Trzy stacje krzyża

Trzy stacje krzyża

1.

Urodziłam się i wychowałam na przedmieściu Nowego Jorku. Mieszkałam przy ulicy, przy której katolicy, przedstawiciele kilku wyznań protestanckich (episkopalni, prezbiterianie, luteranie) i żydzi (moja rodzina i pewna starsza para kilka domów dalej) żyli obok siebie tak spokojnie jak ziarna grochu w strąku. W Ameryce, przynajmniej na zewnątrz, wszyscy są przyjacielscy i mili. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie byliśmy świadomi dzielących nas różnic, ale dla mnie jako dziecka różnice w naszych religiach wydawały się nie bardziej znaczące od faktu, że niektóre rodziny malowały swój dom na biało, inne na szaro, a jeszcze inne miały front z cegły. Matka tak wyjaśniała odmienności teologiczne: katolicy i protestanci wierzą, że Jezus Chrystus jest Synem Bożym, a my wierzymy tylko, że Jezus był bardzo mądrym i dobrym człowiekiem. Sposób, w jaki ujęła to rozróżnienie, wskazywał zaledwie na różnicę techniczną.

W domu po drugiej stronie ulicy mieszkała rodzina katolicka państwa P. Mieli jedną córkę w moim wieku, a druga była rok starsza. Dziewczynki te były moimi najlepszymi koleżankami. Razem bawiłyśmy w klasy, skakałyśmy przez linkę i bawiłyśmy się lalkami Barbie, bawiłyśmy się też w grę ich pomysłu zwaną Kościołem, która stanowiła wariant zabawy w dom. Wymagało to ode mnie nauczenia się na pamięć Zdrowaś Mario. Deklamacja tej modlitwy w moim wykonaniu nie wzruszyła mojej matki, ale też specjalnie jej nie zaniepokoiła.

Miałam może siedem lat, kiedy dwie moje najlepsze koleżanki — Kathleen i Elizabeth P. — zwróciły się przeciwko mnie. Pozornie ni stąd ni zowąd krzyknęły na mnie: „Brudna Żydówka”.

Kiedy przybiegłam do domu, z drżącym podbródkiem, niecałkiem pewna, czy był to powód do płaczu, moja matka, najwyraźniej wierna zasadzie Chrystusa, aby nadstawiać drugi policzek, powiedziała: „Ignoruj je”.

Nie byłam nieustannie wrogiem. W niektóre dni bawiłyśmy się razem tak miło jak zawsze. Nic nie zapowiadało, kiedy mnie zdradzą albo dlaczego, ale zdradzały.

„Tania Żydówka”. Rzucały we mnie drobnymi monetami.

„Zabójca Chrystusa”, dokuczały, nie bacząc na moje szczere protesty: „Ja nikogo nie zabiłam”.

„Ignoruj je”, odpowiadała monotonnie matka. Bezustannie powtarzała: „Ignoruj je”.

Szczerze mówiąc, nie miałam żadnej satysfakcji z ignorowania ich. Co więcej, stanowiło dla mnie tajemnicę, dlaczego jednego dnia byłyśmy przyjaciółkami, a drugiego nagle stawałam się wrogiem. Nie miało to żadnego sensu.

Ta miniinkwizycja trwała już jakiś czas, kiedy moja matka musiała pójść do szpitala. Ojciec towarzyszył jej, zatem zostawiono mnie pod opieką sąsiadki, pani H., której dzieci były ode mnie starsze i dlatego nie byliśmy towarzyszami zabaw. Państwo H. także byli katolikami.

Podczas gdy moja matka przechodziła badania, a ojciec przemierzał szpitalny korytarz, czekając na wiadomość, czy matka ma raka, czy nie, ja poszłam się bawić w klasy przed domem państwa P.

„Żydom wstęp wzbroniony”, powiedziała Kathleen, po czym nastąpiła powtórka najbardziej kłopotliwego przezwiska. „Morderczyni Chrystusa”, szydziły. „Zabójca Chrystusa”.

