Tulą się całe zawszawione

Tulą się całe zawszawione

Rozdałam kartki i farbki, a dzieci siedzą, nawet farbek nie otworzyły. I dopiero mnie olśniło, żeby zapytać, czy one wiedzą, co to jest. Okazało się, że nie, że nigdy w życiu nie malowały. Człowiek nie myśli takimi kategoriami, że można nie wiedzieć, co to są farbki.

13 marca 2009

Jestem już w Boliwii, w Cochabambie. To zupełnie inny świat. Czekam, aż zachoruję na dur, każdy ponoć go przechodzi, kto na dłużej przyjeżdża, więc nie ominie mnie z pewnością. Jest mi tu trochę obco, dziwnie, ale po troszku coraz lepiej.

Są dwie dziewczyny z Polski, ale nie wiem, czy między nami zaskoczy. Chciałabym, bo wtedy łatwiej i milej gdzieś wyjść poza bidul. Ale na razie jest duży dystans. One są przyjaciółkami od dawna, więc trudno się wbić w taki zespół. No ale może się to jakoś potoczy sensownie.

W domu dziecka jest około 70 dziewczynek w różnym wieku. Na razie bardzo kiepsko je rozumiem, ale jakoś staram się mówić. Rano trzeba ubrać te młodsze, pomóc przy śniadaniu, wyprawić do szkoły. To podobnie jak u nas. Potem lekcje, zabawy, kąpanie. Niby to samo. Ale wszystko inaczej.

Dzieci dostają trzy posiłki dziennie i nie ma możliwości, by dojadły coś między nimi. Bo nic nie ma. Nie zostaje ani okruszek ryżu. Wszystko zjadają, nie to co u nas. Lekcje odrabiają ponad dwie godziny i żadne nie wyjdzie z sali, dopóki pani, która do nich przychodzi, im nie pozwoli. Pralka jest tylko do dużego prania, resztę trzeba prać w rękach. Dziewczynki same piorą, same gotują, same sprzątają, uprawiają coś w ogródku.

Siostry mają około 50 dolarów na dziecko na miesiąc. Starcza to na jedzenie, szkołę i lekarza, dzieci z domu dziecka nie są ubezpieczone przez rząd. Na inne rzeczy już nie starcza – np. na płyn na wszy. I dlatego wszystkie dzieci są zawszawione. Iskają się jak małpki. Biorąc pod uwagę, że wszystkie przytulają się do mnie, rozmyślam, czy nie obciąć włosów na krótko, bo inaczej nie ujadę. Albo zrobię akcję zbierania pieniędzy w Polsce, żeby tu kupić płyn i przeprowadzić odwszawianie. Tylko ciekawe, na jak długo by to wystarczyło, skoro pewnie wszystkie dzieci w szkole mają wszy. Ale tu jakoś nikogo to nie dziwi. Mnie dziwi i wkurza, ale co mogę zrobić.

Na razie nie rozróżniam dzieci, wszystkie wydają mi się podobne. Nie mogę zapamiętać ich imion, nie wszystko rozumiem z tego, co do mnie mówią, i gadam tak, że one się śmieją. No, ale z czasem mam nadzieję… Ale są takie fajne i tak się tulą wszystkie całe zawszawione.

Biednie tu, ale w bidulu jest bardzo dobrze. Dużo dzieci pochodzi z tropików, gdzie nie było ani co jeść, ani żadnej higieny. Często po raz pierwszy widzą ubikację, prysznic, talerze. Większość z nich została porzucona przez rodziców, niektórym rodzice umarli. Mają świadomość, że nikt ich nie chce. U nas do większości dzieci rodzice przychodzą. Tu prawie do nikogo.

16 marca 2009

Mija już prawie tydzień od chwili, kiedy tu przyjechałam. Pomału zaczynam się wdrażać we wszystko. Znam już część imion i potrafię je dopasować do odpowiednich twarzy. To już coś. Mocno ogranicza mnie jeszcze język, choć jako tako się dogaduję, a jeśli nie rozumiem, to się po prostu ładnie uśmiecham.
Dzieci zaczynają mnie akceptować. Dwa dni temu mała Daniela, która strasznie się bała mojego gipsu, chroniącego naderwane wiązadło w kolanie, powiedziała, że chce, abym już pojechała i nie wracała. A dziś pierwsza przybiegła, żeby się przytulić. Chyba więc nie jestem aż tak straszna.

