Toast

Jakaż to szkoda, że zanika zwyczaj wznoszenia toastów i wygłaszania przemówień podczas uroczystych posiłków. Jaka to szkoda, że czynności niższej (objadanie się) nie towarzyszy już czynność wyższego rzędu podnosząca czynność zjadania czy pożerania potraw na wyższy poziom emocjonalny czy intelektualny. Jakaż szkoda, że wspólnemu obiadowi brakuje słowa obejmującego wszystkich i dającego satysfakcję duchową na poziomie.

Mój ojciec, pamiętam to z dzieciństwa, kiedy tylko w domu byli goście, zawsze przemawiał i wznosił toast. Ale to była rozkoszna amatorszczyzna wobec tego, co spotkałem w klasztorze. Kiedy wstąpiłem do zakonu w 1966 roku, roku milenium i zmagań Gomułki z prymasem Wyszyńskim, w klasztornym refektarzu podczas uroczystych obiadów i kolacji, kiedy biesiadnicy zaspokoili pierwszy głód, przeor wstawał i podnosząc kieliszek do góry, witał wszystkich serdecznie, przedstawiał domowników, artykułował okazję spotkania i cele na przyszłość. Kiedy kończyliśmy drugie danie, główny gość, biskup, prowincjał czy ktoś ze świeckich wstawał i dziękując za zaproszenie, po swojemu określał cel i rangę przybycia i dziękował za wspólnie dokonane dzieło czy pracę w diecezji. Potem był deser, kawa i owoce. Podniosły nastrój długo się utrzymywał, a poczucie sensu wspólnego przebywania, wspólnej rozmowy i spotkania pozostawało trwałym dobrodziejstwem uczestników.
Potem do programu klasztornego weszła telewizja i każdy był ciekaw wiadomości, które niekoniecznie oświecały, a częściej zamulały umysł. Natomiast siedzenie przy stole skracano, bo wszyscy pędzili do swoich zajęć.

Zostało Ci jeszcze 68% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

||
Wyczyść

Zaloguj się