Testament arcybiskupa

Testament arcybiskupa

Byłem prawdopodobnie ostatnim przedstawicielem mediów, któremu publicznej wypowiedzi przed swoją śmiercią udzielił arcybiskup Kazimierz Majdański. Sędziwy hierarcha zmarł kilka miesięcy temu w wieku 91 lat.

Od dawna leżał chory i nie udzielał wywiadów, ale zrobił wyjątek, gdy usłyszał, że kręcimy film dokumentalny o liście biskupów polskich do biskupów niemieckich z 1965 roku. O tym historycznym orędziu powstało już sporo filmów, ale prawie wszystkie traktowały to wydarzenie jako akt polityczny, a nie religijny. Nas tymczasem interesował głównie duchowy wymiar owego przesłania, gdyż to właśnie on leżał u podstaw odważnej decyzji polskich biskupów.   Kazimierz Majdański był człowiekiem, w którego życiu szczególnie zrealizowały się słowa o przebaczeniu i pojednaniu. Prawie całą II wojnę światową spędził w niemieckich więzieniach i obozach, a podczas pobytu w Dachau był poddawany przez hitlerowskich lekarzy pseudomedycznym eksperymentom. Wstrzykiwano mu m.in. flegmonę i obserwowano, jak choroba pustoszy jego organizm. Po niemal trzydziestu latach na sali sądowej w Monachium spotkał sturmbannführera Schütza, byłego szefa Stacji Doświadczalnej w Dachau, który jako lekarz kierował tymi makabrycznymi eksperymentami. Majdański sam podszedł do ławy oskarżonych i pierwszy wyciągnął rękę w stronę oprawcy. Schütz długo nie chciał wypuścić dłoni Polaka i wciąż powtarzał: „Robiłem mniej, niż musiałem”.

„Czy rzeczywiście musiał?”, to pytanie arcybiskupa zawisło w powietrzu, kiedy staliśmy przed jego łożem. Nasza trzyosobowa ekipa przyjechała prosto z Niemiec, z Hildesheim, gdzie spotkaliśmy się z tamtejszym ordynariuszem biskupem Josefem Homeyerem. Kiedy dojechaliśmy do Łomianek, gdzie przebywał arcybiskup Majdański, okazało się, że w nocy nastąpiło pogorszenie jego stanu zdrowia. Najbliżsi współpracownicy hierarchy bali się, że może to być ostatnia noc w jego życiu. Mimo to zdecydował się nas przyjąć i z nami porozmawiać.

Książę Kościoła leżał w łóżku; widać było, że jest wycieńczony. Mówił powoli, z trudem, często przerywając wypowiedź, ale z wielką precyzją i jasnością umysłu. Twarz jego była niesamowicie blada, tak blada, że zlewała się niemal z bielą pościeli. Gdy tak wpatrywałem się w jego oblicze, nagle przypomniał mi się fragment z ewangelii o przemienieniu Jezusa na górze Tabor. Bo z tej jasnej, białej twarzy biła niesamowita siła. Wydawało się, że jego głos dochodzi bardziej stamtąd niż stąd. Sam zresztą powiedział o sobie: ? Jestem dziś jak Łazarz. Pomyślałem wtedy, że być może arcybiskup nie odszedł jeszcze tej nocy tylko dlatego, że miał nam coś ważnego do powiedzenia.   I rzeczywiście, kiedy skończył opowiadać o swoim pobycie w Dachau, o liście z 1965 roku i o procesie w Monachium – a był już wówczas tym mówieniem mocno zmęczony – poprosił nas, czy może jeszcze zabrać głos. Zwróciło moją uwagę, że pokornie o to poprosił.

A mówił nienaganną przedwojenną polszczyzną, pełną staropolskich zwrotów, zdaniami wielokrotnie złożonymi, językiem tak dbałym, jakby nie mówił, a pisał książkę. Wspominam o tym dlatego, że istotę tego, co chciał nam przekazać, najlepiej da się wyrazić właśnie w tego rodzaju mowie, a chodziło o to, że pragnął nam pewne sprawy „położyć na sercu”.

Mową podniosłą, lecz tonem intymnym, z powagą urzędu, lecz z osobistym przejęciem kładł nam arcybiskup na serca trzy sprawy. Pierwsza, związana z tematem naszej wizyty u niego, to pamięć o dziejach Kościoła podczas II wojny światowej. Otóż duchowieństwo polskie poniosło w czasie tej wojny największe straty spośród wszystkich grup zawodowych w kraju. Całe dwa bloki w obozie w Dachau (28. i 30.) wypełnione były tylko kapłanami z Polski. A jednak w dzisiejszym społeczeństwie nie ma niemal wiedzy na ten temat, brakuje zupełnie świadomości, jaką postawę przyjęli i jaką daninę krwi zapłacili polscy duchowni. Znana jest postać św. Maksymiliana Kolbe, ale męczenników było znacznie więcej. Tymczasem „krew męczenników to zasiew Kościoła”, jak pisał Tertulian. Od samego początku chrześcijaństwa ich przykład pociągał innych, dynamizował ewangelizację, stanowił duchowy kapitał Kościoła. Arcybiskupa bolała panująca dziś niewiedza historyczna i nieświadomość duchowego bogactwa, która dotyczyła przecież nie czasów pierwszych chrześcijan, lecz okresu, który sam przeżył.

Drugą sprawą, którą poruszył, była kwestia rodziny. Bez zdrowej, silnej rodziny nie przetrwa ani Kościół, ani Polska. To jest podstawowe miejsce, w którym przekazuje się wiarę i formuje patriotyzm. Jedynym momentem podczas całego spotkania, gdy arcybiskup aż podniósł głos i uniósł głowę nad poduszką, był ten, gdy z przejęciem mówił: „Polska wymiera. Ale nikt o tym nie mówi. Ani z ambon, ani w konfesjonałach”.

Wspomniał też o swoim spotkaniu z pewnym pułkownikiem, który w katolickim radiu zalecał jako idealny model dla katolickiej rodziny posiadanie trójki dzieci. Podczas rozmowy oficer przyznał jednak, że sam ma dwoje dzieci, gdyż czasy są trudne. – No cóż – westchnął arcybiskup – ja sam byłem trzynastym dzieckiem, mój ojciec nie był pułkownikiem, ale woźnym, a czasy były trudniejsze niż obecnie…

Tak przeszedł do trzeciej kwestii, którą kładł nam na serca. – Polacy chętnie modlą się różańcem, chętnie pielgrzymują, ale nie żyją zgodnie z przykazaniami – mówił. – Czym innym jest pobożność, a czym innym życie zgodne z Bożymi przykazaniami. Świadczą o tym grzechy powszechnie panoszące się w katolickiej Polsce… Nie pietyzm kościółkowy uratuje Polskę, ale prawdziwa wiara…

Z każdą minutą głos arcybiskupa słabł coraz bardziej. Widzieliśmy, że chciał nam jeszcze wiele powiedzieć, ale nie miał już siły. Pocałowaliśmy pierścień na jego nieruchomej, bladej dłoni i w ciszy wyszliśmy.

Dziś, gdy myślę o sprawach, o których nam opowiadał, zwracam się do niego. W końcu po tamtej stronie może więcej niż tutaj.

Testament arcybiskupa
Grzegorz Górny

urodzony 30 marca 1969 r. – polski dziennikarz i publicysta, redaktor naczelny kwartalnika „Fronda”, publicysta i reportażysta, autor wielu artykułów.W latach 2003-2009 publikował felietony na łamach miesięcznika „W drodz...