Miałam ostatnio taką refleksję, ile rzeczy można, które u nas nie mieściłyby się nikomu w głowie:
– można bardzo zawzięcie przez pół godziny żuć skrawek pękniętego balonika, który leżał na trawie, a wcześniej był przeżuty przez 15 innych małych zębów. Tu dzieci strasznie lubią balony i każdy skrawek jest na wagę złota,
– można dojeść pozostawiony gdzieś na stole pomemłany przez jakieś małe dziecko kawałek chleba, bo ten z przydziału to było za mało,
– można cały dzień spędzić na iskaniu się, co dla nich jest chyba ważnym społecznie zajęciem, bo jakoś nie widzę, żeby okazywali sobie inaczej fizyczną bliskość,
– można nie mieć na co dzień słodyczy, a jedynie bawić się w restaurację i udawać, że się je zamawia, a potem zjada,
– można nie mieć zabawek i wymyślać sobie różne zabawy z patykami, sznurkami, pudełkami, liśćmi,
– i można przy tym być uśmiechniętym od ucha do ucha i biegać, i skakać, i nie czuć się wcale nieszczęśliwym.

Myślę, że powodem ich nieszczęścia jest głównie to, że nie mają nikogo, a nie to, że nie mają nic. Niemniej jednak to „nic” też czasem daje się we znaki, zwłaszcza gdy chodzi o jedzenie. Dla starszych „nic” to kwestia płatnych szkół czy dodatkowych płatnych kursów. No i lekarza, za którego też trzeba płacić.

Czasem nie podoba mi się, w jaki sposób starsze dziewczynki opiekują się młodszymi. Są takie, które często krzyczą albo ciągną za uszy. Gdy któraś z dziewcząt przesadza, to nie wytrzymuję i mówię jej, że przecież można inaczej, że można powiedzieć, porozmawiać.

Ale rozmowa to trudne dla nich słowo. Mało zrozumiałe.

Za to coraz lepiej dogaduję się z dziewczynami wolontariuszkami z Polski. To dobrze, bo mam ochotę czasem gdzieś wyjść i pójść na piwo. Byliśmy już dwa razy, raz z klerykiem Polakiem, który tu obok stacjonuje, czyli klimaty typowo misjonarskie.

Za trzy miesiące wybieram się w drogę, bo mi się kończy wiza, więc muszę przekroczyć granicę i wrócić do Cochabamby, aby być tu legalnie.

Po rozmowie z siostrą zarządzającą domem ustaliłyśmy, że trzeba zdobyć pieniądze na specjalne płyny, które zlikwidują problem wszawicy. Chcemy zrobić taką akcję i zobaczyć, czy to zda egzamin. Potrzebujemy więc na to środków. Rzecz nie jest wielka, kwestia 150 dolarów, może da się uzbierać. Poza tym potrzebne jest generalnie wszystko: kredki, farby, spinki, gumki do włosów, guma do skakania, misie, lalki, słodycze, majtki, skarpetki… i długo można by wyliczać. Podaję numer konta, bo niektórzy mnie pytali:

Alicja Dybas, Anna Gosztyla, ul. Garncarska 24, 31-115 Kraków
mBank: 35 1140 2004 0000 3602 5594 5482

Czasem się ludzie dziwią, że to konto polskie. Założyły je siostry sercanki w Polsce, ale korzystamy tylko my w Boliwii.

4 sierpnia 2009

Wszyscy mnie ścigają o nowości, więc się zabieram do pisania… Tym razem będzie o tropikach.

Tropiki są bardzo niedaleko od Cochabamby i w dzień, kiedy w naszych górach spadł śnieg, w ciągu dwóch godzin przeniosłam się w klimat tropikalny. Jasne, że skoro w Cochabambie zima i śnieg, to w Chapare gorąco jest jeszcze całkiem znośne. Bo latem jest absolutnie nieznośne. Ja chodziłam w krótkim rękawku, a ludzie w bluzach, bo 20 stopni to dla nich zimno.

Wybrałam się tam z wszystkimi dziewczynami. Zatrzymałyśmy się u siostry Dorotki z zakonu Córek Bożej Miłości. No cóż, siostra bardzo sympatyczna, ale pobyt w klasztorze żeńskim nie ma takiego uroku jak w męskim.

