Trzeba ratować mniejszych

Trzeba ratować mniejszych

Czy sądy rodzinne w Polsce są zbyt łagodne? Gdyby stanowczo odbierały prawo do potomstwa źle wychowującym je rodzicom, więcej dzieci miałoby szansę na adopcje.

Za szeroko otwartą bramą jest las. Droga prowadzi do domów prześwitujących między drzewami. Po bokach najstarszego z nich, położonego centralnie, stoją drewniane i murowane budynki. Za nim jest łąka z boiskami, obok plac zabaw. Do brzegu jeziora parę kroków.

Ośrodek powstał na półwyspie, w pięknym miejscu. Przed wojną była tu szkoła dla dziewcząt — przyszłych dobrych żon i pań domu. W czasie wojny ośrodek Hitlerjugend (to z tego czasu pochodzą drewniane budynki). Dom Dziecka utworzono kilka lat po wojnie. Dom Dziecka w Bninie — jeden z największych w kraju. Jeszcze niedawno mieszkała w nim ponad setka dzieci, teraz jest ich niecała osiemdziesiątka. Za dwa lata ma być ich tylko trzydzieścioro, czyli tyle, ile da się wychowywać w grupie. Takie jest założenie.

Po południu dzieci wracają ze szkół. Spokojna oaza zaczyna się zmieniać. Każde dziecko niesie w sobie swój świat. Swoje rany, żal, ukryty za maską strach, odrzucenie, potrzebę miłości, złość, wreszcie agresję. Agresję, która zawsze na początku ma źródło w krzywdzie.

— Te dzieci są naznaczone przez los — mówi Romana Chytrowska, pedagog w Domu Dziecka w Bninie. — Niosą bagaż bolesnych doświadczeń. My, którzy mieliśmy normalne rodziny, którzy byliśmy kochani przez rodziców, ich nie rozumiemy.

Tylko część daje się uratować do normalnego życia — przyznają moi rozmówcy. Niewielu ma szansę dobrego ustawienia się w życiu. Dla większości osiągnięciem jest pozbieranie się po tym, co przeszli.

Cały dorosły świat

Zdzisława Noskowiak od lat jest pedagogiem w Domu Dziecka w Bninie pod Poznaniem. Zajmuje się losem dzieci od strony prawnej: sądów, praw rodzicielskich, konfliktów z prawem, przenosin do innych placówek.

— Ania. W życiu jej matki pojawił się nowy mężczyzna. Był młodszy od niej, zażądał, aby pozbyła się córki. Oddała ją więc do domu dziecka — opowiada Noskowiak. — Próbowaliśmy wytłumaczyć tej kobiecie, że nie wiadomo, na jak długo partner przy niej zostanie. Jeśli teraz zerwie kontakt emocjonalny z córką, nigdy jej nie odzyska. A ona nic. Głucha, ślepa…

Troje rodzeństwa: Paweł, Magda, Ewa. Ich ojciec zginął w wypadku samochodowym. Matka była porządna, ciepła dla dzieci, ale nie mogła znaleźć pracy. — Zaczęła uciekać w alkohol. Najpierw małe ilości, w końcu zatraciła granice. Dzieci przestały chodzić do szkoły, kradły z głodu. Sąd ograniczył matce prawa rodzicielskie, a dzieci oddał do domu dziecka — mówi Noskowiak. Opieka społeczna pomogła kobiecie się podnieść. Zaczęła przyjeżdżać do Bnina. — Miała dobry kontakt z dziećmi. Chciała przywrócenia praw rodzicielskich, gorąco ją poparliśmy. Sąd też nie miał wątpliwości i oddał jej dzieci — opowiada pani pedagog. — Pomogliśmy jej na nowo zorganizować dom, znalazła pracę. Dzieci wróciły do domu.

Po kilku miesiącach kobieta wróciła do nałogu. Dzieci zostały odrzucone przez matkę po raz drugi. — Nie ufają, nie słuchają. Kradną, jest w nich dużo złości na świat. Nie potrafią się odnaleźć w szkole. Mogą dziać się z nimi straszne rzeczy — mówi Noskowiak.

