Tęsknota i przyjaźń (1)

Tęsknota i przyjaźń (1)

Tęsknota w Augustynie zrodziła się za sprawą tych, których spotykał, to oni przynosili mu Pana Boga, opowiadali o Nim i pokazywali, jaki jest. W pewnym momencie swojego życia, w dziełku „De utilitate credendi” (O pożytku wiary) powiedział, że nie uwierzyłby w Pana Jezusa, gdyby nie było Kościoła, gdyby nie było ludzi.

Fascynujące są spotkania ze świętymi. Poprzez pisma i przekazy, jakie po nich pozostały, przychodzą do nas żywi i niezwykle barwni ludzie. Bliższa i konkretniejsza staje się prawda o świętych obcowaniu. Zaprzyjaźniamy się z tymi, którzy już osiągnęli pełnię. Jednym z elementów tej przyjaźni jest niekończąca się rozmowa o rzeczach najważniejszych.

Dotknąłeś mnie i zapłonąłem tęsknotą

Zapisem jednego z takich spotkań jest opowieść o nawróceniu świętego Augustyna. Najbardziej charakterystyczna będzie dla niej metafora drogi, czegoś, co się już rozpoczęło, lecz wciąż jeszcze trwa. Widzimy Augustyna w środku jego życia. Ten 43–letni człowiek zasiadł do napisania swojego rachunku sumienia nie po to, by płakać nad wieloletnim oddaleniem od Boga. Pragnął wyśpiewać chwałę Pana, który z największego oddalenia przyprowadził go do domu, dlatego w Wyznaniach powiedział:

Późno Cię pokochałem, Piękności tak dawna, a tak nowa, późno Cię pokochałem! A oto Ty byłaś wewnątrz, a ja byłem na zewnątrz; tam Cię szukałem i lgnąłem w mojej brzydocie ku pięknym rzeczom stworzonym przez Ciebie. Byłaś ze mną, a ja nie byłem z Tobą. Z dala od Ciebie trzymały mnie te rzeczy, które nie istniałyby, gdyby nie były w Tobie. Zawołałaś, wezwałaś i przerwałaś moją głuchotę. Zabłysnęłaś, zajaśniałaś i usunęłaś moją ślepotę. Rozlałaś woń, odetchnąłem i oto wzdycham ku Tobie. Skosztowałem i oto łaknę i pragnę. Dotknęłaś mnie i zapłonąłem tęsknotą za Twoim pokojem. Późno Cię pokochałem (Wyznania, X 27).

Chwila, w której Augustyn odnalazł Boga, przyszła w jego życiu dosyć późno. Mówił wprawdzie o swoim zakochaniu się w Nim, ale był świadomy, że to Bóg wdarł się w jego egzystencję. Był głuchy i ślepy, lecz Pan dotknął jego serca i zranił je. Ważne jest to, co odsłoniło plastyczny i jednocześnie bardzo zmysłowy język Augustyna. Ten fragment stawia pytanie o to, kim jest Bóg — przedmiot miłości autora Wyznań.

Kiedy Augustyn opowiada o Panu, używa bardzo emocjonalnych sformułowań. Pisze o ranie serca, o dotknięciu, o zapachu, o przeżywaniu, o rozbłyśnięciu światła. Jego język jest niezwykle dynamiczny, ukazuje, że coś się rzeczywiście dzieje. Opisując swoje spotkanie, mówi: „Dotknąłeś mnie i ja zapłonąłem do Ciebie tęsknotą”. Zatęskniłem za Tobą. Tęsknota jest osią Augustynowego poszukiwania. To ona właśnie prowadzi do Boga. W komentarzu do Ewangelii św. Jana znajduje się taki piękny tekst:

Całe życie prawdziwego chrześcijanina jest świętą tęsknotą. Za czym zaś tęsknisz, tego jeszcze nie widzisz, gdy jednak tęsknisz, wówczas stajesz się podatnym do przyjęcia tego, co zobaczysz, gdy nadejdzie (Traktat 4,6).

Rolą tęsknoty jest poszerzanie serca człowieka. Święty Paweł powie, że ku Bogu zmierza się przez wiarę, a nie poprzez widzenie. Fakt, że nie widzimy źródła tęsknoty, czyni nas podatnymi na przyjęcie tego, co zauważymy w momencie, gdy przyjdzie.

I kiedy zamierzasz napełniać jakikolwiek pojemnik, a wiesz, że sporo tego, co trzeba będzie włożyć, wtedy poszerzasz sakwę, worek, bukłak czy cokolwiek innego (Tamże).