Biorąc pod uwagę okoliczności — moja matka w szpitalu (chociaż powód jej operacji był dla mnie kolejną niejasnością) — prawdopodobnie czułam się słabsza niż zwykle. Może osiągnęłam punkt krytyczny. Wybuchłam płaczem i szlochając głośno, wróciłam do domu państwa H. Pani H. spytała mnie, co się stało.

Najpierw bałam się jej powiedzieć. Bałam się, ponieważ wiedziałam, że ona także jest katoliczką i myślałam, że to konkretne okrucieństwo popełniają wszyscy katolicy. Kiedy jednak objęła mnie i pogłaskała po plecach, szepcząc „Cśś”, poczułam się tak pocieszona, że opowiedziałam jej o wszystkim.

Pani H. posadziła mnie przy kuchennym stole, sama zajmując miejsce naprzeciw mnie. „Pozwól, że ci coś wyjaśnię. Coś, co będziesz mogła powiedzieć tym dziewczynkom, gdy jeszcze raz będą ci mówiły podobne rzeczy. Nasz Pan Jezus był Żydem”, powiedziała. „Zatem, kiedy one mówią ci złe rzeczy o Żydach, to tak jakby mówiły je o Jezusie. Powiedz im to”.

Wydało mi się, jakby promyk światła przeniknął ciemności i na zawsze pozostałam wdzięczna pani H. nie tylko za jej dobroć, którą zawsze łączyłam z prawdziwym chrześcijaństwem jako przeciwieństwem hipokryzji pobożnej rodziny P., ale za to, że nie kazała mi ich ignorować. Byłam jej wdzięczna, że dała mi pożyteczną informację, coś, czym mogłam się odgryźć tym dziewczynkom. Ta wiedza stała się moją siłą. Jednak nadal brakowało tutaj podstawowego czynnika: dlaczego ja, siedmioletnia dziewczynka z przedmieścia Nowego Jorku, zostałam obwiniona o coś, co zdarzyło się prawie dwa tysiące lat temu w zupełnie innej części świata? Gdzie w tym logika?

2.

Podobnie jak większość młodych ludzi na pierwszym roku uniwersytetu ja także poszukiwałam własnej filozofii; sposobu na życie, dzięki któremu mogłabym być dobrym człowiekiem bez konieczności rezygnowania z wszelkich zabawnych rzeczy. Grzebiąc wśród przekonań, idei i stwierdzeń różnych religii i moralności, słów proroków i profesorów, wybierałam te, które mi się podobały i pasowały do siebie w mojej własnej osobistej religii, mieszając te niewielkie wycinki, które znałam z nauk Maimonidesa, Jezusa Chrystusa, Mahatmy Ghandiego, Ralpha Waldo Emersona i Karola Marksa ze szczyptą Madame Bławatsky. Siedząc jakby w łupinie orzecha, wierzyłam w podział dóbr, wielkoduszność, niestosowanie przemocy, tolerancję, docenianie piękna natury, karmę, jasnowidztwo. Próbowałam żyć według reguł: pracuj dla innych, nadstawiaj drugi policzek, nie sądź i bądź wierna samej sobie.

Przypominając sobie ten okres, myślę, że prawdopodobnie moją własną teologiczną naiwnością można częściowo wytłumaczyć mój krzyżyk. Wypatrzyłam go w oknie sklepu po drodze z mojego mieszkania na uniwersytet. Był ze srebra, długi może na dwa cale i wyraźnie wykonany ręcznie. Miał nieregularne kształty, a Jezus zrobiony był ze srebrnych drutów, skręconych i zgiętych, bardzo prosty w formie, a mimo to wyrażał udręczenie. Krzyżyk był surowy i elegancki. Uznałam go za dzieło artysty.

