To on pokazał mi Chrystusa

To on pokazał mi Chrystusa

Wpatrując się w jego życie, wsłuchując się w to, co mówił, uczyłem się spoglądania na świat. Dziś niełatwo pisać o nim, mając doświadczenie tego wszystkiego, co się wydarzyło w jego, a przez to i w moim życiu – wspomina swego byłego rektora ks. Marek Jański.

Kiedy myślę o mojej posłudze prezbitera i drodze, która mnie do niej prowadziła, mam przed oczami wiele osób, które wpłynęły na to, kim jestem, jak myślę i co robię. Pewnie jak w życiu każdego człowieka, tak i w moim, kluczową rolę odegrała rodzina.

W miarę, jak poznawałem świat, zaczynali mnie fascynować inni ludzie, którzy z czasem stawali się przewodnikami, mistrzami. Miałem ich kilku. Pochodzili z różnych stron świata i różnych tradycji… katolicki ksiądz Franciszek Blachnicki – założyciel Ruchu Światło – Życie, anglikanin Robert Baden-Powell – twórca skautingu, a także brat Roger – przeor Ekumenicznej Wspólnoty z Taizé, ewangelik reformowany. Te fascynacje wynikały oczywiście z doświadczeń młodości. Roczna praca Domowego Kościoła i wyjazdy z rodzicami i siostrą na wakacyjne rekolekcje oazowe, zakładanie wraz z przyjaciółmi w roku 1989 w rodzinnym Wolsztynie drużyn Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej i wreszcie wyjazdy i uczestnictwo w Europejskich Spotkaniach Młodych Taizé.

Jednak dwie osoby spotkane później odegrały rolę najważniejszą: rektor seminarium, w którym przygotowywałem się do kapłaństwa, ks. prof. Tomasz Węcławski, i proboszcz w pierwszej parafii, dokąd trafiłem po przyjęciu sakramentu święceń, ks. Jan Chrzanowski.

Ksiądz profesor Tomasz Węcławski

Dziś niełatwo pisać o nim, mając doświadczenie tego wszystkiego, co się wydarzyło w jego, a przez to i w moim życiu. Pamiętam go najpierw jako człowieka. Zresztą ta „ludzka” strona Kościoła zawsze do mnie jakoś mocno przemawiała. Do dziś mam w pamięci mojego rektora wybiegającego z rowerem na codzienny popołudniowy trening. Pamiętam księży, którzy dziwili się, że na spowiedzi i inne posługi duszpasterskie ks. Tomasz też jeździł rowerem, a on tłumaczył, że w ten sposób o wiele szybciej dotrze na miejsce niż samochodem.

Imponowały mi i moim kolegom jego wakacyjne wyprawy rowerowe, to, w jaki sposób o nich opowiadał i jak nimi żył. Ważnym doświadczeniem było też spotkanie, które na zaproszenie ks. Tomasza odbyło się w jego domu. Z talerzami i sztućcami stawiliśmy się wszyscy o wyznaczonej godzinie. Rozsiadłszy się, gdzie popadnie, rozmawialiśmy o sprawach mniej i bardziej ważnych, zajadając się włoską potrawą przygotowaną przez naszego rektora. To wtedy nam powiedział, że mamy uczyć się gotowania, bo nadejdą czasy, że nie będzie nas stać, jako proboszczów, na gospodynie. Ten ludzki obraz „Suchego”, bo tak nazywaliśmy ks. Węcławskiego, od charakterystycznie zapadniętych policzków i ogólnego sposobu funkcjonowania, bardzo powściągliwego i na dystans, umocnił się jeszcze w czasie pobytu naszego seminaryjnego rocznika w Pradze. Tam rektor dał z siebie wszystko. Z taką pasją pokazywał nam miasto, z takim zaangażowaniem ukazywał ludzi i Kościół, który podnosił się i opatrywał pokomunistyczne rany.

Ważnym rysem postaci rektora była oczywiście także jego praca naukowa. Wykłady nie zawsze były dla mnie łatwym chlebem, ale kiedy wciągnął i zafascynował jakimś teologicznym tematem, sformułowaniem, dyskutowałem o tym z kolegami jeszcze długo po skończonych zajęciach, często cytując jego stwierdzenia już po święceniach na homiliach, katechezach i innych spotkaniach.

Także modlitwa, a szczególnie Eucharystia z rektorem była ważnym doświadczeniem. Treściwe homilie, powściągliwa i zdecydowana postawa w czasie sprawowania Eucharystii miały wpływ na moją posługę i przeżywanie tej tajemnicy. Na ostatnim roku studiów, już po diakonacie, zostałem skierowany na praktykę do parafii pw. Maryi Królowej na Rynku Wildeckim w Poznaniu, w której proboszczem był brat ks. Tomasza, ks. Marcin Węcławski.

