Teologia to sport ekstremalny

Teologia to sport ekstremalny

Jarosław Makowski: Czy Kościół potrzebuje teologów?

ks. Grzegorz Strzelczyk: Ilekroć człowiek mówi lub nawet myśli o Bogu, to uprawia jakiś rodzaj teologii. Pytanie więc jest trochę chybione. Chyba że zawęzimy pojęcie teologii do dyscypliny naukowej, zaś teologa – do naukowca ją uprawiającego. Wtedy można dyskutować. Jeśli głównym zadaniem Kościoła jest głoszenie Dobrej Nowiny, to na pewno nie może się on obejść bez ludzi podejmujących rzetelną refleksję o Bogu i człowieku.

Przecież Magisterium Kościoła jasno naucza, jak i w co mamy wierzyć. Po cóż więc jeszcze teolog?

Tak jasno, że czasem i zawodowy teolog łamie sobie głowę, o co chodzi… A poważnie mówiąc: Magisterium nie jest bezosobowe, jego rozstrzygnięcia poprzedzane są zwykle bardzo długimi dyskusjami teologów właśnie (czy to akademickich, czy to pasterzy), natomiast ci, którzy formalnie spełniają funkcje magisterialne, też są teologami. Innymi słowy – bez teologów nie ma kto sprawować Magisterium.

Podczas gdy jedni teologowie starają się szukać nowych rozwiązań, ci, którzy stanowią Magisterium, czytają je pod kątem zgodności z oficjalnym nauczaniem Kościoła. Stoją po przeciwnej stronie barykady.

Barykada to niedobre określenie, bo sugeruje wrogość i niemożność znalezienia wspólnych pozycji. Relacja teologowie – Magisterium jest o wiele bardziej pokojowa, bo chodzi przecież o dwie posługi w tym samym Kościele. Oczywiście istnieje pewne napięcie, ale ono właśnie jest pozytywne – dopóki jedni i drudzy nie przekraczają swoich kompetencji. A pokusy działają w obu kierunkach: czasem jakiś teolog uważa siebie za ostateczny głos prawdy; czasem jakiś pracownik Kongregacji Nauki Wiary usiłuje prywatną teologię sprzedać jako głos Kościoła. Chodzi w istocie o wzajemne czuwanie, wsparcie, korekty, inspiracje. Z akcentem na „wzajemne”.

Jednak teologom katolickim czasem się zarzuca, że są jak papugi, gdyż powtarzają to, co mówi papież. Dlatego każdy teolog publikujący książkę, w której kwestionuje jakąś część oficjalnego nauczania, natychmiast staje się „intelektualnym męczennikiem”. Czy Ksiądz, jako katolicki teolog, czuje się w swych badaniach skrępowany?

Zadaniem teologa nie jest ani papugowanie, ani kwestionowanie, lecz poszukiwanie ciągle lepszego, głębszego zrozumienia doświadczenia wiary Kościoła. Skrępowany… Jeśli za „skrępowanie” uznać świadomość, że nie jest się panem przedmiotu własnej refleksji, że nie można swobodnie kreować rzeczywistości, ale pozostaje się w ramach wyznaczonych przez wspólnotę wiary, to tak – czuję się skrępowany. I świadomie ten rodzaj skrępowania wybrałem, bo uważam, że to część powołania teologa w Kościele, a tym samym część warsztatu i nie ma nic wspólnego z ograniczeniem wolności badań.

Trzeba jednak rozróżnić kwestionowanie „oficjalnego nauczania” – które może oznaczać nawet odejście od wiary Kościoła – od sytuacji, w których trzeba rzucić wyzwanie skostniałym interpretacjom, przyzwyczajeniom, opiniom mylnie uważanym za część Tradycji wiary. W Polsce mamy spore problemy z tym właśnie rozróżnieniem.

Kiedy na przykład pojawiają się w Księdza badaniach tezy, które odbiegają od katolickiej ortodoksji, nie kalkuluje Ksiądz tak oto: „Mogę stracić stanowisko na uniwersytecie, mogą mnie zesłać na parafię w Pcimiu”? Aż w końcu w duchu mówi Ksiądz do siebie: „A po co mi to? Lepiej siedzieć cicho”?

