Usprawiedliwienie płytkości

Usprawiedliwienie płytkości

Co miesiąc, kiedy zbliża się termin wysyłki miesięcznika do druku, Jaś Grzegorczyk podsycany przez Pawła Kozackiego przybywa do mojej celi wydusić felieton. Pośród spraw i bałaganu wciskającego się życia mam uporządkować myśli, skupić się i napisać coś dość szybko i sprawnie, bo drukarnia nie może czekać, a za opóźnienia płaci się dzisiaj kary. Nie można też zawieść Czytelników, których media katolickie na podobieństwo mediów świeckich nauczyły się sobie wydzierać więc i mnie nie omija stres. Ponadto ludzie poważnych periodyków katolickich poszukują coraz to głębszej głębi, o czym dają raz po raz znać, pisząc do autora niepodpisane listy, że mógłby się wreszcie pogłębić i spoważnieć. Mam napisać felieton, interesujący, głęboki, poważny i nie o Jamnej ani nie o Lednicy.

Wściekam się ogromnie, bo gdy informuję media o przygotowaniach do Lednicy, to mnie zbywają: „Jeszcze czas, jeszcze zdążymy”. Potem piszą o lednickim przedsięwzięciu jak o jednorazowym wydarzeniu. Tymczasem mędrcy kiwają głowami: „Nieco głębi by się przydało. Nie sztuka tak zwołać młodzież, bo ona zawsze daje się podpuścić, ale trzeba dać jej dobrą i mocną strawę, nie karmić jej tylko emocjami, ale formować, formować i jeszcze raz formować”. „Formujcie sobie sami”, myślę i zastanawiam się, jak by tu na tych dziennikarzy się obrazić. Po chwili przychodzi mi na myśl inny pomysł. Nie należy w mediach katolickich niczego pisać ani ich informować, a za to trzeba zaprzyjaźniać się z mediami świeckimi. Katolickie media są jak naród żydowski zarozumiałe, piszą tylko o prawdach pewnych i wieczystych sub specie aeternitatis, natomiast świeckie zamieszczają byle co, więc trzeba im dawać, a że to „byle co” nie jest wcale byle czym, tylko wyborem Chrystusa, to nasza sprawa i nasza wygrana.

Chcąc zapewnić sobie kilka chwil oddechu i spokoju, odpowiadam zawsze Jasiowi, że felieton mam już w głowie, wieczorem go spiszę i będzie. Wtedy przychodzą niespodziewanie ludzie potrzebujący albo ktoś ważny zadzwoni i zaabsorbuje moją uwagę, a potem jest już tak późno, że aby wstać rano, trzeba iść spać. Nieuchronnie zbliża się świt, a wraz ze świtem Grzegorczyk ze swoimi wyciągniętymi łapami i uśmieszkiem.

— Jak tam nasz felieton, gotowy?

— Jeszcze nie, ale zaraz napiszę.

W chwilach mojej niemocy Grzegorczyk sięga po ostateczny argument, że redakcja go zwolni za nie dość nachalne i skuteczne molestowanie mnie do pisania. Siadam więc i odrabiam swoją część, jak szarwark. Wczoraj wieczorem przyszła do mnie pani, która zamierza wziąć z mężem separację. Nie dlatego, że przestali się już kochać, nie dlatego, że nastąpił rozkład pożycia i zmierzch uczuć, ale by można było dokonać podziału majątku i spać spokojnie. Podobno dzisiaj, zabezpieczając substancję, trzeba się rozejść albo przynajmniej separować sądownie, bo inaczej egzekutor sprawdza wszystkie konta i hipoteki i co gorsza wchodzi na majątek współmałżonka. Jeśli się nie chce, żeby wszedł, trzeba się separować.

Gdybyż to była peerelka, to sprawa byłaby prostsza. Wtedy wszyscy sobie pomagali, rozgrzeszali się, rozumieli. Sytuacja tak była zakłamana, że jedno kłamstwo więcej niczego nie zmieniało. Cóż to były za czasy. Kościoły budowało się z kradzionej cegły, a ludzi noszących broń chrzciło się nocami. Teraz kobieta, która kocha swojego męża, ma pójść do sądu i odstawić tam cyrk, że go już nie kocha, że chcą separacji, ale to tylko w domyśle, bo władza im na kasę nastaje. Co ja mam jej powiedzieć? Żony nie mam, dzieci jeść nie wołają, pieniędzy nie potrzebuję dla siebie. Klasztor wziął na siebie moje utrzymanie. Wygodne, co? Uciekając od problemów tego świata, biorę do ręki Pieśń nad Pieśniami i pogrążam się w miłości czystej i krystalicznej, wiedząc dobrze, że nie jest to żadne wyjście z sytuacji.

Tak miało być dobrze i czysto… Okazuje się bowiem, że tak jak jest postkomuna, tak samo jawi się postkłamstwo, postkrętactwo, postudawanie. Czytając Pieśń nad pieśniami, przypominam sobie renesansowy ideał szczęścia: jeśli masz bibliotekę i ogródek, to więcej nie możesz już pragnąć. Jednak to tylko maleńka cząstka problemów. Jak nigdy dotąd ludzie przychodzą po pieniądze, pracę lub pragną wynająć mieszkanie, bo nie mają za co żyć. Bardzo często chcą pożyczyć pieniądze lub dostać coś do jedzenia. Na propozycję udania się do parafii odpowiadają, że żadnych kontaktów z parafią nie utrzymują, że proboszcz ich nie zna ani oni proboszcza i że to nic nie pomoże.

Smutny, że nie potrafię pomóc człowiekowi, zasiadam po raz kolejny do pisania i zastanawiam się, po co gwałcić co miesiąc umysł, jak to i tak chleba nikomu nie da i od śmierci nie uratuje. Jednak może ma sens ta rozmowa, pozornie o niczym i nie ze wszystkimi, ale przynajmniej z tymi, którzy mi szczerze wyznali, że ze względu na moją płyciznę zaczynają lekturę miesięcznika od mojego właśnie felietonu. Cóż, takie czasy, że na czytanie głębokich rozważań nie zawsze mamy siły, choćbyśmy bardzo chcieli. Kiedyś, denerwując się na kogoś, darłem się w obecności ojca Walentego Potworowskiego, że on taki głupi, a ojciec Walenty, uśmiechając się pod nosem, powiedział mi: „Masz rację, ale dlaczego masz pretensje do niego, że nie urósł”. Redakcja „W drodze” nie może mieć za złe tym Czytelnikom, którzy ze względu na przyrodzoną płytkość zaczynają lekturę miesięcznika od mojego felietonu.

Usprawiedliwienie płytkości
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...