Rozmowę w jej biurze ciągle ktoś przerywa. Wypływa sprawa ukończenia gimnazjum przez Kasię. Świadectwo, które przyniosła na koniec zeszłego roku, zostało wydane na nieodpowiednim formularzu — sfałszowane. Dzwoni nauczyciel ze szkoły. Jest zdenerwowany, chce, by dom dziecka zrobił coś z Rafałem. Ten wyrośnięty chłopak pobił go dziś na lekcji. Telefonuje też policja. Sprawa wczorajszej próby kradzieży komórki w markecie Auchan. Darek, odebrany z komisariatu przez Noskowiak, po przywiezieniu do Bnina uciekł z domu dziecka. Szukają go teraz w różnych miejscach.

Wszystko to się zdarzyło w ciągu dwóch godzin. Tyle rozmawialiśmy.

O Darku dowiedziałem się więcej. Ojciec odszedł, przepadł gdzieś. Matka pije na umór i zmienia konkubentów. Chłopak też ma ciągoty do alkoholu. Do domu dziecka przyszedł za późno, by coś w nim można było jeszcze zmienić. Dorósł, pije, pobił nauczyciela, jest zagrożeniem dla dzieci.

W domach dziecka jest coraz więcej nastolatków o zaburzonym poczuciu wartości. Zjawisko tragicznie narasta od lat 90. To efekt biedy i nieodnalezienia się setek tysięcy rodzin w nowej rzeczywistości. — Jeśli chłopak — dziewczyna rzadziej, bo one trudniej ulegają deprawacji — był w domu nagradzany za kradzież, jeśli na obiad zabił kurę czy kaczkę sąsiadki i dostawał za to pochwałę, to czy ktoś może w nim zmienić tę skalę wartości? — pyta pani pedagog. — Kradzież dla takiego młodego człowieka to normalna rzecz. Darek chciał zabrać komórkę, bo tak go nauczono. Ten chłopak nie urodził się zły. W dzieciństwie wbudowany został w niego zupełnie inny system wartości. Dorosły świat latami pracował, by on się taki stał — podkreśla. — A teraz już nic nie da się z tym zrobić.

Darek ma orzeczenie sądu rodzinnego: zostanie zamknięty w ośrodku resocjalizacyjnym. W Bninie czekają na skierowanie. — Jego nie uda się już uratować — przyznaje Noskowiak. — Trzeba ratować młodszych, słabszych, których w domu dziecka wykorzystuje, odbiera im podwieczorek, kieszonkowe, bije.

My jesteśmy z bidula

Tylko jeden procent dzieci przebywających w polskich domach dziecka nie ma rodziców. 99 procent dzieci ich ma. Żyją gdzieś obok, w promieniu kilku, kilkunastu kilometrów od nich. — Takie dzieci nazywa się urzędowo sierotami społecznymi. Są ofiarami patologii w rodzinie: alkoholizmu, przemocy, nadużyć seksualnych — mówi Urszula Zwolska– –Olszewska, psycholog w Domu Dziecka w Bninie. Przychodzą do domu dziecka w różnym wieku, czasem mając kilka miesięcy, kiedy indziej kilkanaście lat. Jakkolwiek opiekunowie i wychowawcy by się starali — wyrastają bez miłości rodziców. Nie są dla nikogo najważniejsi. Nasiąkają rzeczywistością domu dziecka, w którym jest także zło. Jest w ich postawie wiele ucieczki, wiele złości.

— To fajne dzieci, ale prawie nikt nigdy nie dał im miłości, nie przytulił. Zostały odrzucone. Nie dziwmy się więc, że są wulgarne, że kradną, że robią coś na złość. Biją czy uszkadzają samochód, bo szukają upustu dla negatywnych emocji. A jest ich w nich wiele — tłumaczy Zdzisława Noskowiak.