Coś mi chyba umknęło, bo nie przypominam sobie żadnej własnej tezy, która „odbiegałaby od katolickiej ortodoksji”.

Załóżmy jednak taką sytuację…

Znowu pojawia się problem z rozróżnieniem, o którym wspomniałem wcześniej. Oczywiście – kiedy trzeba użyć krytycznej siły refleksji teologicznej, na przykład wobec jakichś kościelnych, mało ewangelicznych przyzwyczajeń, to taka lękliwa pokusa może się pojawiać. I się pojawia. Staram się przed nią bronić, jak umiem. Jest to o tyle łatwe, że przekonanie o represyjnym charakterze władzy kościelnej jest w większości wypadków mitem, a przestrzeń wolności jest większa, niż się powszechnie sądzi. Niektórzy z jakichś powodów z niej nie korzystają.

Dla mnie jest absolutnie nie do przyjęcia, aby w moim myśleniu o wierze i Bogu ograniczał mnie papież czy Kongregacja, skoro to sam Bóg właśnie dał mi rozum, bym go używał. A jeśli tak, to Bóg wiedział, że ten rozum, który jest Jego darem, może także zakwestionować Jego istnienie. Dlaczego więc, skoro Bóg nie boi się podjąć takiego ryzyka, dając nam absolutną wolność myślenia, Kościół wciąż się lęka o prawowierność wyznawanej przez nas wiary?

Widzę w tym rozumowaniu zasadniczy szkopuł: chrześcijaństwo wyrasta z konkretnego, historycznego doświadczenia, w którym Bóg się odsłonił. To doświadczenie nas determinuje, jesteśmy nim – chcemy czy nie – związani. Nie mam absolutnej swobody myślenia o Bogu, bo nauczanie Chrystusa wyznaczyło mi perspektywę. Albo inaczej – swobodę mam, tylko muszę się liczyć z tym, że tak sobie hasając, mogę się rozminąć z tym, co Bóg sam zechciał o sobie ujawnić w dziejach. Mogę sobie Boga wymyślić, a potem w Niego uwierzyć. Kościół już dawno przestał mówić, że tak nie wolno. Mówi tylko, że w ten sposób ktoś odpada od wspólnoty wiary. I to akurat jest prawda.

Jeśli pasterze Kościoła lękają się o prawowierność wyznawanej przez nas wiary, dzieje się tak dlatego, że możliwe jest podanie na przykład takiej interpretacji wydarzenia Chrystusa, które zamiast do Boga, poprowadzi człowieka w innym zupełnie kierunku. A historia pokazała już, że mały błąd teologiczny może, nawet za kilka pokoleń, prowadzić do strasznych rzeczy. Za niektóre z nich przepraszał Jan Paweł II, inne działy się już poza Kościołem, choć źródła miały w teologii. Majstrowanie przy obrazie Boga jest o wiele bardziej brzemienne w skutkach, niż jesteśmy zwykle skłonni przypuszczać.

Czy dla myślenia teologicznego zabójcze jest coraz szersze dogmatyzowanie żywej wiary? Rozumiem, że dogmaty są po to, abyśmy wiedzieli, w co mamy wierzyć. Tyle że ich mnożenie i regulowanie wiary przez prawo, to strzelanie sobie w stopę. Judaizm nie ma żadnych dogmatów, a Żydzi wiedzą, jak i w kogo wierzą.

Na szczęście jakieś galopujące dogmatyzowanie nie następuje – mieliśmy zaledwie kilka ściśle dogmatycznych orzeczeń w ciągu ostatnich dwóch stuleci. A od pięćdziesięciu z górą lat sam Urząd Nauczycielski świadomie opiera się „parciu na dogmaty” występującemu w niektórych środowiskach. Zdecydowana większość dogmatów była odpowiedzią na sytuacje kryzysowe: Kościół określał swoją wiarę, gdy w kwestiach fundamentalnych głoszono rozbieżne opinie, których nie sposób było pogodzić. Zatem nie był to jakiś zaplanowany proces, a właśnie efekt troski o żywą wiarę. Przeciwstawianie „żywej wiary” dogmatom jest kolejnym wielkim nieporozumieniem naszych czasów. To żywa wiara generuje dogmat, mówiąc: „tu jest granica; za nią wiara przestaje być żywa, przestaje być wiarą Kościoła”.

