Tak to Ponbóczek wymyślył…

Jedną z konsekwencji bycia farorzem jest możliwość słuchania, a czasem słyszenia (bo nie wypada napisać „podsłuchiwania”) dialogów parafian. Różnią się one zasadniczo od dialogów studenckich z uniwersyteckich korytarzy. Między innymi dlatego, że profil wiekowy nie ten. Główne osiedle parafii zasiedlane było w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia – teraz są to ludzie w słusznym już wieku. A przez to i zainteresowania, i bagaż doświadczeń mają zdecydowanie niestudenckie. Kwestie, które mogą fascynować co bardziej zapalonych studentów teologii, gotowych z wypiekami na twarzy dyskutować o platońskich uwarunkowaniach myśli Ratzingera, obchodzą ich mniej niż zeszłoroczny śnieg. Ten ostatni bowiem zdeterminował poziom wód gruntowych, mieści się zatem w horyzoncie tego, co realne. Nie zamierzam jednak dłużej się rozwodzić nad wyższością dialogów parafialnych nad akademickimi. Jedną tylko rozmowę chciałbym przytoczyć, usłyszaną przypadkiem, bez początku i bez końca. Zaczęło się od tego, że uwagę moją przyciągnęło kobiece narzekanie na
Zostało Ci jeszcze 81% artykułu