Dzieci z domu dziecka mają mocno zakłócone emocje. Nie potrafią serio powiedzieć: ja cię lubię, to dla mnie ważne. Nie potrafią patrzeć w oczy. — Od kogo mieli się tego nauczyć? Od rodziców, którzy się zagubili? — mówi pani pedagog. — Emocje i najważniejsze cechy osobowości dziecka kształtują się do trzeciego roku życia. Jaki ład może ukształtować się w dziecku wyrastającym w patologicznej rodzinie?

— Jak pomóc komuś, kto nie wierzy w siebie i to uczucie rządzi jego postępowaniem? — pyta Romana Chytrowska. Jest pedagogiem odpowiedzialnym za edukację dzieci z Bnina. — Nasze dzieci chciałyby w przyszłości żyć normalnie, tak jak inni, ale nie widzą, że swoją przyszłość tworzą właśnie teraz — opowiada. — Nie widzą sensu w nauce — to dla nich abstrakcja. Rodzice najczęściej nie posyłali ich do szkoły, więc sukcesem staje się spowodowanie, by do niej chodzili. Chodzą, ale wagarują. „Ja i tak dostanę jedynkę”, mówią i nie przechodzą do następnej klasy. Największym zagrożeniem dla tych dzieci jest ich wyuczona beznadziejność — mówi. Jeszcze dziesięć lat temu promocji nie dostawało rocznie może dwoje dzieci z bnińskiego Domu Dziecka. Teraz, gdyby uczciwie oceniać, nie powinno jej dostawać trzy czwarte dzieci. Ostatecznie do następnej klasy nie przechodzi około jednej czwartej.

Nie mają szacunku do siebie. Nie mają szacunku do domu, w którym mieszkają. — Mówią: „My jesteśmy z bidula” — zdradza Chytrowska. I mają zranioną dumę. — Są hardzi, w szkole trzymają się razem. Razem rozrabiają, nie przejmują się uwagami nauczycieli i karami. To daje im poczucie wartości.

Tylko garstka chce się uczyć: troje dzieci z Bnina jest w ogólniaku. Większość trafia do zawodówek, ale niekoniecznie je kończy. Często refleksja przychodzi późno. Nieraz za późno. W domu dziecka można być do 18. roku życia. Jeśli ktoś się uczy — do 21 lat.

— Wychodzisz i nic nie potrafisz. Nie masz gdzie iść. Wracasz do domu rodzinnego, a tam, jeśli on jeszcze jest, najczęściej nadal jest tak, jak było. Wsiąkasz w to — opowiada Chytrowska. — Do niektórych nastolatków dopiero tuż przed osiemnastką dociera, że bez zawodu nie znajdą pracy. A zawodu nie zdobędą bez gimnazjum — to warunek. Jedni starają się wówczas podjąć przerwaną naukę, dla innych szansą jest OHP, w którym przyuczają do zawodów, czy kursy w Izbie Rzemieślniczej.

Dziecko jak balast

Czy sądy rodzinne w Polsce są zbyt łagodne? Gdyby stanowczo odbierały prawo do potomstwa źle wychowującym je rodzicom, więcej dzieci miałoby szansę na adopcję — słychać czasami w mediach. A adopcja to dla nich szansa na normalne życie. — Sprawy o odebranie praw rodzicielskich biologicznym rodzicom ciągną się często po kilka lat — mówi psycholog Urszula Zwolska–Olszewska. — Dziecko z prawnego punktu widzenia jest gotowe do adopcji często dopiero wtedy, gdy już chodzi do szkoły. I tu jest kłopot, bo wówczas ma ono wykształconych już wiele nawyków, określone skłonności. Z maluchami jeszcze coś można zrobić, ale z większymi dziećmi, które kształtowały się w patologicznej rodzinie czy w domu dziecka? Nie przeskoczy się tego — uważa. — Zamiast do adopcji te dzieci nadają się wówczas bardziej do rodzin zastępczych lub rodzinnych domów dziecka.

Tak też czują ci, którzy chcą dziecko adoptować. Niemal wszystkie pary deklarują, że ma być małe, do 6 lat. Na chodzące do szkoły chętnych radykalnie ubywa. Trudno znaleźć ludzi gotowych adoptować dzieci starsze niż jedenasto–, dwunastoletnie oraz rodzeństwa liczniejsze niż troje.