Czy zgodziłby się Ksiądz ze stwierdzeniem, że taką mamy teologię, jakie mamy życie? Wielki teolog francuski Yves Congar, komentując to zdanie, pisał: „Oddałem się bez reszty artykułom, regularnemu życiu naukowemu. Poza wszystkim jestem związany z klasą średnią, z której wyrosłem… Nie mam w gruncie rzeczy kontaktu z robotnikami i biedotą”. Czy da się uprawiać żywą i sugestywną teologię, siedząc całe życie przy biurku?

Nie wiem, czy da się to a priori rozstrzygnąć. Przykład samego Congara przemawia raczej za tym, że się da, także siedząc przy biurku.

Tylko że dla niego to był problem – jestem daleko od ludzi!

Teologia jest dla Kościoła. Inaczej mówiąc – Bóg przemawia do konkretnej wspólnoty. Jeśli teolog ma być interpretatorem mowy Boga, to powinien zachować jak najżywszy kontakt ze wspólnotą, której posługuje. To dotyczy różnych płaszczyzn, takich jak rozumienie dynamiki codziennego życia przeciętnego członka wspólnoty, zdolność do posługiwania się jego językiem itd. Jeśli teolog akademicki tworzy prawie wyłącznie dla innych teologów, to biurko wystarczy. Jeśli jednak ma być teologiem pasterzem (czy pasterzem teologiem), a więc zajmować się także na przykład popularyzacją teologii, to już raczej nie wystarczy.

A jak to wygląda w Księdza wypadku?

Ciągle się staram pozostawać w bliskim kontakcie z ludźmi – spotykam się ze studentami poza zajęciami, prowadzę kilka grup formacyjnych dorosłych, jestem wolontariuszem w ośrodku wychowawczoopiekuńczym. I bez tego nie wyobrażam sobie własnej teologii, bo najważniejsze pytania rodzą się na styku Boga i konkretnych ludzkich losów.

Jak polska teologia pisana przez naszych teologów wpływa na życie religijne wiernych? Czy można powiedzieć, że jakie jest życie religijne Polaków, taka jest nasza teologia?

Tu chyba dotykamy jednego z najistotniejszych problemów. Mechanizm jest taki: co lepsi teologowie piszą książki, z których korzystają wykładowcy na uczelniach i w seminariach oraz studenci. Ci ostatni zaś – jako katecheci czy pasterze – wpływają już bezpośrednio na świadomość religijną chrześcijan. Na każdym ze szczebli systemu działają dwie negatywne siły. Jedna ma charakter opóźniający: to, co w „wysokiej” teologii zostaje wypracowane w jakimś momencie, na katechezie lub w homilii będzie można usłyszeć za lat kilkanaście. Druga siła skutkuje rozwodnieniem: na poszczególnych etapach gubi się część intuicji, myśli bywają przeinaczane, upraszczane itd.

Zatem jeśli pytamy o związek między religijnością Polaków a stanem teologii, to musimy uwzględnić działanie tych sił. Dzisiejsza przeciętna religijność jest owocem rozwodnienia teologii sprzed lat dwudziestu, trzydziestu. A polska teologia w 80. latach XX wieku na dobrą sprawę dokonywała pierwszej, poza niektórymi wyjątkami dość biernej recepcji Vaticanum II. Efektem tych uwarunkowań jest na przykład to, że nieraz słuchanie kazania na niedzielnej Eucharystii przypomina wycieczkę maszyną czasu: padają odpowiedzi na pytania, które już przestały kogokolwiek interesować.

Nie wiem, czy da się łatwo zmienić tę sytuację. Chcę wierzyć, że kondycja polskiej teologii – zwłaszcza jeśli chodzi o jej zdolność do rozumienia współczesności i do komunikowania się z współczesnym odbiorcą – z wolna się poprawia. Ale jakie będzie przełożenie tego, co dziś piszemy, na świadomość wiernych, zobaczymy najwcześniej dopiero za kilkanaście lat.