Augustyn jest bacznym obserwatorem, człowiekiem bliskim ludzkiej codzienności. Malując obraz sakwy, odpowiada na pytanie, dlaczego czasami tak długo trzeba czekać na Boga, na doświadczenie Jego bliskości. Oto Bóg zwiększa w ten sposób ludzkie pragnienie, tęsknotę, przygotowując na przyjęcie daru, który absolutnie przekracza pojemność serca. Człowiek właściwie rzadko jest gotowy na przyjęcie tego, co Bóg chce przynieść, dlatego niekiedy każe On na siebie czekać.

Tym bardziej udoskonali nas święte pragnienie, im bardziej odsuniemy nasze pragnienia od miłości świata. Mówiliśmy wcześniej o potrzebie uprzedniego wyprzątnięcia tego, co ma być napełnione, skoro masz być napełniony dobrem, pozbądź się zła (Tamże).

Te słowa w olbrzymim skrócie opisują życie św. Augustyna. Pan nieustannie poszerzał jego serce, by mógł przyjąć dar, jakim jest On sam. I im dłużej autor Wyznań zastanawiał się nad decyzją dotyczącą nawrócenia, tym częściej mówił, że wszystko pochodzi od Boga. Nawet ludzkie pragnienie i tęsknota.

Pobożność dała jej siły do wędrowania za mną

Dla Augustyna bardzo ważne w drodze ku Bogu były spotkania z ludźmi. Opowieść o jego życiu można by snuć, wskazując na osoby, które wpływały na jego losy. Jedną z najważniejszych była święta Monika, matka Augustyna.

Na szczęście już jako mały chłopiec dowiedziałem się o życiu wiecznym obiecanym nam przez naszego Pana, który pokornie zstąpił do nas, grzeszników, pełnych pychy. Od samego urodzenia żegnano mnie znakiem krzyża i kosztowałem jego soli, bo matka moja gorąco w Ciebie wierzyła. Już wtedy wierzyłem, jak i matka i cały nasz dom, oprócz jednego tylko ojca, który jednak nie zdołał udaremnić wpływu pobożnej matki i odwieść mnie od wiary w Chrystusa. On sam jeszcze w Niego nie wierzył. Matka ze wszystkich sił starała się, żebyś Ty, Boże mój, raczej niż on był moim ojcem (Wyznania, I 10).

Od zawsze był więc chrześcijaninem, od początku życia znał imię Chrystusa. Wiarę zaszczepiła w nim matka. Słowa o znaku krzyża i o soli, której kosztował, wskazują na jego status. Do momentu chrztu był bowiem katechumenem.

Natomiast nie znałem jeszcze wyznania Chrystusa, nie znałem jeszcze obmycia chrztu, w którym Chrystus się człowiekowi powierza.

Przemiana, jaka musiała się w nim dokonać, była zatem przejściem od świadomości, że Jezus Chrystus istnieje, do zawierzenia Mu całego życia.

Ojciec Augustyna był niewierzący, a gorąco wierząca matka przekazała mu wiarę, dlatego chrześcijaństwo kojarzyło się Augustynowi z czymś kobiecym. Nie miał zatem okazji, aby poznać męski sposób wyznawania Chrystusa. Monika natomiast była bardzo emocjonalną kobietą, intensywnie obecną w życiu syna. Ten wielki dar jednocześnie utrudniał mu drogę do Pana Boga. Matka wyruszała za Augustynem, kiedy, robiąc karierę, wyjeżdżał z Afryki do Rzymu. Gdy potem przeprowadzał się do Mediolanu, ona podążyła za nim.

Teraz przybyła do mnie moja matka. Pobożność dała jej siły do wędrowania za mną przez ziemie i morze, a ufność pokładana w Tobie obdarzyła spokojem niewzruszonym wśród wszelkich niebezpieczeństw. Gdy okrętowi groziło zatonięcie, to właśnie ona dodawała otuchy marynarzom, tym, do których podróżnicy nie obyci z morzem zwykle zwracają się o pomoc i pokrzepienie, ilekroć trwoży ich burza. Obiecała im bezpieczne przybicie do portu, Ty sam jej to bowiem obiecałeś w widzeniu (Wyznania, V 1).

Ta ogromnie pobożna kobieta, która w zetknięciu z wilkami morskimi miała odwagę, popartą obietnicą Pana, zapewniać ich, że pomimo burzy dopłyną do portu, była jak wiele innych kobiet obdarzona przedziwną zdolnością i łaską spotkania z Bogiem, dającą pewność w tego rodzaju sytuacjach. Równocześnie ta pewność stała się owocem miłości matczynej, zupełnie niesamowitej miłości.