Dom dziecka to dla dziecka nienormalna sytuacja. „Lepsze zło” — nazywa ją psycholog z Bnina. Każda sytuacja bez rodziców będzie złem. — Jeśli matka lub ojciec utrzymują kontakt z synem czy córką przebywającymi w domu dziecka, to sam ten fakt bardzo nobilituje je w oczach kolegów — podkreśla Noskowiak. — Usłyszeć tak, by inni słyszeli: „Haniu, Wojtku, Marto, mama, tata, do ciebie dzwoni”, to marzenie wielu.

Większa liczba adopcji — to mniej dzieci w domach dziecka. Par chcących je wziąć jest zazwyczaj znacznie więcej niż dzieci do wzięcia, muszą więc na nie czekać — przeciętnie dwa lata. Dlaczego w pełni nie wykorzystać tej szansy?

— Jeśli sąd daje szansę naturalnym rodzicom dziecka, to chyba dobrze — mówi Jolanta Kopińska, dyrektor publicznego Ośrodka Adopcyjno– –Opiekuńczego w Poznaniu. — Najlepszym miejscem dla dziecka zawsze jest własna rodzina, niezależnie od tego, czy jej się w życiu powiodło czy nie. Nic dziwnego, że sędziowie są ostrożni. Adopcja to przecież rozwiązanie awaryjne. Pozbawienie rodziców prawa do dzieci to ostateczność, nie można tego stosować automatycznie — dodaje.

Podobnego zdania jest Romana Chruszcz, dyrektor Chrześcijańskiego Ośrodka Adopcyjno–Mediacyjnego Pro Familia działającego w Poznaniu. — Więzi dziecka z jego naturalną rodziną są moralnie i prawnie chronione — podkreśla. — Rodzice muszą radykalnie zaniedbać swoje obowiązki wobec dzieci, by sąd miał podstawy do odebrania im władzy rodzicielskiej.

— Na co dzień współpracuję z piętnastoma sądami dla nieletnich — mówi Zdzisława Noskowiak, pedagog z Bnina. — Sędziowie myślą, że jak ograniczą władzę rodzicielską, ale jej nie odbiorą, to spowodują u naturalnych rodziców chęć odzyskania dziecka. I że jeśli ci rodzice to deklarują, to w tej rodzinie tkwi jeszcze iskierka nadziei. A tak naprawdę odebranie dzieci to korzyść dla patologicznej rodziny. Przecież dzieci są w niej balastem. Bez nich dorosłym jest lepiej: nie mają żadnych obowiązków, a dziecko w domu dziecka jest dobrze ubrane, najedzone i chodzi do szkoły. Myślą: „Po co nam ono w domu?” — mówi z goryczą Noskowiak. — Nie rozumieją, że w wychowaniu i prawidłowym rozwoju dziecka to oni, rodzice, są najważniejsi. Dla takich dzieci szybka adopcja jest jedyną szansą — podkreśla.

Wyjściem dla dziecka, które trafiło do domu dziecka — bez możliwości powrotu do domu rodzinnego i bez szans na adopcję — może być rodzina zastępcza. Bierze ona i wychowuje dziecko, którego rodzicom sąd ograniczył władzę nad nim. Wychowuje jak swoje — ale nie może uważać je za swoje, bo jeśli sąd przywróci matce i ojcu pełnię praw rodzicielskich, znów mogą oni przejąć opiekę nad dzieckiem. Rodzin zastępczych jest jednak o wiele za mało w stosunku do potrzeb. — Bo to niezwykle trudne zadanie — mówi Romana Chruszcz. — Wymaga dużej odwagi, gotowości do kontaktów z rodzicami dziecka i otwartości na to, że mają oni prawo współdecydować o jego wychowaniu.

Inną szansą dla dziecka może być rodzinny dom dziecka. Małżeństw decydujących się na budowanie rodziny i wychowanie nawet do kilkunastu dzieci–rozbitków również nie ma wielu. Taka rodzina potrzebuje pieniędzy oraz wsparcia psychologów i pedagogów, bo problemów jest sporo. Ale w Polsce to wsparcie działa źle. W praktyce rodzinne domy dziecka są pozostawiane same sobie. To odstrasza chętnych.

