sprawą wyboru osoby oraz że często stanowi bardzo trudne doświadczenie. Jest rzeczą oczywistą, że Kościół dokonuje moralnej oceny czynów homoseksualnych, a nie osób o tych skłonnościach. Odwołuje się w tych ocenach do prawa naturalnego, prawdy objawionej oraz tradycji. Osoby o skłonnościach homoseksualnych są traktowane przez Kościół jako pełnoprawni członkowie wspólnoty. Nie ma jednak zgody na praktyki homoseksualne. Ojciec R. Woods zarzuca Kościołowi, że nazywa on homoseksualizm: „ontologicznym i obiektywnym brakiem porządku”. Pozwolę sobie przypomnieć, że to nie homoseksualizm jest określany w ten sposób, a jedynie czyny homoseksualne (KKK 2357). Zarzuca on także, że Kościół dokonuje zmiany interpretacji natury homoseksualizmu z chorobowej (w obawie przed tym określeniem) na rozważania metafizyczne. Posługiwanie się przez Kościół mianem „nieuporządkowanie” nie oznacza wcale, że Kościół rozpatruje ten problem w oderwaniu od biologii czy psychiki na płaszczyźnie metafizyki. Jest to raczej wskazanie na naturę czynów homoseksualnych (o nich Kościół się tak wyraża) i ich źródła, którym są zaburzenia, modyfikacje powodujące nieporządek wewnętrzny.

Moralna ocena praktyk

Najbardziej jednak zaskakuje mnie stanowisko amerykańskiego dominikanina w sprawie oceny moralnej praktyk homoseksualnych. Kościół twierdzi, że homoseksualizm jest zły, tj. nie jest dobry, skoro powstaje wskutek zaburzeń. Proszę zwrócić uwagę, że nie ma w tym potępienia osób o skłonnościach homoseksualnych. Ojciec R. Woods ma pretensje do Kościoła, że wychodząc z założenia, iż homoseksualizm jest zły, wykłada, że czyny oparte na złej skłonności są grzeszne. Jest to prosta konsekwencja: jeśli jakiś mechanizm jest zły, tj. nie jest dobry, bo został uszkodzony, nie będzie dobrze funkcjonował. Działanie oparte na złej skłonności nie będzie przynosiło dobra. Oczywiście brak dobra jeszcze nie jest grzechem, ale należy zwrócić uwagę, że czyny homoseksualne odbywają się w relacji do drugiego człowieka, osoby te, nawet działając dobrowolnie, popełniają grzech, gdyż obiektywnie dochodzi do nadużycia i wykorzystania osoby niezgodnie z naturą, którą zostaliśmy obdarzeni przez Boga. Dlatego nie dziwi klasyfikacja czynów homoseksualnych jako grzesznych. Ojciec R. Woods wyraża jednak pogląd stojący w zupełnej sprzeczności z nauczaniem Kościoła. Otóż opowiada się za zmianą klasyfikacji praktyk homoseksualnych. Jest to oczywista konsekwencja przyjętego błędnego założenia, że zachowania takie wynikają z natury człowieka. Skoro zaś są one naturalne, to nie mogą być sprzeczne z wolą Boską, gdyż natura jest dziełem Boga i jako taka nie jest zła. Zarzuca on w ten sposób Kościołowi, że sprzeniewierzył się nauczaniu Chrystusa miłującego każdą odmienność. Ojciec Woods twierdzi, że gdyby Bóg nie chciał homoseksualistów takich, jacy są, to nie stworzyłby ich tylu. Skoro zaś wolą Bożą jest istnienie homoseksualizmu, to rzecz jasna praktyki homoseksualne są aprobowane przez Boga. Zatem Kościół, zdaniem o. R. Woodsa, krzywdzi swoją postawą osoby homoseksualne, a przede wszystkim sprzeciwia się Bogu. W zasadzie polemika w tym miejscu jest zbędna przez wskazanie błędnego założenia o przyczynie skłonności homoseksualnych leżącego u podstaw tych wniosków. Nie wprawia mnie w osłupienie stanowisko tego duchownego. Jest to prosta konsekwencja odrzucenia lub niedostrzegania prawdy.