Czas nam płynął spokojnie. Zwiedziłyśmy jedynie Park Narodowy, czyli po prostu chodziłyśmy po dżungli, choć takiej ucywilizowanej, z wytyczonymi drogami itp. Na dziewczynach zrobiło to duże wrażenie, na mnie niekoniecznie, bo już widziałam takie miejsca. Mnie jednak kusi coś bardziej niecywilizowanego. No ale było przyjemnie, małpy, papugi, nietoperze, mrówki wielkości pięciu naszych mrówek, węże. To wszystko w naturze, nie w zoo.

Oprócz parku zaliczyłyśmy jeszcze kąpiel w trzech różnych rzekach. W zasadzie kąpiel to dużo powiedziane, bo woda do kolan, ale pomoczyć się w upale zawsze jest miło.

Jednak to, co naprawdę warto opisać, to mój wyjazd z padre Gregorio na rzeki.

O tym, że franciszkanie w Chapare pływają łodziami do zupełnie opuszczonych wiosek w dżungli, słyszałam od dawna. Nawet podjęłam próby poszukania jakiegoś kontaktu z padre, ale bezskutecznie. Jednak gdy byłam u siostry Dorotki, okazało się, że ona go bardzo dobrze zna i że zapyta, czy nie wziąłby mnie, gdy będzie płynął.
Najpierw była odpowiedź, że nie ma w planach płynięcia, ale plany się zmieniły i padre postanowił mnie zabrać.

Wieczorem dobiłam do Chipiriri, małej wioski, w której franciszkanie z Włoch i Polski oraz dominikanki z Kolumbii prowadzą szpital i szkołę. Do nocy pakowaliśmy rzeczy w worki wodoszczelne, bo zapowiadali deszcze (na szczęście nie padało). Rano mieliśmy mszę i zapakowaliśmy się do samochodu. Padre Gregorio, siostra Inez, dwoje studentów medycyny i ja.

Ze swojej strony mogłam zaoferować zajęcia z dziećmi, więc byłam zaopatrzona w różne gry, kartki, kredki, farbki, słodycze itd. Dodatkowo siostra dała mi do spakowania wielką torbę zabawek, mówiąc, że ludzie wychodzą na brzeg i zanoszą bagaże do wioski.

Teraz o moich towarzyszach. Padre Gregorio to bardzo rzutki i energiczny pan dobrze po siedemdziesiątce. Z dużym poczuciem humoru i włoskim sposobem bycia, rozgadany. Mam ogromny szacunek do tego człowieka, bo robi to, czego nikt nie chce robić. Wszyscy mnie straszyli, jaki tam brud, komary i jak ciężko. Wielu księży woli swoje plebanie i w miarę wygodne życie. Wiadomo, że w mieście też księża są potrzebni, ale padre Gregorio to taki prawdziwy misjonarz, tak jak mi się kojarzy to słowo właśnie. Od trzydziestu lat pływa po rzekach do swoich wiosek, a do tych, do których się da, jeździ samochodem. Minimum raz w tygodniu odwiedza jedną wioskę, a do niektórych musi jechać dwa dni. Wiosek ma około dwustu, więc wyobraźcie sobie, jak rzadko do jednej wioski ksiądz zagląda.

Siostra Inez jest pielęgniarką, tak pod siedemdziesiątkę, zajmowała się też przygotowaniem jedzenia i logistyką.

Marta i Raul, dwoje studentów ostatniego roku medycyny z Hiszpanii, mieli praktyki w szpitalu w Chipiriri przez miesiąc i na koniec ojciec Gregorio ich zabrał, bo żadni lekarze nie chcą z nim pływać. Myślę sobie, że w Europie żaden student takiej kariery nie zrobi, żeby normalnie przyjmować pacjentów. Ale lepszy student, który już wie co nieco niż nikt. Zresztą większość chorób jest dość przewidywalna, to najróżniejsze warianty pasożytów pokarmowych i skórnych, anemia, awitaminoza. Oprócz tego różne niezaleczone rany.

Na wszystkie poważniejsze choroby po prostu się umiera, bo mało kogo stać na to, żeby pojechać do szpitala i za niego zapłacić. W Boliwii nie ma darmowej służby zdrowia.

Wypłynęliśmy rano, z Pelagiem, który sterował łodzią. Łódź, niestety z motorem, który zagłuszał wszystko, ale wiadomo, że im nie zależy na podziwianiu piękna przyrody, tylko na szybkim dotarciu. Dopłynęliśmy po jakichś czterech godzinach, nie była to bardzo oddalona wioska.