Mądra miłość

Co roku Ośrodek Adopcyjno–Opiekuńczy w Poznaniu przeprowadza adopcję około czterdzieściorga dzieci. Co roku zgłasza się do niego około stu par rodziców chcących zaadoptować dziecko. Podobnie jest w Chrześcijańskim Ośrodku Adopcyjno–Mediacyjnym Pro Familia.

Co roku do każdego z tych ośrodków przychodzi po kilka, kilkanaście kobiet w ciąży chcących po urodzeniu dziecka oddać je do adopcji. — Nie oceniam ich — mówi Romana Chruszcz. — To trudna decyzja dla kobiety: podpisać zgodę na adopcję swojego dziecka. Kobiety decydują się jednak na to, bo to otwiera mu drogę do pełnego rozwoju w innej rodzinie. Czasami takie rozwiązanie jest alternatywą dla aborcji — mówi.

Do ośrodków adopcyjnych przychodzą kobiety w różnym wieku, zarówno panny, mężatki, jak i rozwódki, o różnym poziomie zamożności i wykształcenia. Powody ich decyzji o oddaniu dziecka bywają złożone. — Z reguły kobiety są przekonane, że nie podołają wychowaniu dziecka — tłumaczy Chruszcz. — Często nie mają wsparcia ze strony ojca dziecka, na to nakłada się brak jakiegokolwiek innego wsparcia, często brak pracy czy mieszkania — wyjaśnia. Ośrodki najpierw mediują, próbują pomóc, poddają kobiecie pod rozwagę różne drogi wyjścia z sytuacji — żeby zmieniła decyzję. Nieraz to się udaje, nieraz nie.

Motywem kierującym parami, które chcą dokonać adopcji, najczęściej jest niemożność posiadania własnego dziecka.

— Potencjalni rodzice chcą, by dzieci były małe i zdrowe — to standard. Większość chce dziewczynki — mówi dyrektorka publicznego ośrodka adopcyjnego, Jolanta Kopińska. — Zanim uznamy, że mogą zostać rodzicami adopcyjnymi, przeprowadzamy szczegółowe testy i rozmowy, żeby poznać sytuację w rodzinie i motywy ich decyzji — dodaje. Dla wielu może to być nieprzyjemne, pytania bowiem często sięgają w głąb psychiki ludzi, w sfery intymne. — Jest coraz więcej nieudanych adopcji, po których dzieci wracają do domu dziecka z głęboką raną. Po raz drugi są odrzucane — tłumaczy Urszula Zwolska–Olszewska, psycholog z Bnina. — Na początku, kiedy dziecko jest małe, jest łatwo. Kłopoty adopcyjnych rodziców zaczynają się, gdy dziecko wejdzie w okres dojrzewania. Żeby oszczędzić mu ponownego odrzucenia, musimy wiedzieć, jak się układa między małżonkami, jakie mieli życiowe doświadczenia, czego oczekują od dziecka — wymienia.

— Szuka się zawsze rodziców dla dziecka, a nie dziecka dla rodziców — podkreśla Chruszcz. — Pragniemy mieć pewność, że adoptowane dziecko nie jest dla małżonków dzieckiem zastępczym i że rodzice nie będą starali się na siłę widzieć w nim własnych cech oraz spełnienia swoich oczekiwań. Dziecko ma prawo być akceptowane bezwarunkowo, a dziecko adoptowane ma prawo nie mieć np. uzdolnień muzycznych charakterystycznych dla rodziny, w której się wychowuje, ale np. sportowe po swojej biologicznej matce. Ważne jest, aby mieć odwagę to uznać — dodaje. Jej zdaniem, największym niebezpieczeństwem adopcji jest zakłamanie.