Przegląd tradycji

Ojciec R. Woods, dokonując przeglądu stanowiska Kościoła oraz tradycji, poszukuje momentów wskazujących na brak jednoznacznej doktryny Kościoła wobec homoseksualizmu. Cel tych poszukiwań jest jasny: o. Woods wyraźnie manipuluje faktami, aby wskazać pewien pluralizm w nauczaniu Kościoła. Jest rzeczą mniej istotną jego brak zrozumienia kultury antycznej i zjawiska pederastii, które niewiele miało wspólnego z posiadaniem nieletniego kochanka, bo istota tego związku była zupełnie inna. O wiele bardziej niepokojące jest poszukiwanie momentów, które potwierdzałyby założenie o naturalnym pochodzeniu skłonności homoseksualnych i akceptacji przez ludzi Kościoła praktyk homoseksualnych, której konsekwencją miało być nawet błogosławienie związków homoseksualnych! Otóż według o. R. Woodsa dopiero cywilizacja, która stworzyła pojęcie praw naturalnych, potępiła praktyki homoseksualne. Paradoksalnie to stwierdzenie zakłada pierwotność i naturalność tego zjawiska, mimo że zostało ono uznane za grzech przeciwko naturze. Dalsze spostrzeżenie o. Woodsa każe nabrać jednak dystansu do stosowania miary grzechu do praktyk homoseksualnych, gdyż jak stwierdza: „Musimy, więc być bardzo ostrożni, chcąc przenosić idee historycznie i kulturalnie zakorzenione w średniowieczu do naszych czasów, podobnie jak nie stosujemy już obecnie ani medycyny, ani psychologii wieków średnich. Musimy być bardzo ostrożni w tej kwestii”. Zdaniem o. Woodsa, stanowisko Kościoła jest anachroniczne, bo posługuje się on kategoriami zakorzenionymi w średniowieczu. Starożytność natomiast według jego wywodu akceptowała homoseksualizm, nawet sam św. Paweł miał potępiać jedynie homoseksualizm sakralny. Relatywizm w wyborze i ocenie poglądów tej epoki jest niedopuszczalny. Historyk kultury antycznej oraz znawca historii Kościoła podważy każdą opinię o. Woodsa.

Nauczanie zaś Kościoła jest, zdaniem o. R. Woodsa, pozbawione spójności. Co więcej, Kościół błędnie postrzega człowieka, bo nie akceptuje jego natury. Tak jak Kościół, zdaniem o. Woodsa, dyskryminuje kobiety, tak samo dyskryminuje homoseksualistów. Kolejny raz dominikanin dopuszcza się nadużycia i wprowadza kolejny raz w błąd czytelników. Kościół żadną miarą nie dyskryminuje kobiet, a ich brak wśród kapłanów nie wynika z traktowania kobiety jako gorszej od mężczyzn, co o. Woods zarzuca Kościołowi. Jednak jest to bardzo chwytliwe stwierdzenie, mając na uwadze dzisiejsze ruchy feministyczne. Paradoksalnie o. R. Woods uważa, że brak spójności powinien dominować w Kościele, jedynie bowiem pluralizm w Kościele pozwoli na istnienie grup akceptujących homoseksualizm w praktyce. Wprowadzanie kategorii „filozofia Ratzingera i jego Kongregacja Nauki Wiary” i „filozofia Jana Pawła II” oraz przeciwstawianie ich sobie ma dowodzić, że ten pluralizm już funkcjonuje. Obawiam się, że to, co o. Woods rozumie pod pojęciem pluralizmu, jest niczym innym, jak życzeniem rozłamu. Trzeba w tym miejscu dobitnie powiedzieć, że wszystkie zarzuty, które stawia o. Woods, nie mają żadnego pokrycia i są kalumnią. Stanowisko Kościoła bowiem jest nacechowane troską o dobro człowieka i o prawdę o nim. Nie ma w dokumentach i działaniach Kościoła żadnego dyskryminowania czy odrzucania osób homoseksualnych. Także utożsamianie jednostkowych przypadków niezrozumienia prawdziwego położenia homoseksualistów przez ludzi Kościoła (przykłady drastycznych sytuacji podczas spowiedzi) jest niedopuszczalną generalizacją. Praktyki bowiem takie stoją w sprzeczności z zaleceniami Kościoła. To, na czym zależy Kościołowi, zostało odrzucone przez o. Woodsa. W wizji dominikanina wszyscy homoseksualiści są ludźmi zadowolonymi ze swoich skłonności, a jedynie kultura, a zwłaszcza Kościół, przysparzają im zmartwień, nie akceptując ich zachowań. Nie dostrzega on faktu, że grupa aktywistów gejowskich stanowi mniejszość osób dotkniętych tym problemem i że przemilczana większość wcale nie czuje się dyskryminowana. To nie Kościół nie rozumie potrzeb i położenia osób o skłonnościach homoseksualnych, ale o. Woods w swoich wypowiedziach charakteryzuje się wąskim i błędnym rozumieniem sprawy.