Na brzegu czekało na nas kilka osób, żeby wziąć bagaże. A mieliśmy ich dużo: leki, odzież, nasze jedzenie, namioty itd. Padre zarządził, że każdy bierze swój plecak i idzie. Szłam z plecakiem wypełnionym po brzegi różnymi artykułami dziecięcymi dwie godziny w południe w pełnym słońcu. No ale jakoś dałam radę, choć nie było lekko.

Wioska to około 15 chat rozrzuconych na określonym terenie. Domki drewniane bez drzwi i okien, z dachami z liści palmowych. Jedyne meble to zbite z desek łóżka i hamaki. Rzeczy wiesza się, gdzie popadnie, choć nie ma ich za wiele, każdy ma po dwie pary spodni, ze trzy koszulki i koniec. W chatach generalnie bałagan, mimo niewielu rzeczy, jakie mają. Gotują na paleniskach przed domem.

W wiosce jest kaplica – cztery pale przykryte drewnianym dachem i ławki zbite z drewna. Oczywiście bez użycia gwoździ, bo takowych nie ma. Wszystko mocuje się łodygami różnych roślin, które są bardzo mocne i wytrzymałe. A gdy się jakiś dom zawali, to po prostu robi się następny.

Jest też szkoła z dwoma pomieszczeniami. Szkoła jest do szóstej klasy. W jednej sali uczą się dzieci do klasy trzeciej, a w drugiej do szóstej. Nauczyciele mieszkają na miejscu, ale jedynie ci, którzy nie dostali pracy gdzie indziej – jeśli im się tylko uda, wyjeżdżają jak najszybciej.

Bo w wiosce nie ma nic. W niektórych chatach jest prąd, o ile mają generator.

Mężczyźni łowią ryby i uprawiają kokę, jak wszyscy w tropikach, lub kukurydzę i jukę. Kobiety gotują i zajmują się dziećmi, których mają mnóstwo.
Jeśli jest pora sucha i do wioski dociera traktor, to każdego ranka można się nająć do wyrębu lasu i coś zarobić.

Czas spędza się jednak przede wszystkim, siedząc na głównym palcu i rozmawiając o życiu. Dzieci zajmują się same sobą, jeśli potrafią chodzić. Małe są po prostu przy mamie i gdy są głodne, to mamy je karmią, tam gdzie akurat są i niezależnie od tego, co akurat robią, na przykład podczas chrztu owego dziecka.
Zatem medycy przyjmowali, ksiądz katechizował, chrzcił, udzielał komunii. Bez żadnej fety, bez specjalnych strojów. Co najwyżej ktoś założył czystą koszulkę i tyle. I bardzo mi się to podobało. Zupełnie inna taka pierwsza komunia od naszej polskiej, gdzieśmy zabrnęli zupełnie nie w tę drogę, co trzeba.

Ja z kolei miałam zajęcia z dziećmi. Wielkie słowo zajęcia. Jakieś gry przywiozłam, książeczki. Mieli też coś namalować. Rozdałam kartki i farbki, a dzieci siedzą i nic, nawet farbek nie otworzyły. I dopiero mnie olśniło, żeby zapytać, czy one wiedzą, co to jest. Okazało się, że nie wiedzą i pierwszy raz w życiu widzą farbki. Człowiek nie myśli takimi kategoriami, że można nie wiedzieć, co to są farbki.

W październiku chciałabym tam pojechać jeszcze raz, tyle że na dłużej. A teraz kilka historii z polityki, czyli rzecz o Evo Moralesie.

Evo urodził się w wiosce bez prądu i wody gdzieś w górach, po czym rodzina przeniosła się właśnie do Chapare i mieszkał dokładnie w takiej chacie, jaką opisywałam.
Metodą załatwiania różnych spraw, gdy już został działaczem politycznym, było głównie bloqueo, czyli blokowanie dróg. W Boliwii jest to szczególnie uciążliwe, bo droga jest zwykle jedna. Słownie jedna. Na przykład między Cochabambą a Santa Cruz jest jedna droga i nie ma żadnej możliwości objazdu jakimiś drogami pobocznymi. Jeśli zatem jest bloqueo, to dezorganizuje ruch na jednej z głównych tras Boliwii, a przez to cały transport. I bloqueo dotyczy wszystkich pojazdów, nieważne, czy jest to autobus przewożący ludzi, czy tir z krowami. Jest bloqueo i wszyscy stoją. A bloqueo może dotyczyć wszystkich spraw, nawet miejscowych zatargów z lokalnymi władzami. Jeśli prezydent sam to robił, nie może gonić ludzi, bo straciłby głosy, więc ustępuje, a bloqueo się mnożą, bo wszystko można w ten sposób załatwić.
Zbliżają się wybory, więc prezydent w miejscach, gdzie ma poparcie, wyrabia ludziom po trzy dowody, żeby mogli głosować trzy razy.