Tak było z Iwoną. Została zaadoptowana w wieku pięciu lat. Małżeństwo się rozpadło, dziewczynka została z matką — osobą wykształconą, ambitną zawodowo, zajmującą kierownicze stanowisko w administracji. Kobieta miała szeroki krąg znajomych, stawiała córce wysokie wymagania edukacyjne i widziała jej przyszłość podobną do swojej. Iwona długo nie sprawiała kłopotów, choć nie uczyła się najlepiej. Jej zdolności były jednak poniżej oczekiwań matki. — Dziewczyna nie sprostała im — mówi Zdzisława Noskowiak. — Mając trzynaście lat, Iwona pierwszy raz uciekła z domu. Nie wracała na noc, kradła matce pieniądze. W końcu kobieta odpuściła i na jej wniosek sąd rozwiązał adopcję — opowiada. Iwona też tego chciała, ale powrót do domu dziecka okazał się dla niej nieszczęściem. — Bardzo różniła się od reszty wychowanków. Miała kindersztubę, bogaty język, była przyzwyczajona do innego poziomu życia i miała rozbudzone potrzeby edukacyjne — wyjaśnia pedagog z Bnina. — W pewnym momencie chciała wrócić do matki, ale powrót był już niemożliwy.

— Rodzice adopcyjni nie są gorszymi rodzicami od naturalnych. Przez adopcję i proces wychowania stają się naprawdę rodzicami, a dziecko jest naprawdę ich synem czy córką, ale nie rodzoną — podkreśla Romana Chruszcz z Pro Familii. — Jednak takie rodzicielstwo ma prawo być trudniejsze, chociażby dlatego, że dziecko stało się członkiem rodziny przez „wszczepienie”. Przeżyło stratę rodziców biologicznych i prędzej czy później będzie musiało się zmierzyć z tą prawdą. Ważne jest, aby mu w tym pomóc. Można to zrobić tylko wtedy, gdy samemu nie zaprzecza się trudnej rzeczywistości.

— Adopcja musi być oparta na mądrej miłości rodziców do dziecka — mówi psycholog Urszula Zwolska–Olszewska. — Rodzice muszą wesprzeć dziecko, stworzyć atmosferę miłości, otwartości, mocnego oparcia. Bez żadnych warunków. Tak, aby mógł wyrosnąć z niego człowiek, który będzie umiał w przyszłości poradzić sobie z tym, kim jest.

Chcesz pozbawić dziecko ojca?

Z samotnymi kobietami, które chcą adoptować dzieci, jest problem.

— Nieważne, czy dziecko trafi do pełnej rodziny, czy do osoby samotnej. Ważne, żeby została zbudowana prawdziwa rodzina — mówi Zdzisława Noskowiak.

Nie zgadzają się z nią kierowniczki poznańskich ośrodków adopcyjnych. — Dziecku należy się pełna rodzina — podkreśla Romana Chruszcz. — Jeżeli z jakichś powodów są trudności w znalezieniu dla niego takiej rodziny, to można zaproponować dziecko kobiecie niepozostającej w związku małżeńskim.

— Ponieważ w praktyce pełnych rodzin chcących dokonać adopcji jest więcej niż dzieci, samotne kobiety mają szanse na dzieci starsze lub ze schorzeniami — przyznaje Jolanta Kopińska z Ośrodka Adopcyjno–Opiekuńczego.

— Bardzo rzadko proponujemy dziecko samotnym osobom — mówi Chruszcz. — W pojedynkę trudno wychować dziecko, a dziecko starsze tym bardziej, więc tych adopcji jest mało.

— Nie można zakładać, że rodziny będą trwały, a samotna kobieta zawsze będzie sama. Małżeństwo może się rozpaść, a kobieta może znaleźć ojca dla dziecka — mówi samotna poznanianka, która adoptowała syna. — Ile matek z powodu takiego, a nie innego losu samotnie wychowuje swoje dzieci? Czy one nie tworzą z dziećmi rodziny? Dlaczego im się pomaga, a kobieta chcąca adoptować dziecko ma być wyklęta? Czy samotna matka nie ma szans wychować dziecka lepiej niż niejedno małżeństwo? Moim zdaniem, ma.