Jej niepokój o mnie już wcześniej się ukoił. Modląc się do Ciebie, płakała nade mną, jak nad umarłym, a była też świadoma, że Ty mnie wskrzesisz. W myślach mnie ofiarowała Tobie, jakby leżącego na marach, abyś rzekł jak do syna wdowy: młodzieńcze, tobie mówię, wstań. Aby ożył, aby przemówił, abyś go mógł oddać jego matce (Tamże).

Augustyn odnosił się do Ewangelii, przywołując wspomnienie niewiasty, która wychodzi za mury miasta z pogrzebem syna. Matka płacze, spotyka Jezusa, który pyta, co się stało, i zdjęty litością wskrzesza chłopca. W ten sposób autor Wyznań zdaje się mówić: tak było ze mną. Ja byłem tym umarłym, który znajduje się na noszach, moja mama w myślach mnie ofiarowała Tobie, jakby leżącego na marach ponieważ wiedziała, że obiecałeś spełnić całość jej prośby. I była pewna, że udzielisz również tego, czego jeszcze brakowało. Powiedziała mi — z największym spokojem — iż wierzy w Chrystusie, że zanim odejdzie z tego świata, ujrzy mnie wierzącym katolikiem. Tyle do mnie rzekła. Do Ciebie zaś, który zdrojem jesteś miłosierdzia, jeszcze goręcej się modliła, płacząc, prosiła, abyś jak najrychlej wspomógł mnie i rozświecił moje ciemności Twoim światłem (Tamże).

Tęsknota zrodziła się właściwie za sprawą tych, których spotykał, to oni przynosili mu Pana Boga, opowiadali o Nim i pokazywali, jaki jest. W innym momencie swojego życia, w dziełku De utilitate credendi (O pożytku wiary) powiedział, że nie uwierzyłby w Pana Jezusa, gdyby nie było Kościoła, gdyby nie było ludzi. Jego tęsknota zrodziła się z modlitwy matki. To Monika przez nieustające wstawiennictwo sprawiła, że Duch Święty przyszedł do syna. I równocześnie — w tym tkwi tajemniczość sytuacji — mama była nadopiekuńcza. Augustyn miał trzydzieści jeden lat, kiedy wyjeżdżał do Rzymu i Mediolanu. Był dorosłym mężczyzną, a mama — zamiast zajmować się mężem — ciągle była przy nim.

Augustyn miał w swoim życiu kobietę, żonę. Jako człowiek nieochrzczony, nie zawarł z nią małżeństwa w Kościele, ponieważ, choć był katechumenem, nie czuł się jeszcze chrześcijaninem. To była jedna, jedyna kobieta jego życia i jej pozostawał wierny. Ich syn o imieniu Adeodat, czyli „dany od Boga”, umarł bardzo młodo. Właśnie Monika sprawiła, że ta kobieta musiała odejść od Augustyna. Matka wymogła na nim decyzję. Augustyn pisze o tym w Wyznaniach bardzo oględnie. Monika jawi się jako kobieta dosyć skomplikowana, niezbyt łatwa we współżyciu, ale równocześnie dzięki prostocie swojej wiary mogła walczyć o syna.

Augustyn bardzo często zachowywał się jak człowiek mocno egocentryczny, niektórzy twierdzą, że był wręcz znerwicowany. To w dużej mierze stało się przyczyną jego zmagań i cierpień. Wiele problemów dotyczących wiary wynikało z konieczności łączenia przykładu wiary, którą widział u kobiety, ze swoimi poszukiwaniami intelektualisty. Zadawał bardzo fundamentalne pytania i nie mógł pogodzić intelektualnych poszukiwań z prostą wiarą mamy. Stąd jego nawrócenie polegało na nagłym odkryciu, iż Pan Bóg, którego odnalazł w wyniku pytań filozoficznych i teologicznych, jest tym samym Bogiem, w którego wierzyła Monika i którego wyznawała na co dzień podczas modlitwy. I ten sam Bóg prowadzi człowieka drogą, którą on nazwie drogą prostoty.

Piękny fragment Wyznań, który opisuje spotkanie Moniki i Augustyna już po jego nawróceniu. Wracali do Afryki, w porcie niedaleko Rzymu, w Ostii oczekiwali na statek do Afryki. Działo się to niedługo przed śmiercią Moniki. Augustyn miał wtedy trzydzieści trzy lata. I tak, jak przemiany serca Augustyna dokonywały się często poprzez intymne i wyjątkowe rozmowy, tak i we wspomnieniu tej rozmowy jest mnóstwo ciepła, miłości i napięcia, bliskości.