W Polsce teologia jest w niełasce, gdyż ważniejsza okazuje się socjologia. Nieraz słyszałem taką tezę: „Niemcy mają wielu wybitnych i znanych teologów, ale to się nie przekłada na intensywność ich praktyk religijnych. Przeciwnie, to teologowie i ich wątpliwości doprowadziły do sekularyzacji. My nie mamy wybitnych teologów, ale mamy kościoły pełne ludzi”. Przyznam, że brzmi to przekonująco.

Dla mnie zupełnie nie. Bo – i tu socjologia właśnie jest nieubłagana – za chwilę możemy nie mieć ani wybitnych teologów, ani pełnych kościołów. Podstawowy błąd tkwi w przekonaniu, że teologowie doprowadzili do sekularyzacji. Ma się to nijak do historii i jest raczej popularną w Polsce próbą usprawiedliwienia antyintelektualnego nastawienia, które panuje w wielu seminariach duchownych i w środowiskach kościelnych. Tendencje sekularyzacyjne (np. w Niemczech) zaczęły się o wiele wcześniej, niż pojawiła się tam wybitna teologia. Ona, a dokładnie przełożenie jej na praktykę duszpasterską przyszło za późno. W tym sensie Sobór Watykański II przyszedł co najmniej o sto lat za późno.

Niestety – w Polsce chyba ciągle panuje przekonanie, że najważniejsze są „techniki duszpasterskie”, zaś to, co się przy okazji głosi, ma najwyżej drugorzędne znaczenie. Tymczasem tradycyjny, oparty na rytuale model przeżywania wiary wyczerpuje się wraz ze zmianami stylu życia i sposobu rozumienia świata. Rośnie znaczenie indywidualnej świadomości, wolności itd. Coraz rzadziej wystarcza odziedziczona wiara, ludzie chcą wiedzieć, rozumieć, dlaczego mają wierzyć w określony sposób, dlaczego powinni dokonywać takich czy innych wyborów moralnych. Pojawia się coraz większy wewnątrzkościelny popyt na solidne wyjaśnienie chrześcijańskiej tradycji. Czyli w istocie popyt na solidną – krytyczną i odważną – teologię akademicką i postępującą za nią popularyzację teologii. Niestety, mam wrażenie, że podaż zdecydowanie nie nadąża za popytem, a pustka wypełniana jest w sporej mierze przez literaturę ezoteryczną, która doskonale się w Polsce sprzedaje. Cóż, teologowie muszą zakasać rękawy i wziąć się do roboty. Jednak i inni – biskupi, wydawnictwa kościelne itp. – mają tu swoje zadania, łączy się z tym bowiem kwestia mecenatu. Trzeba pamiętać, że teologów akademickich do publikacji tekstów popularnych, skierowanych do nieteologów zniechęca system, w którym popularyzacja nie jest wliczana do dorobku. Nieraz postrzegana jest nawet jako strata czasu czy rozpraszanie sił. Być może trzeba intensywniej poszukiwać wewnątrzkościelnych rozwiązań, które pozwalałyby niektórym teologom – także świeckim – poświęcić się popularyzacji, bez konieczności zbierania punkcików do kariery akademickiej, skądinąd w Polsce rekordowo długiej.

I w Polsce gołym okiem widać, że teologowie nie biorą udziału w debatach publicznych lub robią to bardzo rzadko. Najczęściej, jeśli już coś piszą, to medytacje z okazji Wielkanocy czy Bożego Narodzenia. To jednak pokazuje, że teologia nic ciekawego nie wnosi do debaty publicznej. Czy teologia w Polsce musi być uprawiana w kruchcie?

Nie musi. I chyba nie jest aż tak źle, choć rzeczywiście obecność w debatach publicznych jest ciągle zbyt mała. Myślę, że jest kilka uwarunkowań takiej sytuacji. Pierwsze sięga czasów słusznie minionych, kiedy to polscy teologowie właściwie w ogóle nie mieli możliwości uczestniczenia w życiu publicznym. To wykluczenie zaowocowało pewnym przyzwyczajeniem. Przyznajmy: możliwość niezabierania głosu jest komfortowa – zwalnia od odpowiedzialności. Za komuny tylko nieliczni biskupi byli na tyle silni, by ich głos dało się usłyszeć. I do dziś teologowie oglądają się na biskupów. Jednak i ci ostatni przywykli, że teologowie siedzą (a zatem pewnie: powinni siedzieć) cicho. I koło się zamyka. Tymczasem to biskupi powinni stymulować ekspercką odpowiedzialność teologów, wysyłając ich właśnie na pierwszą linię sporów publicznych.