Wspomina, że cieszyła się życiem, realizowała zawodowo, ale nim skończyła 35 lat, dopadła ją depresja. Chciała mieć dziecko. Bez niego życie traciło sens. Zaczęła się starać o adopcję. Poznańskiego ośrodka, do którego się zgłosiła, nie wspomina dobrze. — Potraktowano mnie zimno, niechętnie. Przedstawiono masę trudności i właściwie od razu powiedziano, że nie mam szans na dziecko — opowiada. Przeciw były także liczne ciotki, starsi znajomi, w tym jeden sędzia rodzinny: „Chcesz pozbawić dziecko ojca!” — słyszała.

— W pewnym momencie zaczęłam wątpić, czy będąc sama, mam do dziecka moralne prawo — wspomina. Znalazła jednak ośrodek poza Poznaniem, którego nie interesowało, czy jest sama, czy z kimś. — To było niesamowite, bo kobiety prowadzące ten ośrodek wiedziały, jak różne sytuacje zdarzają się ludziom, i obdarzyły mnie olbrzymim zaufaniem — opowiada. — I zrozumieniem, że jeśli człowiek decyduje się na adopcję, nie robi tego dla żartu. Uwierzyły mi, że przyjmuję całą odpowiedzialność za to dziecko.

Dostała małego chłopca i spotkała się z niezwykłą serdecznością i pomocą ludzi, nie tylko bliskich, którzy dowiedzieli się o jej decyzji. — Jest wiele samotnych kobiet, sama mam sporo takich koleżanek. Nie mają rodziny, ale pragnienie posiadania dzieci w nich wzbiera — mówi. — Myślę, że moja decyzja i determinacja, a także sukces, bo wychowuję syna już parę lat i chyba robię to dobrze, ośmiela je do tego, by poważniej traktować myśl o dziecku. By nie myśleć o nienormalnej sytuacji, którą jest przypadkowy ojciec czy sztuczne zapłodnienie. Po co, skoro jest tyle opuszczonych dzieci.

— Dziecko nie jest od zapełniania pustki czyjegoś życia. Dziecko to zobowiązanie do wychowania go — studzi ten zapał Urszula Zwolska– –Olszewska, psycholog z Bnina. — Ale jeżeli motywy są zdrowe, to jestem także za adopcjami indywidualnymi.

Jakiekolwiek byłyby poglądy i spory o prawo osoby samotnej do adopcji dziecka — na razie nie ma w Polsce dyskusji nad takim prawem dla związków homoseksualnych. Choć w niektórych krajach Zachodu staje się to już rzeczywistością, wszyscy moi rozmówcy oceniają zjawisko negatywnie. — Niechciane dzieci mają już tak pomieszane w życiu, są tak poplątane emocjonalnie, że nie wyobrażam sobie, aby można było zwiększać to pomieszanie przez umieszczenie ich w nienaturalnej rodzinie, którą jest para homoseksualna — mówi Zwolska–Olszewska. — One wymagają czystych sytuacji, czytelnych i zrozumiałych dla nich ram.

Chrzest w protestanckiej rodzinie

System adopcyjny jest w Polsce dobrze zorganizowany, pozwala w pełni wykorzystać istniejące możliwości i szanse. Dla dziecka prawnie gotowego do adopcji rodziców szukają najpierw miejscowe ośrodki adopcyjne — istniejące właściwie w każdym mieście wojewódzkim (według dawnego podziału administracyjnego kraju). Jeśli przez miesiąc nie znajdą ich na swoim terenie, ośrodek mający do tego uprawnienia szuka rodziców w całym regionie. Jeżeli i tu nie ma chętnych — po miesiącu informacja trafia do Centralnego Banku Danych o dzieciach przeznaczonych do adopcji, działającego w Warszawie. On wysyła kartę dziecka do ośrodków adopcyjnych w całym kraju. Jeśli i wtedy nie będzie chętnych — specjalna komisja kwalifikuje dziecko do adopcji zagranicznej. Zajmują się tym trzy warszawskie ośrodki — i najczęściej znajdują dla niego rodziców. W życiu takiego dziecka, jeżeli jest jeszcze małe, może się zmienić wówczas wszystko: narodowość, język, wyznanie, poczucie tożsamości… — Znam sytuację dziecka, które ma być adoptowane przez wierzącą protestancką rodzinę z Danii — mówi Romana Chruszcz z Pro Familia. — Dziecko nie jest ochrzczone i zrobią to dopiero nowi rodzice. Chrzest to ważne, integrujące wydarzenie w życiu rodziny.