Zbliżał się dzień, w którym miała odejść z tego życia. Ów dzień Ty znałeś, a my nie wiedzieliśmy o nim. Zdarzyło się, jak myślę, za tajemniczym Twoim zrządzeniem, że staliśmy tylko we dwoje oparci o okno, skąd się roztaczał widok na ogród wewnątrz domu, gdzieśmy mieszkali, w Ostii, u ujścia Tybru. Tam właśnie, z dala od tłumów, po trudach długiej drogi nabieraliśmy sił do czekającej nas żeglugi. W odosobnieniu rozmawialiśmy jakże błogo. W pewnym momencie Monika rzekła: synu, mnie już nic nie cieszy w tym życiu, niczego się już po nim nie spodziewam, więc nie wiem, co ja tu jeszcze robię i po co tu jestem. Jedno było tylko życzenie, dla którego chciałam trochę dłużej pozostać na tym świecie, aby przed śmiercią ujrzeć ciebie chrześcijaninem, katolikiem. Obdarzył mnie Bóg ponad moje życzenie, bo widzę, jak wzgardziwszy szczęściem doczesnym, stałeś się Jego sługą. Co ja tutaj jeszcze robię? (Wyznania, IX 10).

Kiedy dotykamy tych tekstów, słuchamy świętego Augustyna i świętej Moniki, dostrzegamy, jak bardzo ta fundamentalna dla historii Kościoła postać, jeden z największych jego doktorów i teologów, zależała od miłości i modlitwy prostej kobiety. Jej marzeniem było, żeby wrócił on do Boga. Niczego nie kalkulowała, modliła się za Augustyna, ponieważ kochała syna i wierzyła w Pana Boga.

Droga Augustyna bardzo wyraźnie potwierdza prawdę, że w życiu zależymy od innych ludzi. Możliwość samotnego nawrócenia jest mrzonką. Jego stwierdzenie, że nie uwierzyłby w Chrystusa, gdyby nie Kościół, odnosiło się do jego doświadczenia, tak samo jak do doświadczenia wielu innych ludzi w Kościele.

Umiłowanie mądrości rozniecała we mnie ta książka

W pewnym momencie życia Augustyn, chodząc do szkoły i odbierając wykształcenie, doznał oświecenia. Trafił na książkę Cycerona Hortensjusz.

To właśnie ona zmieniła moje uczucia ku Tobie, Panie, zwróciła moje modlitwy i nowe, odmienne wzbudziła we mnie życzenia i pragnienia. Przed mymi oczyma zmarniały nagle wszystkie ambicje światowe. Niewiarygodnym wprost żarem serca zacząłem tęsknić do nieśmiertelności, jaką daje mądrość. I już się zacząłem podnosić, aby do Ciebie wrócić. Nie do kształcenia stylu (…) posługiwałem się tą książką. Wywarła na mnie wpływ nie stosowanym w niej sposobem mówienia, ale tym, co mówiła (Wyznania, III 4).

Augustyn chodził do szkoły, gdzie kształcono na mówców, na retorów. Tym istotniejsze było odkrycie dzieła Cycerona, nie jako podręcznika wymowy i źródła argumentów, ale jako książki, która ukazała marność wszystkiego, o czym dotychczas marzył. Stwierdził, że to za mało, i jego tęsknota jeszcze bardziej się rozpaliła.

Jak gorąco pragnąłem, Boże mój, o jakże ja pragnąłem odlecieć od rzeczy ziemskich do Ciebie. A nie wiedziałem, co czyniłeś ze mną. W Twojej mocy jest mądrość. Umiłowanie zaś mądrości, jakie we mnie rozniecała ta książka [książka Cycerona] nosi greckie miano filozofia. Cieszyło mnie w owej książce przynajmniej to, że zachęcała nie do takiej czy innej sekty, lecz do umiłowania samej miłości, jakakolwiek ona by była, do szukania jej, kroczenia jej tropami, uchwycenia się jej, przywarcia do niej z całą mocą. Zapalało mnie to, płonąłem (Tamże).

Słowo „płonąłem” oddaje bardzo zmysłowe doświadczenie poszukiwania prawd. Za każde swoje odkrycie Augustyn płacił całym sobą. Kiedy mówił, że płonie, to rzeczywiście tak było, bo angażował się cały w poszukiwanie Pana Boga.

Żarliwość stygła we mnie tylko przez to, że nie było tam imienia Chrystusa. Dzięki Twemu miłosierdziu bowiem to imię Syna Twojego, mojego Zbawcy, już z mlekiem mojej matki moje serce w dzieciństwie wchłonęło w siebie pobożnie i bardzo głęboko przechowywało. I jeśli gdzieś brakło owego imienia, to choćby dzieło miało najwytworniejszą formę literacką i głosiło rzeczy prawdziwe, nie mogło porwać mnie całego (Tamże).