Drugie uwarunkowanie bierze się z wielkiej nieporadności ludzi Kościoła w kontaktach z mediami. A bez nich nie ma znaczącej obecności w debacie publicznej. Środowisko teologiczne musi się zatem „nauczyć” mediów – na przykład specyficznej dyspozycyjności, posługiwania się krótkimi i przejrzystymi formami wypowiedzi czy wreszcie cierpliwości wobec nie zawsze zorientowanych w kwestiach teologicznofilozoficznych dziennikarzy.

Oczywiście – to są tylko uwarunkowania. Trzeba jeszcze mieć co powiedzieć oraz odwagę, by to zrobić i by ponieść konsekwencje swoich słów.

Szansą na emancypację rodzimej teologii, miałem taką nadzieję, był jej powrót na niektóre świeckie uniwersytety. Znów jednak mam poczucie, że ta szansa nie została wykorzystana, że teologia i teologowie nie wnieśli tam zdrowego niepokoju.

Oj, chyba za szybko chciałby pan spektakularnych efektów. Proces wrastania teologii w środowiska akademickie dopiero się rozpoczął. Trudno mi powiedzieć, jak to wygląda gdzie indziej, ale w Katowicach powoli dochodzimy z innymi wydziałami czy instytutami do wzajemnej świadomości swego istnienia. Nie ma może jeszcze żadnych spektakularnych efektów współpracy, ale dyskusje, na przykład z filozofami, wywiązujące się przy okazji sympozjów, nieźle rokują na przyszłość. Myślę, że kontakty będą się intensyfikować wraz z dojrzewaniem pokoleń, dla których obecność teologii na uniwersytecie będzie już czymś naturalnym. Teraz jeszcze chyba nie jesteśmy wolni od wzajemnych uprzedzeń.

Teologia na otwartym uniwersytecie w sposób naturalny konfrontowana jest z innymi propozycjami światopoglądowymi. I to jest bardzo cenne choćby dlatego, że prowokuje do głębszej autorefleksji. Uczy też pokory, bo teolog, na przykład wśród filozofów, występuje jako równy wśród równych, nie może szukać oparcia w uprzywilejowanej pozycji, z jakiej korzysta na gruncie kościelnym. Musi zejść z katedry nauczyciela i mozolnie uczyć się dialogu. To będzie owocować, tylko trzeba nieco więcej czasu. Po kilku latach widać pojedyncze jaskółki, pojawia się szansa na wiosnę.

A co Ksiądz powie o swoich studentach? Czy oni przychodzą studiować teologię, gdyż chcą zostać katechetami, czy też traktują studiowanie teologii jako rodzaj powołania?

To teraz muszę mówić ostrożnie, bo a nuż przeczytają naszą rozmowę… Z motywacjami jest bardzo różnie. Od ludzi, którzy chcą być teologami dla Kościoła, a więc widzą w teologii wręcz rodzaj powołania, a na pewno jakiś sposób na życie, aż po zupełnie przypadkowych, którzy przyszli, bo właściwie żadnego pomysłu na życie nie mają i tylko słyszeli, że na teologii łatwo zrobić magisterium. Na szczęście to ostatnie przekonanie udaje nam się zwykle systematycznie, z sesji na sesję, podważyć. W Katowicach sporo jest osób, dla których studiowanie teologii jest przedłużeniem i dopełnieniem faktycznego zaangażowania w życie Kościoła: na poziomie parafii bądź ruchów. No i wreszcie są kandydaci do prezbiteratu, którzy także różnie traktują teologię – niektórzy niestety jedynie jako zło konieczne wymagane do święceń.