Kupiłam go i nosiłam na szyi — ten dwucalowy krzyżyk na srebrnym łańcuszku. Do dzisiaj nie potrafię podać ani swojej motywacji, ani racjonalnego uzasadnienia. Być może stało się tak dlatego, że w tamtym okresie mojego życia, czując się udręczona i zmęczona, doświadczałam identyfikacji z tymi, którzy cierpią. Moja religia nie dawała mi żadnego męczennika, więc pozazdrościłam chrześcijanom ich męczenników i przywłaszczyłam Go sobie. Zazdrościłam katolikom także ich świętych, kogoś, do kogo mogłabym się modlić, prosić o łaskę i cuda, kiedy prośba nie wydawała się na tyle ważna, by kłopotać nią Boga. Może w napadzie odrazy do samej siebie próbowałam odpokutować fałszywe roszczenie do żydowskiej skazy albo zdystansować się do niego? Może powód był natury estetycznej — krzyżyk podobał mi się jak dzieło sztuki, tak samo jak podziwiałam obrazy renesansu?

Istniała też możliwość, że winny był wiek, w którym to według odwiecznej tradycji dorastająca młodzież próbuje robić kozła ofiarnego z własnych rodziców, ponieważ podczas następnej wizyty w domu miałam ten srebrny krzyżyk na sobie, widoczny wyraźnie na tle czarnego swetra. Nie było sposobu, żeby go nie zauważyć. Matkę trudno uznać za kobietę religijną, nawet wysilając wyobraźnię. Obchodziliśmy Boże Narodzenie, ponieważ to było zabawne; prawda, traktowaliśmy ten dzień, jakby nie miał nic wspólnego z narodzeniem Chrystusa, a dotyczył raczej świętego Mikołaja (który był ponadwyznaniowy). Mimo to matka rzuciła na krzyżyk jedno spojrzenie i zbladła. „Zdejmij to, zanim ojciec wróci do domu”, to było wszystko, co powiedziała.

Zbuntowałam się. Nie chciałam go zdjąć. Poza tym nie rozumiałam, dlaczego ojciec, człowiek, który rzadko się gniewał, miałby się nim przejąć. Ojciec nie był zainteresowany, kiedy zaczęłam palić papierosy, śmiał się, kiedy ufarbowałam sobie włosy na kolor czerwonego lizaka, wywrócił tylko oczami, kiedy pewnej nocy przyszłam do domu pijana. Dlaczego noszenie krzyżyka miałoby wywołać w nim inną reakcję?

Och, ta głupota młodości! Ojciec urodził się w Ameryce, ale jego rodzice i rodzeństwo nie. Dopiero parę lat później powiązałam krzyżyk na swojej szyi z opowieściami dziadków ze strony ojca mówiącymi o „obrazie krwi” i pogromach w czasie Wielkanocy, pobiciach, podpaleniach i zabójstwach popełnianych w imię Jezusa Chrystusa. Z pewnością nie jestem żadnym autorytetem w sprawie Chrystusa, ale zawsze miałam skryte podejrzenie, że bez względu na to, czy On był Synem Bożym, czy tylko dobrym i mądrym człowiekiem, nie zgodziłby się na pobicia, podpalenia i zabójstwa popełniane w Jego imieniu.

Chrystus umarł za grzechy świata, ale nie potrafię sobie wyobrazić, że zrobił to, aby ustanowić przykład dla wszystkich Żydów mających umierać na skutek grzechów innych.

3.

Konstytucja amerykańska gwarantuje rozdział Kościoła i państwa, zatem wizerunki Chrystusa w Ameryce są ograniczone jedynie do miejsc kościelnych i nie wolno ich umieszczać w miejscach i budynkach publicznych. W czasie świąt Bożego Narodzenia można trafić na scenkę ze stajenką na publicznym placu, ale i to jest rzadkością.