Tutaj opisał całe swoje doświadczenie. Mówił, że coś się w nim otworzyło, zapaliło. Odnalazł miłość mądrości, czyli więcej, niż daje świat, ale i to okazało się zbyt mało, bo matka przekazała mu przecież imię Jezusa Chrystusa. W momencie doświadczenia nowego otwarcia miał dziewiętnaście lat. I wtedy po raz pierwszy sięgnął po Biblię. W wyniku lektury nastąpił jednak dość poważny kryzys, ponieważ Augustyn był do szpiku kości retorem, a Pismo Święte okazało się dla niego słabo napisanym dziełem literackim. Można to sobie wyobrazić. Wychowany na klasycznej poezji, czytał Cycerona, a Pismo było przetłumaczone na potoczną łacinę, jaką się posługiwano we wspólnocie chrześcijan. Dodatkowo nie zachwycił go Stary Testament, ponieważ był za mało duchowy. Pisał: „Moja pycha nie chciała się pogodzić z właściwą Pismu miarą stylu”. Słowo „pycha” pojawia się bardzo często, kiedy Augustyn opowiada o nawróceniu. Przeciwwagą jest dla niej via humilitatis, czyli droga pokory.

Tymczasem Augustyn, mając dwadzieścia dziewięć lat, wyjeżdżał do Rzymu, chcąc zrobić karierę retora. Objął stanowisko nauczyciela. Miał mnóstwo problemów z młodzieżą, która nie płaciła mu za pracę. Doświadczenie rzymskie było klęską i wielkim upokorzeniem. Kiedy pojawił się w Mediolanie jako nauczyciel wymowy, wielu wyśmiewało jego prowincjonalny akcent. Dla ambitnego retora był to czas trudnych doświadczeń.

Wzdragałem się przed wiarą w Jego cielesne narodzenie

Na tym etapie swojej drogi Augustyn spotkał manichejczyków, którzy zaproponowali mu rozwiązanie problemu zła. W ramach odrzucającego wiarę racjonalizmu tłumaczyli mu w prosty sposób, skąd się wzięło zło. Wiara według nich nie jest w ogóle potrzebna, bo wszystko można zrozumieć i wytłumaczyć. Co ważniejsze, przedstawili mu czyste i duchowe chrześcijaństwo, które odrzuca Stary Testament wraz ze wszystkim, co w nim bliskie życia i pełne napięcia. Dla manichejczyków, jak również dla gnostyków, prawdziwy Bóg objawił się w synagodze, w Kafarnaum, wraz ze słowami Jezusa, komentującego wypełniające się w Nim i oznaczające początek nowego objawienia proroctwa Izajasza. Rozumowanie manichejczyków można streścić w następujący sposób: istnieje bóg–demiurg, niedobry bóg, odpowiedzialny za materię, ale dzisiaj objawia się dobry bóg, całkowicie duchowy. Stąd oczywiście Jezus dla manichejczyków nie ma prawdziwego ciała, ale ciało pozorne, ewentualnie duchowe.

Zbawiciela naszego, jedynego Twojego Syna, pojmowałem jako wyłonionego w jakiś sposób z swej bezmiernie świetlistej materii, ku naszemu zbawieniu. Nie potrafiłem sobie go inaczej wyobrazić, niż tak, jak mi go przedstawiały owe niedorzeczne pomysły. Uważałem, że taka natura nie mogłaby się narodzić z Maryi Dziewicy bez zmieszania się z ludzkim ciałem. Nie widziałem zaś możliwości, żeby natura ta będąc taką, jak ją sobie wyobrażałem, mogła się z nim zmieszać i nie zostać skażona (Wyznania, V 10).

To, co się wiąże z ciałem, było zatem dla Augustyna tożsame ze skażeniem.

Wzdragałem się więc przed wiarą w Jego cielesne narodzenie, abym nie musiał wierzyć w to, że został ludzkim ciałem skażony. Ludzie natchnieni Twoim duchem będą się łagodnie i miłosiernie śmiali ze mnie, czytając te moje wyznania, ale ja taki właśnie byłem (Tamże).