Adopcje zagraniczne to ostatnia szansa dla wielu dzieci. — Dziecko ponad wszystko powinno przynależeć do człowieka. Mniej ważna jest dla niego jego tożsamość narodowa i kulturowa — mówi stanowczo Chruszcz.

Taka adopcja to szansa zwłaszcza dla dzieci o szczególnych zaburzeniach w rozwoju psychicznym i fizycznym. Nowa sytuacja życiowa, możliwości finansowe, miłość i troskliwa opieka nowych rodzin potrafią zdziałać cuda. Tak było z dzieckiem wykorzystywanym seksualnie przez ojca, ogromnie zakłóconym w rozwoju, niemal upośledzonym, którym zajmowała się Zdzisława Noskowiak. Trafiło do dobrej, zamożnej rodziny w Anglii — i ożyło. Zmieniła się jego psychika, a nawet wygląd. — Czuję wielką radość, bo zostało uratowane. A radość w naszej pracy nie jest zbyt częsta — mówi pedagog z Bnina.

Dzieci, które nie mogą znaleźć nowych rodziców nawet za granicą, są najczęściej poważnie, nieuleczalnie chore. Przeszkodą dla rodzin adopcyjnych z zagranicy nie jest ani wiek dzieci, ani liczba rodzeństwa, które jest proponowane do adopcji. — Tylko zdrowie, ale jeżeli są szanse na wyzdrowienie, rodzina zagraniczna zawsze się decyduje — mówi Jolanta Kopińska. Kierowany przez nią ośrodek, koordynujący poszukiwania rodziców adopcyjnych w Wielkopolsce, przekazał w ubiegłym roku do Banku Danych w Warszawie informacje o czterdzieściorgu dzieci, dla których nie znalazł tutaj rodziców. Dwadzieścioro pięcioro z nich zostało zakwalifikowanych do adopcji zagranicznej.

Tych, których adopcja się nie udaje, nie ma wiele, ale jednak są. Zostają w domach dziecka.

A my musimy tu zostać

— To my was tu utrzymujemy! Z naszych pieniędzy macie pensje! Kończycie pracę i idziecie do domów, a my musimy tu zostać! — często słyszą od podopiecznych pracownicy Domu Dziecka w Bninie.

— One ciągle się na kimś wyładowują — tłumaczy dzieci Romana Chytrowska, pedagog. — Zranione i przez rodziców, i w domu dziecka, wyładowują się na nas i na placówce. Zaczynają za to idealizować swój dom rodzinny. Dla Romany, młodej kobiety niemającej jeszcze 30 lat, to frustrujące doświadczenie. — Ta praca przynosi małą satysfakcję — mówi.

— Nasze osiągnięcia są niewielkie, niewspółmierne do sił, które wkładamy — potwierdza doświadczona Zdzisława Noskowiak.

Obie się jednak zgadzają: — Zawsze jest nadzieja, że komuś uda się pomóc.

Imiona dzieci zostały zmienione.

Całodobowy telefon zaufania Chrześcijańskiego Ośrodka Adopcyjno–Mediacyjnego Pro Familia w Poznaniu — 509 102 200.

Dziecięcy telefon zaufania prowadzony przez Ośrodek Adopcyjno–Opiekuńczy w Poznaniu (od poniedziałku do piątku w godz. 13–15) — (61) 662 40 50.

Trzeba ratować mniejszych
Andrzej Niziołek

urodzony w 1963 r. – absolwent kulturoznawstwa na UAM, dziennikarz, interesuje się historią Żydów poznańskich, a jego pasją jest odtwarzanie biografii zwykłych ludzi. Współpracował z magazynem „Press”. Wraz z...