Oczywiście chciałbym, żeby moi studenci umieli przeżywać studiowanie i uprawianie teologii jako powołanie i misję w Kościele, ale to nie takie proste – zwłaszcza dla świeckich, którzy bardzo często po teologii nie tylko nie mogą znaleźć pracy w zawodzie, ale nawet nie wykorzystuje się ich kompetentnego głosu w parafiach. Nieraz widzę, jak, mniej więcej na trzecim roku, niektórzy uświadamiają sobie, że Kościół instytucjonalny niekoniecznie czeka na nich z szeroko otwartymi ramionami. Czasem kończy się to poważnymi kryzysami. Chyba trzeba głośniej mówić, że teologia zawodowo uprawiana to droga mimo wszystko elitarna. I sport ekstremalny, bo w trakcie studiów najczęściej dochodzi do wyprowadzenia na powierzchnię świadomości wszystkich możliwych pytań i wątpliwości, jakie się w sercu nosi.

Czyli „teologowie w koloratkach” mogą raczej spać spokojnie, konkurencja ze strony świeckich im nie grozi, bo wciąż w polskim Kościele patrzy się na nich podejrzliwie?

A właśnie, że nie. Konkurencja rośnie. Powoli wprawdzie, ale systematycznie. Wystarczy rozejrzeć się po studiach doktoranckich. Nie mam takich statystyk, ale mogłoby się okazać, że już w tej chwili doktoraty z teologii robi więcej świeckich niż duchownych. A jeśli jeszcze nie, to zmierzamy w tym kierunku. Problemy rzeczywiście się pojawiają, kiedy trzeba świeckiego zatrudnić do nauczania teologii. Tu opory są spore. Zdaje się, że część biskupów, od których zależy de facto – poprzez udzielanie misji kanonicznej – zatrudnienie na wydziałach teologicznych, do świeckich odnosi się jeśli nie z podejrzliwością, to na pewno z dystansem. Mam jednak nadzieję, że ta sytuacja będzie się zmieniać, że coraz częściej kryteria będą po prostu merytoryczne – czyli że zatrudniani będą dobrze zapowiadający się teologowie, bez względu na ich stan w Kościele.

Czym jest teologia, którą Ksiądz uprawia?

Nie wiem, czy nie jest za wcześnie na taką autoprezentację. Chyba za krótko jeszcze to robię, by mieć dojrzały styl. Na pewno kilka metodologicznych elementów da się wyróżnić. Przede wszystkim jestem mocno wyczulony na historię. Bóg objawił się w ludzkich dziejach, potem objawienie przechowywane było w zmiennych, historycznie uwarunkowanych formach, formułach. Teologia dla mnie to najpierw próba zrozumienia tego, co Bóg przez te formy już do nas powiedział. Potem następuje przyglądanie się światu, temu wszystkiemu, co się wokół dzieje, żeby wysłyszeć ewentualne nowe pytania, które trzeba postawić – czasem teologicznej tradycji, czasem sobie, czasem Bogu. Na końcu powinna się pojawiać odpowiedź, ale z tym bywa różnie. Na razie wielu pytaniom pozwalam dojrzewać. Nabierają mocy.

I jest jeszcze wymiar bardziej egzystencjalny. Nieraz w tym, nad czym pracuję przy biurku, odbijają się konkretne losy ludzi, których kiedyś spotkałem, wśród których żyję. Teologia porusza się także w przestrzeni pytań ostatecznych, o definitywnym znaczeniu; od odpowiedzi na te pytania zależy czyjeś życie – i to w najbardziej dosłownym tego słowa znaczeniu. Czasem ktoś oczekuje ode mnie odpowiedzi, której tylko Bóg może mu udzielić. I dlatego teologia jest dla mnie też nieustannie powtarzającą się lekcją człowieczej bezradności wobec Tajemnicy.

Teologia to sport ekstremalny
ks. Grzegorz Strzelczyk

urodzony w 1971 r. – prezbiter archidiecezji katowickiej, doktor teologii dogmatycznej, proboszcz parafii św. Maksymiliana Kolbego w Tychach. Stały felietonista miesięcznika „W drodze”....

Teologia to sport ekstremalny
Jarosław Makowski

urodzony 22 kwietnia 1973 r. w Kutnie – polski historyk filozofii, teolog, dziennikarz i publicysta, dyrektor Instytutu Obywatelskiego. Publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Gazecie Prawnej”...