W rejonach niezaludnionych (tropiki, dżungla) i nieprzychylnych jemu osiedla ludzi z miejsc, gdzie ma zwolenników. Przesiedla biedaków, dając im prawo własności ziemi. Ludzie go uwielbiają, chwalą pod niebiosa i przekonują innych, jaki to prezydent jest dobry.

Teraz ma pomysł, żeby do władzy dopuścić ludność autochtoniczną i żeby miała ona autonomię i rządziła się swoim prawem. Problem w tym, że w Boliwii ludność pochodzi z około 40 plemion, o różnych i często ze sobą sprzecznych prawach. Teraz więc kłócą się o to, które prawo ma obowiązywać, i pewnie nie dojdą do porozumienia.

Evo ma też kampanię wyborczą sponsorowaną przez wyborców, którzy są plantatorami koki. Plantatorzy mają obowiązek dowieźć kokę (która, rzecz jasna, jest nielegalna) do sztabu wyborczego, sztab wyborczy ją sprzedaje (rzecz jasna, nielegalnie) i robi kampanię wyborczą (legalnie). Tak, jak u nas dawno temu, wszelka własność prywatna, a zwłaszcza z udziałem kapitału zagranicznego, przechodzi na własność ludu, czyli państwa. Można więc sobie wyobrazić, jak funkcjonuje gospodarka.

My w Europie nie mamy pojęcia o tym, jak się tu żyje. Coś, od czego się odżegnujemy, tam wprawia w zachwyt. Właściwie w Boliwii – jak zresztą w większości państw Ameryki Południowej i Centralnej – wszystkim rządzi Chavez, prezydent Wenezueli. A jeśli ktoś mu się nie podporządkowuje, to za pomocą swoich macek robią zamach stanu, jak miesiąc temu w Hondurasie.

To tyle wieści z Boliwii.

Na razie pewnie będę milczeć, bo proza życia, dzieci, pranie, i takie tam.

8 stycznia 2010

To już moje zupełne ostatki w Boliwii. Ostatki w ciężkim czasie, bo przypadły na kolejne wygrane wybory partii Evo i widać, jak małymi krokami robi się tutaj druga Kuba. A szkoda, bo zniszczą ten kraj zupełnie. Zaczęło się od przepisu, że turyści mogą przebywać w Boliwii tylko trzy miesiące w ciągu roku. Do tej pory wystarczyło co trzy miesiące przekraczać granicę i można było zostać tak długo, jak się chciało. Ale żeby w kraju nie przebywali obcokrajowcy, to ich się tak sprytnie pozbywają. Mówi się też o tym, że z czasem będą robić problemy misjonarzom.

Tymczasem zabrali się za instytucje prowadzone przez Kościół, w tym i za nasz dom. Początkowo myśleliśmy, żeby przekształcić go w państwowy dom dziecka. Ale gdy przyszła kontrola i zobaczyła, że nasz dom się wyróżnia estetyką i zadbaniem, to stwierdzili, że fajnie mieć taki dom. I że nas wyrzucą. Dzieci, które mają domy rodzinne (bez względu na to, jakie one są) zostaną do nich odesłane. Te, które nie mają nikogo, przeniesione zostaną do domów państwowych (śpi się tam na siennikach w salach 20-osobowych). Jak to określiła pani w urzędzie, „są wyższe potrzeby niż dzieci”. To jakby nomenklatura skądinąd nam, Polakom, znana. Co prawda nie jesteśmy sami, bo około 20 placówek jest w takiej sytuacji w Cochabambie, więc łatwiej jest walczyć. Być może, dzięki różnym staraniom, uda nam się przetrwać jako internat dla dziewcząt, choć klamka jeszcze nie zapadła.

Tulą się całe zawszawione
Joanna Trawczyńska

urodzona w 1976 r. – absolwentka psychologii, przez lata pracowała w poznańskim domu dziecka jako wychowawca, a także jako psycholog w szkole. Przez rok zajmowała się dziećmi w boliwijskim domu dziecka św. Franciszka w Coc...