Wydaje się, że Augustyn jednak trochę przeceniał innych wyznawców Jezusa Chrystusa. Dzisiaj przecież równie często mamy problemy z cielesnością. Biorą się one z doświadczenia zła, które przychodzi tą drogą. Augustyn nie mógł przyjąć, przynajmniej w tamtym momencie, Chrystusa, który przyszedł tak blisko, że dotknął jego ciała, a nawet miał dokładnie takie samo ciało. Słabość i upadek kojarzył mu się bowiem z cielesnością, dlatego niemożliwe wydawało się, żeby Dobry Bóg miał ciało. Dla Augustyna nie istniał rozdział pomiędzy intelektualizmem, teologią a życiem codziennym. Życie codzienne prowokowało pytania teologiczne. On doświadczał bardzo konkretnie słabości i szczerze szukał, choć błądził i schodził na manowce. Mówi: „Wzdragałem się więc przed wiarą w Jego cielesne narodzenie”. Wiele lat później powie, że lekarstwo przyniesione przez Chrystusa polega na tym, że ciałem dotyka On ludzkiego ciała przez komunię świętą, którą pożywa się i pije jako lekarstwo. Wtedy jednak nie był jeszcze w stanie nawet zamarzyć o takim rozwiązaniu, ponieważ pisał: „słabość wszelka pochodzi z ciała, w związku z tym, jeżeli marzę… — a on już marzył o wolności i szczęściu — to znaczy, że wolność i szczęście pochodzi z braku cielesności”.

Nie trwał zbyt długo w tym przekonaniu, bo w pewnym momencie zauważył logiczną niespójność nauki manichejczyków. Kiedy stawiał im pytania, na które nie znał odpowiedzi, pokazywał rzeczy, których nie rozumiał, odpowiadali: jeżeli nawet nie potrafimy odpowiedzieć na twoje pytanie, to nasz biskup, Faust, wszystko wie i kiedy się pojawi, rozwiąże wszystkie twoje wątpliwości. Augustyn stwierdził po spotkaniu, że Faust bardzo ładnie mówi i ma niesamowitą siłę wymowy, nie potrafi jednak udzielić odpowiedzi na jego pytania ani rozwiązać sprzeczności. Augustyn pewnych rzeczy nie rozumiał, ale równocześnie pokazywał, że nie wszystko da się w racjonalny sposób wytłumaczyć. Po spotkaniu z Faustem stwierdził, że nie będzie dłużej trwać z manichejczykami i przyjął postawę, którą sam nazywał sceptycyzmem.

Zgodnie z zasadą, jaką się przypisuje akademikom, wątpiłem we wszystko i trwałem zawieszony między różnymi teoriami. Od manichejczyków postanowiłem odejść, uważałem jednak, że w okresie wątpienia nie powinienem pozostawać w tej sekcie, skoro tezy niektórych filozofów bardziej mi trafiały do przekonania, niż jej wierzenia. Stanowczo jednak odrzucałem myśl o powierzeniu troski o uleczenie mej duszy filozofom, gdyż nie znali oni zbawczego imienia Chrystusa. Postanowiłem, zgodnie z życzeniem moich rodziców pozostać katechumenem Kościoła katolickiego, aż do czasu, kiedy mi zabłyśnie jakieś pewne światło, według którego będę mógł kroczyć naprzód (Wyznania, V 14).

Jego tezy oparte są na mocnych argumentach

Trwanie w sceptycyzmie sprowadza się do odrzucania możliwości wypowiadania definitywnych sądów o świecie. Augustyn nadal jednak uważał się za katechumena Kościoła katolickiego. Czy był niekonsekwentny? Jak mógł być katechumenem i równocześnie mówić, że niczego nie można poznać. Otóż problem Augustyna nie dotyczył samej wiary. Raczej niemożliwe zdawało się połączenie wszystkich elementów w jedną całość. Wiedział, że gdzieś jest droga prowadząca do Boga, ale nie wiedział, którędy ona przebiega.

W Rzymie jego nauczanie zakończyło się absolutną klęską, ale wygrał konkurs na nauczyciela retoryki w Mediolanie. Dla człowieka z prowincji udział w takim konkursie powinien zakończyć się klęską. Skoro zwyciężył, musiał mieć niesamowity talent, ponieważ konkurencja była ogromna. Do Mediolanu Augustyn dojechał dzięki poczcie państwowej, gdyż nie miał pieniędzy. I tam właśnie spotykał jedynego człowieka na Zachodzie Cesarstwa, który wówczas mógł mu zaimponować. To absolutnie nadzwyczajna historia. Trzeba zauważyć wspaniałe działanie Ducha Świętego, który sprawił, że Augustyn i Ambroży znaleźli się razem w tym samym czasie i miejscu.

