Taras z widokiem na Rzym

Taras z widokiem na Rzym

Taras na trzecim piętrze rzymskiego ośrodka dla Polaków Corda Cordi jest miejscem szczególnym. Spędzam na nim całe godziny. Wszyscy pędzą do miasta, bazylik i sklepów. Jedno wielkie zwiedzanie. Co oni tak oglądają? Jestem chyba prowincjuszem pozbawionym kultury, bo to zwiedzanie mnie nudzi i nie piszę tego, by ktoś, znając mnie, zaprzeczał. Nie biegam po muzeach, nie ciągnie mnie poznawanie nowych miejsc. Nie interesuje mnie zawartość sklepów. Specyficzny wyrodek.

Siedzę na tym tarasie niemalże w bezruchu i spoglądam w przestrzeń, która rozpościera się przede mną. Wskazówką przemijającego czasu są lądujące i startujące samoloty na lotnisku Ciampino. Przepiękna pogoda i na horyzoncie góry. Tam musi być Castel Gandolfo. Spoglądam tam bez przerwy.

To intensywne czekanie wyzwala wspomnienia. Najpierw domu rodzinnego i nas wszystkich, kiedy byliśmy jeszcze razem. Nienaruszona niczym pogoda i pokój tego domu były i są dla mnie oparciem. Lata młodości przerywane wyjazdami na wieś na wakacje. Wreszcie matura, nowicjat i wyjazd z domu na zawsze. Wielki świat otwarty mi przez zakon. Studia, pierwsza placówka w Tarnobrzegu i pierwsi moi uczniowie. Potem studia w Warszawie i doktorat. Wreszcie Poznań i młodzież… Tak już zostało…

Wędruję poprzez lata i miejsca. Wspominam ludzi, za których się modlę, i wydarzenia. Roraty, nasze poznańskie roraty, siedemnastki, wędrówki, spotkania. Noce czuwania. Po dziesięciu latach duszpasterstwo akademickie. Jakoś to wszystko się układa. Położyłem na wagę wszystkie siły. Ileż rezygnacji, ograniczeń. Czy żałuję? Inni jeździli w tym czasie za granicę, studiowali, a ja przez cały czas z młodzieżą, która pożarła moje życie osobiste i często odchodziła bez słowa. To tak jakbym bez przerwy prał pieluchy. No może nie bez przerwy. Były przecież chwile radości i święta. Potem przyszły Hermanice, Jamna, Lednica… Wszystkie te miejsca cieszą się błogosławieństwem Ojca Świętego. Duże, ogólnopolskie działania. Co z tego zostanie? Kiedy mi to odbiorą i zabronią tam bywać, bo będą już wiedzieli lepiej?

W środę idę na audiencję generalną do Auli Pawła VI. To ta środa, kiedy Ojciec Święty przekazuje do Moskwy ikonę Matki Bożej Kazańskiej. Kardynał Kasper stoi przed Janem Pawłem II z wyciągniętymi rękami przykrytymi welonem, przez który trzyma ikonę. Ojciec Święty natomiast przemawia do niej, tak jakby się żegnał z Matką przed udaniem się w długą drogę. I mówi do Niej tak serdecznie i tak czule, że się rozryczałem. Potem podszedłem do Jana Pawła II, który mnie natychmiast poznał, poszturchał po głowie i pobłogosławił.

Mimo to czekam na osobiste widzenie z nim. Przewija się intensywnie taśma mojego życia. Dawno takich rekolekcji w samotności nie odprawiałem. Ileż już za mną, ile jeszcze przede mną?

Nie, niczego nie żałuję. Żyłem własnym życiem. Ale czy dobrze rozłożyłem siły? Nie oszczędzałem się do tego stopnia, że niektórzy uważają mnie za wariata, inni zaś za osobę charyzmatyczną. A ja sam siebie za uzależnionego od łaski Bożej.

Nadzwyczajne jest towarzyszenie Ojca Świętego mojej pracy z młodzieżą, wyrażone listami, błogosławieństwem, obecnością. Realne. „Tobie, Panie, zaufałem, nie zawstydzę się na wieki”. Tak, jestem uzależniony od Bożej łaski i Bożego błogosławieństwa.

– To ojciec nie był nad morzem, takie przecież gorąco?
– Nie.
– Dlaczego nie?
– Bo nie. Nie mogę. Nie potrafię wytłumaczyć, że cały jestem stresem, bólem i czekaniem. Mnie nie stać na jeżdżenie nad morze. Nic do mnie nie dociera. Nic nie potrafię robić w międzyczasie, bo międzyczasu nie ma. Jest jedno czekanie na spotkanie ze Świętym, w którym cały jestem zanurzony.

Jak dobrze, że z rodzinnego domu otrzymałem wiarę w Anioła Stróża. Wysyłam zatem swojego Anioła Stróża do Anioła Stróża arcybiskupa Stanisława Dziwisza, ażeby go natchnął i by ten skrócił moje czekanie.

Wreszcie telefon i upragnione spotkanie. Jadę do Castel Gandolfo. Jestem za wcześnie, godzinę spędzam na adoracji w pobliskim kościółku. Szwajcar życzy mi dobrego apetytu. Nie po apetyt tutaj przychodzę. Jedzenie mam u ojca Konrada. Spotkać Świętego. Od tylu już lat towarzyszy mojej posłudze wśród młodzieży. Od tylu już lat interesuje się i błogosławi naszym działaniom. Dzisiaj pragnę zaprosić go nad Lednicę. Nic już nie powstrzyma mojego serca. Kochanego Ojca mogę przecież zaprosić do tego, co robię.

– Jan Góra OP, jakiż on masywny – powiedział na przywitanie Ojciec Święty.
– To z bezruchu – próbowałem się tłumaczyć. A kiedy usiedliśmy do stołu, zacząłem wiercić dziurę w brzuchu o przyjazd nad Lednicę.
– Chociaż na pięć minut – prosiłem.
– Na pięć minut to za krótko – odparł Ojciec Święty – trzeba by na dłużej.

Byłem szczęśliwy.

– Jakże ja mogę zaprosić Ojca Świętego nad Lednicę?
– Argumentami – odpowiedział. Zacząłem więc opowiadać: będzie o przyjaźni, „Nazwałem was przyjaciółmi”, a Ojciec Święty jest przyjacielem młodzieży, przyjacielem wiernym, choć wymagającym. „Przyjedź, Kochany Ojcze Święty, twoje słowo znad Lednicy jest już programem. Przyjedź zrobić podsumowanie”. Walnąłem do stóp z prośbą o błogosławieństwo. Wracam do ciężkiej pracy. Trzeba wykończyć ośrodek nad Lednicą i przygotować program pracy w duszpasterstwie na cały rok akademicki. Ale to nic. Serce powiedziało swoje. I otrzymało odpowiedź płynącą z serca. Aż głupio się odwrócić i przestać patrzeć w te oczy.
– Czy mogę rozpowiadać, że Ojciec Święty zaproszenie przyjął? – Arcybiskup Stanisław kiwnął głową pozytywnie. Jeszcze prezenty i różańce, jak zawsze.

Na taras już nie wracam. Nie patrzę na Rzym. Pod powiekami widzę ogromne rzesze młodzieży roztańczonej i skupionej nad Lednicą wokół osoby Jana Pawła II. To jest to. Ziemia staje się niebem.

Taras z widokiem na Rzym
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...