Ks. Tomasz nie był już rektorem. Usunięty z tej funkcji przez ówczes­nego arcybiskupa Juliusza Paetza zamieszkał na Wildzie. Dzięki temu znów miałem okazję być blisko niego. Głęboko w pamięć zapadły mi wspólnie przeżywane Eucharystie, szczególnie w niedzielę o godzinie 8, i braterskie rozmowy w poniedziałkowe i wtorkowe popołudnia, przy obiedzie, kiedy wracaliśmy – on z Wydziału Teologicznego, a ja z katechezy w szkole podstawowej. Cały czas, wpatrując się w jego życie, wsłuchując się w to, co mówił, uczyłem się spoglądania na świat, także ten kościelny, i określania celów. To on pokazał mi Chrystusa, pozwolił rozumieć chrześcijaństwo i odnajdywać się na nowo na drodze powołania do służby we wspólnocie Kościoła. Bardzo ważnym dla mnie aspektem tego wpatrywania było jego zaufanie do człowieka, oddzielanie czynu od osoby i postawienie na formację człowieka w wolności.

Ksiądz proboszcz Jan Chrzanowski

Pamiętam moją pierwszą parafię. Czarnków. Nigdy wcześniej tam nie byłem. A później, jak mówi wielu, stała się moją miłością. Przyjechałem z wszystkim, co miałem, i nie chodzi tylko o torby spakowane do kupionego niedawno w salonie samochodowym „malucha”. Zresztą ile się może zmieścić w zielonym maluchu… Przyjechałem tam z całym sobą. Z tym wszystkim, co miałem w sobie i jak patrzyłem na świat. Jak przeżywałem moje spotkanie z Jezusem i drugim człowiekiem. Tutaj na mojej drodze stanął proboszcz parafii pw. Jezusa Chrystusa Najwyższego Kapłana ks. Jan Chrzanowski – człowiek nieprzeciętny, mój przyjaciel. Kiedy wchodziłem w życie parafii, często miałem przed oczami znanych mi księży: katechetów, proboszczów. W tamtym czasie współpracowałem ściśle z ks. Romualdem Turbańskim, który był kapelanem wielkopolskiego ZHR-u. To ich rozwiązania, postawy napędzały moje działania. Jednak przyglądając się coraz bardziej i bardziej czarnkowskiej, młodej i budującej wtedy swój kościół wspólnocie parafialnej, odkrywałem coś nowego. I zaczęło mnie to pociągać. Po pierwsze, fascynacja Biblią. Proboszcz Jan miał swój trochę podniszczony egzemplarz Pisma Świętego. Posługiwał się nim jak czymś, co dobrze znał… Pierwszy raz widziałem księdza, który głosząc homilię, zaglądał często nie do lekcjonarza, ale wprost do Pisma Świętego, wertując je w tę i z powrotem. Sam, jak później wspominał, przeszedł drogę odkrywania tego Słowa oraz żyjącego i działającego w naszym życiu Jezusa. Ekumeniczne działania jeszcze w seminarium w latach 70. XX wieku, rekolekcje oazowe, a potem kręgi biblijne i pan Henryk Knapik, absolwent KUL-u, bliski współpracownik ks. Franciszka Blachnickiego, autor pierwszych materiałów oazowych. To on otworzył mu oczy, uszy i serce na wiele spraw w nowy, posoborowy sposób. Pamiętam, jak w niedzielę, wracając rano z dyżuru w czarnkowskim szpitalu, siadałem w kuchni i słuchałem jego homilii, a później, na kolejnych mszach, nieudolnie, jak początkujący uczeń, próbowałem na podobnym poziomie rozważać Słowo Boże. Nie było to łatwe. Zresztą jednym z pierwszych zdań proboszcza Jana, przy omawianiu służby w czarnkowskiej parafii na os. Parkowym, było stwierdzenie, że homilię każdy głosi na swojej mszy sam. Puszczony zostałem na głęboką wodę, co potem przyniosło błogosławione owoce.

Innym ważnym elementem posługi proboszcza Jana było jego otwarcie na świeckich. Przecież to oni budowali Kościół – ten duchowy i ten z cegły. Osoby zaangażowane w budowę uczestniczyły w spotkaniach biblijnych, wyjazdach, wykładach…

Zaangażowanie świeckich owocowało powstawaniem kręgów biblijnych w osiedlowych blokach, a małżeństwa spotykały się u siebie w mieszkaniach, rozważając Słowo Boże. Z tych rodzin zrodziły się później powołania do służby w Kościele. To całościowe spojrzenie na wspólnotę parafialną przekładało się także na niedzielną liturgię i zaangażowanie w nią parafian. Czytania, modlitwa powszechna, procesja z darami, śpiewy. Nawet po latach, gdy był już inny proboszcz, parafianie nadal przychodzili przed mszą do zakrystii i pytali, czy mogliby coś przeczytać.

