Tryptyk Jonasza

Tryptyk Jonasza

Port zagubionych dusz

Obudził mnie szum fal. Słońce świeciło prosto w twarz. Koło mojego legowiska, na które składał się ręcznik i skórzana walizka pod głową, kręciły się wygłodniałe koty. Ocierały się o moje nogi, miauczały, pomrukiwały. Sam nie miałem co jeść. Popatrzyłem w bezkres morza. Przypomniała mi się historia biblijna Jonasza wyplutego na brzeg przez wielką rybę. Jonasz uciekał przed Głosem Bożym, aż zrozumiał, że nie da się uciec. Potem jakiś przechodzień powiedział mi, że to właśnie ta plaża w Jafie, na której spałem, była świadkiem tamtych niesamowitych zdarzeń; niesamowitych, ponieważ każdy z nas, po wielu odbytych wędrówkach, ucieczkach dochodzi w końcu do wniosku, że nie da się uciec od Stwórcy i Jego planu, który dla nas przygotował. Jafa koło Tel-Awiwu: Port zagubionych dusz.
Bezdomny bywałem przez dwa i pół miesiąca. Bywałem, ponieważ bezdomność to stan ducha, a nie kwestia posiadania. Opatrzność czuwała i moje Anioły dawały o sobie znać w przeróżny sposób. Kiedyś siedziałem na ławce przy promenadzie nad brzegiem morza. Podeszło do mnie dwóch policjantów. Faktycznie wyglądałem podejrzanie: długie włosy, broda, podkrążone oczy, do tego szczupły jak patyk, no i z odpowiednim zapachem oczywiście. Wylegitymowali mnie, opowiedziałem im całą historię, że jestem z Polski i że tutaj chcę zacząć nowe życie. Rozmawialiśmy po angielsku. Nie wiem dlaczego, ale moja historia tak ich urzekła, że zaprosili mnie na obiad. Nie jadłem ze trzy dni.

Potem jeszcze kilka razy spotykałem tych dobrych policjantów, przywieźli mi koc, jakieś jedzenie. Razem spędziliśmy niejeden szabasowy wieczór.

Zostało Ci jeszcze 86% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

||
Wyczyść

Zaloguj się