Święty Ambroży, ówczesny biskup Mediolanu, Ojciec Kościoła, był genialnym kompilatorem. Nie miał takiego talentu twórczego, który pozwoliłby mu być prekursorem w teologii. Opierał się na innych teologach, czytał głównie Orygenesa i ojców kapadockich — Bazylego Wielkiego i dwóch Grzegorzów, jednego z Nazjanzu, drugiego z Nyssy — bardzo umiejętnie włączając ich w swój system teologiczny. Miał natomiast ogromny i oryginalny talent pedagogiczny i kaznodziejski. Usłyszawszy go po raz pierwszy, Augustyn zapragnął go poznać i szukał kontaktu. Jednak jako wytrawny pedagog, Ambroży początkowo zachowywał dystans i nie od razu pozwolił na nawiązanie kontaktu. Jakby chciał wzrostu pragnienia Augustyna poprzez oczekiwanie. Potem ich spotkania stały się coraz częstsze. Augustyn opowiadał, jak kiedyś wszedł do pokoju, w którym Ambroży studiował, i zachwycił się, że biskup czytał książki po cichu. W starożytności książki czytano na głos.

Gdy pilnie śledziłem jego kunszt krasomówczy, jednocześnie bardzo powoli zaczynało świtać zrozumienie, że on przecież mówi prawdę. Najpierw uderzyło mnie to, że jego tezy oparte są na mocnych argumentach. Zrozumiałem, że wiarę katolicką, która przedtem wydawała mi się całkowicie bezbronna wobec zarzutów manichejczyków, można rzeczowo uzasadnić. Oto na jedną po drugiej zagadkę Starego Testamentu padało światło prawdziwej interpretacji. A były to takie zagadki, które wtedy gdy przyjmowałem je według litery, zabijały mnie duchowo (Wyznania, V 14).

Pociągnął go zatem kunszt Ambrożego kaznodziei. Dopiero później, bardzo powoli, docierała prawda, którą głosił biskup Mediolanu. Ten wielki kaznodzieja zastosował do Pisma Świętego Starego Testamentu interpretację alegoryczną, dzięki czemu Augustyn dostrzegł, że Pan Bóg rzeczywiście mówił do Izraela wewnątrz kultury, w której żyli tamci ludzie. Powoli prowadził ich do coraz pełniejszej dojrzałości, aż zesłał swojego Syna na świat, żeby doprowadzić do pełni miłości. Oto uzasadnienie lektury Starego Testamentu czytanego w świetle Nowego, w świetle Objawienia, jakim jest Jezus Chrystus. Pozwoliło to Augustynowi rozwiać wiele wątpliwości dotyczących Starego Testamentu.

Dzięki Ambrożemu Augustyn dokonał jeszcze jednego ważnego odkrycia — zaczął czytać książki platoników, które odsłoniły przed nim świat duchowy.

Te książki zachęcały mnie, abym wrócił do samego siebie. Zacząłem więc wchodzić w głębie swej istoty za Twoim przewodnictwem (Wyznania, VII 10).

Platonicy sugerowali, że trzeba zwrócić się do swojego wnętrza, ponieważ tam odkrywamy ślad prawdziwej, odwiecznej rzeczywistości. Nieśmiertelna dusza ludzka opowiada o nieskończonym bycie, jest odblaskiem pełni.

Mogłem w nią wnikać, ponieważ Ty mnie wspomagałeś. Wszedłem tam i takim wzrokiem duchowym, jaki był mi dany, dojrzałem w górze ponad moim wzrokiem, ponad moim umysłem światłość Boga niezmienną. Nie tą pospolitą światłość dzienną, którą dostrzega każde żywe stworzenie, ani nawet nie jakieś rozleglejsze światło tego samego rodzaju, które mogłoby się rozjarzyć, gdyby światło dzienne wielokrotnie, wielokrotnie się wzmogło i rozjaśniło, i całą wypełniło przestrzeń ogromem jasności. Nie było to takie światło, lecz inne, zupełnie odmienne od wszelkich takich rozjarzeń. Było ono nad moim umysłem, ale nie tak jak oliwa jest nad wodą, ani nie tak jak niebo jest nad ziemią. Była nade mną ta światłość dlatego, że ona mnie stworzyła, a ja byłem w dole, bom został przez nią stworzony (Tamże).

Odkrycie to zwykliśmy nazywać iluminacją św. Augustyna. Przez lekturę książek filozoficznych odkrył świat wewnętrzny, zwrócił się do samego siebie i nagle stwierdził, że jest w nim światło, które go przekracza, że w nim zamieszkuje wieczność.

…rzeczy są rzeczywiste w takiej mierze, w jakiej od Ciebie czerpią istnienie. To bowiem naprawdę istnieje, co niezmiennie trwa. Schłostałeś słabość mojego wzroku, przemożnym uderzywszy we mnie blaskiem, aż zadrżałem z miłości i zgrozy. Zrozumiałem, że jestem daleko od Ciebie, w krainie, gdzie wszystko jest inaczej. Zobaczyłem, że jestem daleko od Ciebie dlatego, bo zobaczyłem światło (Wyznania, VII 10).