Nigdy w Czarnkowie nie zbierałem składki w czasie Eucharystii, był to przywilej panów, którzy licząc banknoty i monety po mszy, oddawali sprawozdanie finansowe wraz z woreczkiem pieniędzy proboszczowi.

Ks. Jan to również człowiek niezwykle wrażliwy na tych, którzy byli odrzuceni. Sam wielokrotnie widziałem, jak gościł u siebie w domu byłych księży, organizował dla nich pomoc materialną, a nawet wysyłał w paczce uzbierane przez cały miesiąc „Tygodniki Powszechne”, bo ktoś chciał czytać, a nie miał pieniędzy, żeby je kupić.
I wreszcie ekumenizm, którego początki, pewnie nieświadome, były obecne w tych trzech postaciach wymienionych na początku artykułu, namacalnie doświadczony właśnie w pierwszej parafii, kiedy Biblia, życie wspólnotowe, zaangażowanie świeckich i otwarcie na cierpiących prowadziło także do serdecznej współpracy z braćmi i siostrami z innych Kościołów chrześcijańskich. To w Czarnkowie byłem odpowiedzialny za ogólnodiecezjalną akcję amerykańskich chrześcijan, którzy przyjechali do naszej diecezji i odwiedzali szkoły, parafie. Rozdawali „Dobrą Nowinę” i dzielili się swoim życiem z Jezusem.

Krajobraz po…

Czasem wpatrzeni w jakiegoś człowieka, podążając za nim, naśladując go i cytując, w przekonaniu słuszności drogi, doznajemy nagle zawodu. Wynika to z odkrycia innych autorytetów, określenia nowych celów, a czasem z doświadczeń i przeżyć, które obserwujemy i przeżywamy.

Tak też jest dziś, kiedy patrzę na życie mojego rektora, wtedy ks. prof. Tomasza Węcławskiego, dziś prof. Tomasza Polaka. Cały czas jest dla mnie człowiekiem, któremu wiele zawdzięczam, któremu chcę okazać szacunek i który jest mi bliski.

Pamiętam czas odejścia ks. Tomasza z posługi w Kościele, jak również jego wystąpienie z Kościoła. Pamiętam rozmowy, komentarze, opinie. I mój dojmujący ból, rozczarowanie. Pamiętam pytanie, które sobie wtedy zadawałem: „Co takiego odkrył ks. Tomasz, o czym nie chce nam powiedzieć, a co mogłoby wpłynąć także na moje życiowe decyzje i nowe określenie celów?”. Widziałem reakcje moich bliskich, ich troskę o mnie, próbę rozmowy, spacery, których wcześniej nie było. Bali się o mnie. Jestem im za to wdzięczny.

Był to czas przygotowania do Świąt Paschalnych. Sam odkryłem wtedy, jak emocjonalnie byłem związany z ks. Tomaszem. W czasie jednego z nabożeństw Drogi Krzyżowej, w rozważaniach wszystkich stacji cytowałem wypowiedzi z jego książki Gdzie jest Bóg?… To była obrona przed prawdą o tym, co się wydarzyło, obrona przed prawdą o decyzjach mojego rektora. Dzisiaj pozostał ból, smutek, uczucie opuszczenia. Wielu przekreśliło go bezpowrotnie, inni nadal, choć ostrożnie, podpatrują jego życie, wsłuchują się w to, co mówi, chociażby analizując wykłady zamieszczone w plikach audio na internetowej stronie Pracowni Pytań Granicznych. Daleki jestem od komentarzy, opinii czy wyrokowania. W tym miejscu i czasie mojego życia pragnę raczej ciszy, Słowa Bożego i konkretnej modlitwy. Pragnę doświadczenia Kościoła żyjącego Ewangelią, służebnego wobec Boga i Człowieka, gotowego na ciągłą refleksję i odnowę. Trzeba iść dalej. Pewnie w sposób bardziej dojrzały, ale i bardziej ostrożny wobec każdej kolejnej osoby, jej poglądów i opinii, bardziej ostrożny wobec tych, których mógłbym czasem kiedyś określić mianem moich autorytetów.

Zapewne tych doświadczeń było więcej. Te opisane niech będą także wyrazem mojej wdzięczności za to, co uczynili inni na mojej drodze, abym mógł być w tym miejscu, w którym jestem. Potrzebne jest przede wszystkim zawierzenie Bogu, który człowieka prowadzi i proponuje ciągle na nowo drogę wiodącą do Miłości. W moim życiu wiary i w relacji do człowieka.

To on pokazał mi Chrystusa
ks. Marek Jański

urodzony w 1972 r. w Wolsztynie – kapłan archidiecezji poznańskiej, obecnie wikariusz w parafii pw. św. Wojciecha w Poznaniu, duszpasterz akademicki, kapelan Okręgu Wlkp. Związku Harcerstwa Rzeczpospolitej, pełniący obowiązki współprzewodniczącego Poznańskiej Grupy Ekumenicz...