Ilekroć jadę do Europy, muszę się przestawić i przyzwyczaić do oglądania tych wszystkich wizerunków Chrystusa na krzyżu wzdłuż dróg, w bibliotekach, w szkołach, w budynkach rządowych, ale najbardziej zdumiewa mnie to wtedy, gdy spotykam ukrzyżowanie w restauracjach. Szczerze mówiąc, nie przypominam sobie, żebym je widywała we francuskich bistrach albo włoskich trattoriach, ale są w piwiarniach i smażalniach w Bawarii i w podobnych miejscach w Austrii. Błyszczą tam na widoku, jakby koronę cierniową oświetlono neonem, a Chrystus mrugał oczami. Nie chodzi o to, że mam coś przeciwko nim per se. Raczej jestem ciekawa, dlaczego one w ogóle tam są. Nie mówię tu o ośmiocalowych przedmiotach dyskretnie umieszczonych w celach kultu czy błogosławieństwa. Te to ogromne, często naturalnej wielkości repliki Chrystusa na krzyżu dominujące nad pomieszczeniem, w którym — jak sądziłam — mamy jeść, pić i weselić się. (Oczywiście, w tych miejscach umieszcza się też wypchane zwierzęta, które również nie pobudzają mojego apetytu).

Dla Żyda, a przynajmniej dla amerykańskiego Żyda, który dotąd spotykał się z podobnymi miejscami w podręcznikach do historii, piwiarnie przeważnie nie są przestrzeniami, w których czuje się dobrze. Jednakże sama chodzę do nich od czasu do czasu i zawsze kręcę głową ze zdumieniem, widząc podobne dekoracje.

Ostatnio byłam w Monachium, aby promować swoją nową powieść. Do programu promocyjnego książki należał również wywiad filmowany przez telewizję, który miał się odbyć w Spatenhaus, to znaczy w piwiarni, aczkolwiek luksusowej. Wyjątkowo czysta i osobliwa jak z ludowej baśni i przepełniona obfitością bawarskiego uroku, miała wysokie belkowane sufity, freski na ścianach, kosze z preclami na stołach oraz Chrystusa na krzyżu na ścianie.

Ekipa filmowa zaczęła przygotowania, ustawiono dwa krzesła naprzeciw siebie; jedno dla mnie, drugie dla kobiety zadającej pytania. Dziennikarkę posadzono twarzą do ukrzyżowanego Chrystusa. Krucyfiks był wyjątkowo duży, a przynajmniej taki mi się wydawał, lecz całkiem możliwe, że wydawał mi się większy, niż faktycznie był. Czułam ulgę, że znajdował się za mną.

Byliśmy gotowi zacząć. Przyznam jednak, że ja nie byłam przygotowana na pierwsze pytanie, które mi postawiono. Jeśli nie z innego powodu, to dlatego, że w wywiadach pierwsze pytanie zazwyczaj bywa lekkie i łatwe. To jednak takie nie było. „Jak pani, będąc Żydówką, czuje się, chodząc po ulicach Monachium?”, zapytała kobieta.

Nie miałam przygotowanej odpowiedzi. Skrawki wielu myśli przebiegły przez mój umysł: historia miasta, antysemityzm, filosemityzm… uczucie alienacji, ale żadnej ciętej wyraźnej odpowiedzi, aż do chwili, gdy nieświadomie odwróciłam się w swoim krześle i spojrzałam na Jezusa na krzyżu, zakrwawionego i udręczonego, wiszącego nad moją głową.

Będąc Żydówką, właśnie tak się czuję — jakby zawsze, nie tyle sam Chrystus, ile Chrystus taki, jakim zrobił Go człowiek, wisiał nad moją głową.

tłum. Justyna Grzegorczyk

Trzy stacje krzyża
Binnie Kirshenbaum

urodzona w 1964 r. w Nowym Jorku – pisarka amerykańska, autorka opowiadań, profesor i przewodnicząca Writing Program w Columbia University School of the Arts.Opublikowała dotychczas siedem powieści i dwa zbiory opowiadań,...