Zobaczył, że nie ma istnienia sam z siebie, nie istnieje przez siebie, ale dlatego, że ktoś inny obdarował go istnieniem. Idąc za tą intuicją, Augustyn doszedł do wielkiej prawdy, która jest zapisana w Piśmie Świętym. Zaczął myśleć o Bogu jako o Tym, który Jest. Doświadczywszy tej prawdy, powiedział: „ponad sobą ujrzałem światło, ponad moim intelektem”, co oznaczało, że intelekt, jaki miał, zrozumienie, jakiego doświadczał, otrzymał od Boga. Nazywał je światłem. Chwilę później postawił jednak bardzo istotne pytanie: „Jak cieszyć się tym światłem?”. Jak żyć Światłem, jak Go dotykać, jak kosztować, jak dojść do Pana Boga:

myślałem o tym, skąd powinienem nabyć mocy, która by mi umożliwiła radowanie się Tobą. Nie znajdowałem na to żadnego sposobu, dopóki nie wyciągnąłem rąk ku Pośrednikowi między Bogiem a ludźmi, człowiekowi Jezusowi Chrystusowi, który jest wzniesionym ponad wszystko Bogiem błogosławionym na wieki. Woła on: Jam Droga, Prawda i Żywot. On to złączył z naszym ciałem ten pokarm, jakiego ja jeszcze nie byłem zdolny pożywać. Słowo po to stało się ciałem, aby mądrość Twoja, przez którą świat stworzyłeś, mogła się stać mlekiem karmiącym nasze dziecięctwo. Ale ja jeszcze nie przyjmowałem mojego Pana, Jezusa Chrystusa, jako pokorny pokornego i jeszcze nie wiedziałem, czego mogłaby mnie nauczyć Jego słabość. Tego mianowicie, że słowo Twoje jest wieczną prawdą, która niezmiernie przerastając najwyższe nawet części Twego stworzenia, wszystkich, co się jej poddają, podnosi ku sobie. W niższej części stworzenia zbudowała sobie dom z naszej gliny, aby dzięki temu mogła ludzi, którzy się jej poddają, wyzwolić od nich samych i pociągnąć ku sobie, lecząc ich z pychy i karmiąc w nich miłość, aby już nie kroczyli, ufając samym sobie, lecz by sobie raczej uświadomili własną słabość, widząc u swych stóp Bóstwo ozdobione przyjęciem szaty naszej nieśmiertelności (Wyznania, VII 18).

Chcąc cieszyć się Światłem, trzeba przyjąć Jezusa Chrystusa, który jest równocześnie Bogiem i człowiekiem, Pośrednikiem między Bogiem i ludźmi, przychodzącym, by uzdrowić człowieka przez swoją pokorę, przez przyjęcie ciała. Tak uparcie poszukiwaną przez lata drogą jest zatem Jezus Chrystus, który przyszedł w ciele jak pokorny do pokornego. Augustyn, opowiadając o tym odkryciu, zdefiniował swój problem, który wciąż jeszcze trzymał go w przedsionkach wiary. Był pyszny, gdy cały czas pokładał nadzieję w zrozumieniu. Sądził, że kiedyś zobaczy, na czym polega tajemnica rzeczywistości, i stąd przyjdzie zrozumienie. I nagle odsłoniło się przed nim, że uzdrowienie jest w pokornym uznaniu własnej słabości i spotkaniu ludzkiej małości z uniżeniem Boga. To tajemnica przyjęcia skończoności przez Nieskończonego.

Ostateczne pęknięcie w życiu Augustyna było bardzo blisko. Platonicy odkryli przed nim ojczyznę, świat duchowy, istnienie Boga. Potrafili Go nawet nazwać, powiedzieć o Nim, że jest, jaki jest. Nie znali natomiast drogi, jaka do Niego prowadzi. Znali ojczyznę, ale nie wiedzieli, jak do niej wejść. Augustyn zaczął dostrzegać drogę — Jezusa Chrystusa, który sam świadczył o sobie: „Ja jestem drogą, prawdą i życiem”. Chrystus jest Tym, który prowadzi, i równocześnie Tym, do którego wszyscy idziemy. Jednak w tej wędrówce przeszkadzała mu wciąż jeszcze pycha intelektualisty.

Tęsknota i przyjaźń (1)
Wojciech Prus OP

urodzony 10 kwietnia 1964 r. w Poznaniu – dominikanin, rekolekcjonista, patrolog, duszpasterz wspólnoty Lednica 2000. Jako nastolatek należał do duszpasterstwa młodzieży przy poznańskim klasztorze, które wówczas prowadził...