Legalizacji związków homoseksualnych

W swoim wywiadzie o. Woods stawia śmiały postulat wobec państw oraz wobec Kościoła. Postulat ten wprost wynika z przyjętego założenia o biologicznych podstawach homoseksualizmu. Domaga się on legalizacji związków homoseksualnych z usankcjonowaniem prawa do adopcji dzieci i akceptacji takich związków przez Kościół katolicki. W tym celu posługuje się przykładami braku owej jasnej doktryny Kościoła i jego rzekomym demonizowaniem homoseksualizmu, co ma na celu chyba jedynie ukazanie anachroniczności Kościoła. Wybiórczo przywołuje dzieje Kościoła. Z jednej strony mamy odrzucenie tradycji potępienia praktyk homoseksualnych, z drugiej natomiast o. Richard nie omieszkał przywołać św. Tomasza, który stworzył koncepcję praw naturalnych, ale dopuszczał także istnienie domów publicznych. W taki sam bowiem sposób jak Tomasz dopuszczał istnienie domów publicznych, Kościół miałby zaaprobować istnienie homoseksualnych związków cywilnych. To rozwiązanie, zdaniem o. Woodsa, byłoby najlepszym wyjściem dla wszystkich. Otóż homoseksualiści zostaliby zaafirmowani w swojej kondycji homoseksualnej nie tylko przez społeczeństwa, państwa, ale także przez Kościół. W ten sposób zdjęto by z nich odium inności i jak zapewne uważa o. Richard, większość z nich stałaby się ludźmi szczęśliwymi dzięki społecznej akceptacji homoseksualizmu. Problem w tym, że nie jest możliwe, aby Kościół zaaprobował nieprawdę, gdyż taka aprobata byłaby jednoznaczna z odrzuceniem prawdy o podłożu homoseksualnych skłonności i prawdy o człowieku. Z drugiej strony Kościół odwróciłby się od tych wszystkich, dla których doświadczenie homoseksualizmu jest powodem cierpienia. Jeszcze bardziej rewolucyjne jest jednak to, że Kościół, sankcjonując te związki, sankcjonowałby praktyki uznawane za grzeszne. Wobec tego nie dziwi argumentacja o. Richarda odsuwająca na bok zagadnienie grzeszności praktyk homoseksualnych. Co więcej, o. Woods dokonuje afirmacji homoseksualizmu w imieniu Nieba.

Układ, w którym będą funkcjonować cywilne związki homoseksualne, ma zapewnić według słów o. Richarda rozwój społeczeństwa. Nie rozumiem, jak ma on następować? Jest rzeczą bezsprzeczną, że podstawę społeczności stanowi człowiek, a jej rozwój jest możliwy jedynie dzięki kolejnym pokoleniom. Bez wątpienia zatem związek homoseksualny nic nie wnosi w rozwój społeczności. Kolejną konsekwencją istnienia takich związków cywilnych jest określone prawo. Związki sankcjonowane przez państwa są przez nie chronione i otrzymują pomoc socjalną. Wynika to z interesu państwowego, który swój byt upatruje w obywatelu. Związki heteroseksualne ze swej natury są nastawione na potomstwo, więc zapewniają ciągłość istnienia państwa. Stąd określona polityka socjalna i prawna wobec tych związków, które podejmują wymierny trud wychowywania przyszłych obywateli. Byłoby niesprawiedliwością traktowanie w ten sam sposób związków homoseksualnych.

Stanowisko o. R. Woodsa bez wątpienia wypływa z troski, którą żywi on w stosunku do osób o skłonnościach homoseksualnych. Jednak zgoda na nie jest niemożliwa, gdyż wypływa ono z błędnego założenia, i mimo że zdawać się może, iż o. Richard pragnie dobra tych osób, to jego postawa jest krzywdząca. Odrzucenie lub niezrozumienie prawdy o rzeczywistym położeniu osób o tych skłonnościach uniemożliwia pomoc tym, którzy jej pragną. Niedopuszczalna jest też argumentacja o. Richarda, w której dopuszcza się manipulacji faktami, aby wyciągnąć potrzebne wnioski. Dialektyka jego wypowiedzi przypomina raczej spór akademicki, w którym liczy się obrona własnego stanowiska, nie zaś prawda. Najniebezpieczniejsze są jednak jego zarzuty pod adresem Kościoła, szczególnie że wypowiada je duchowny. Zamęt, który wprowadza, może wnieść wiele niepokoju i dać argumenty osobom kierującym się w swoich działaniach błędnie pojętym interesem społecznym. Biorąc udział w dyskursie o położeniu osób homoseksualnych, trzeba mieć stale na uwadze złożoność tego zjawiska oraz świadomość jego podstaw i możliwości terapii.

* * *

Mam nadzieję, że mój głos sprzeciwu wobec stanowiska o. R. Woodsa stanie się przyczynkiem do dyskusji na temat homoseksualizmu i postawy, którą powinniśmy przyjąć wobec osób roszczących sobie prawa do mówienia w imieniu wszystkich osób o tych skłonnościach. Pamiętajmy, że barwne organizacje domagające się na ulicach nieuzasadnionych praw stanowią rzeczywistą mniejszość wśród ludzi borykających się z homoseksualizmem. Bez wątpienia należy zastanowić się nad statusem osób, które świadomie wybierają homoseksualny styl życia. Nasze stanowisko jednak powinno wypływać ze zrozumienia i troski o ład społeczny, niekoniecznie kampanii medialnych.

Szukając prawdy
Paweł Polnik

urodzony w 1978 r. – absolwent KUL, historyk, historyk sztuki, nauczyciel w Zespole Szkół Urszulańskich oraz Zespole Szkół Ekonomiczno-Usługowych.Mieszka w Rybniku....