Uszczęśliwiające miejsce

Michał Golubiewski OP, Wojciech Prus OP: Do poświęcenia obecnego numeru miesięcznika „Tęsknocie za życiem pełnym, szczęśliwym, udanym” zainspirowały nas, skierowane do młodzieży, słowa Benedykta XVI z pielgrzymki do Polski. Mówił o pragnieniu prawdziwego domu, tęsknocie zapisanej w sercu człowieka. Kiedyś jednak myśl o szczęściu wiązano z wiecznością, teraz ludzie bardziej szukają go na ziemi. Jak myślisz, czy to owoc słabej wiary, czy może zmieniło się pojęcie szczęścia?

Ludwik Mycielski OSB: Pozwólcie, że rzecz ujmę po swojemu. W zwracaniu większej uwagi na rzeczywistość ziemską i odwróceniu jej od nieba widzę – paradoksalnie – potężne działanie Ducha Świętego. Obraz nieba przekazany nam przez przodków pozostawał w dużej mierze fałszywy: uczono nas tak naprawdę o Bogu jednoosobowym. Mój ojciec, święty skądinąd człowiek, powtarzał: „Ja wierzę: jest Jeden Bóg w Trzech Osobach. Wierzę! – tu w desperackim geście ściskał skronie. – Ale błagam: nic mi nie mów o Trójcy Świętej!”.

Karl Rahner tłumaczył kiedyś swoim studentom: „Gdyby zebrał się sobór i orzekł, że dotąd w Kościele panował czas błędów i wypaczeń, bo w rzeczywistości jest tylko Jedna Osoba Boska (!) – zasadniczą treść podręczników duchowości chrześcijańskiej można by pozostawić bez zmian…”.

Teraz przychodzi w Kościele czas trynitaryzacji życia. To istotna sprawa na trzecie milenium, jeśli mamy iść w kierunku wskazanym przez Jana Pawła II – starać się, by Kościół był domem i szkołą komunii. Moje osobiste odkrycie drogi do szczęścia (przeżycie, w którym zaświtało mi nowe) nastąpiło kilka dni po mojej mszy św. prymicyjnej w roku 1966, podczas lektury książki Rudolfa Bultmanna. Sygnalizował nieprawdziwość malowidła, na którym widzimy idącego Jezusa, przy Nim Piotra, krok dalej Jana, a potem… tabun Apostołów. Katalogi Apostołów w Ewangeliach synoptycznych i w Dziejach Apostolskich, będące „najstarszym pisanym świadectwem pierwotnych wspólnot Kościoła” – pisał Bultmann – rzecz przekazują inaczej.

Pierwszy jest zawsze Piotr, ostatni Judasz Iskariota (w Dziejach już go nie ma, bo poszedł swoją drogą). A gdy się spisze imiona Apostołów „w słupku arytmetycznym” – okaże się, że piąty jest zawsze Filip, dziewiąty Jakub, syn Alfeusza. Czy inni są wymieszani? Nie, z Piotrem jest zawsze jego brat Andrzej oraz Jan i Jakub; z Filipem Bartłomiej, Tomasz i Mateusz; z Jakubem, synem Alfeusza, Szymon Gorliwy i Juda Tadeusz. Cztery katalogi – choć powstały w różnych miejscach – zgodne świadczą o tym, że Pan Jezus stworzył trzy, a nawet cztery ogniska wzajemnej miłości – wokół Piotra, Filipa i Jakuba, a oni – za jedność trzechznimi odpowiedzialni – sami wcześniej tworzyli jednośćtrzechodpowiedzialnych.

Staraniem ich wszystkich była symfonia (συμφων?α). To słowo występuje w Piśmie Świętym dwa razy i dwa razy oznacza rzeczywistość niebiańską. U Mateusza (18,19) czytamy: „Gdzie dwóch z was wejdzie w symfonię! – συμφων?σωσιν – …, JA JESTEM pośród nich”. Jezus ich posyłał „do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał”. Więc działy się cuda, ponieważ On, Taumaturg – Cudotwórca – był pomiędzy nimi.

Czytając o św. Dominiku i o Waszych pierwszych braciach, byłem zadziwiony cudami, jakie działali, nawracając katarów. Ten fenomen nazywano Evangelisatio Christi – „ewangelizacją dokonywaną przez samego Chrystusa”. Dominik posyłał braci po dwóch i wtedy sam Chrystus szedł z nimi.

Łukasz, przytaczając opowiadanie o powrocie syna marnotrawnego, dodaje, że starszy brat (nazywany notabene presbýteros), zbliżając się do domu ojca, usłyszał taką właśnie symfonię (Łk 15,25) i dlatego nie chciał wejść… Dlatego ojciec go tak usilnie zapraszał!

Działanie Ducha Świętego w sercach dzisiejszych agnostyków, czy wręcz ateistów, upatruję więc w tym, że odrzucają oni „bozię”. Odrzucają „bogajednoosobowego”, odrzucają „boganiewspólnotę”, odrzucają „boganieTrójcę” – „boganiebędącego” Miłością Wzajemną Osób. W tym jest już kawał roboty. Teraz trzeba im pomóc, żeby odkryli Boga Prawdziwego, Boga Żywego.

Bądźmy jednak realistami: niemożliwe jest odkrycie niebiańskiego życia Trójcy Świętej bez naszego ziemskiego doświadczenia życia wspólnotowego. Przychodzi ono, kiedy w Imię Jezusa dwóch lub trzech wchodzi w symfonię. Wtedy – w sposób niejako naturalny – pojawiają się owoce DuchaŚwiętegoZmartwychwstałegoJezusa: radość, pokój… i ten wszechogarniający zachwyt, opisywany w piątym rozdziale Listu do Galatów! I to właśnie natychmiast wychwytuje każdy ιδι?της – co w Pierwszym Liście do Koryntian bynajmniej nie znaczy idiota, lecz przeciwnie: człowiek inteligentny, ale absolutnie nieznający dotąd Boga Prawdziwego – i krzyknie: „Doprawdy, Bóg jest między wami!” (1 Kor 14).

Czy tylko na tym polegał błąd w obrazie nieba, przekazanym przez poprzednie pokolenia?

Czy obraz Boga w katolickich umysłach nie jest często tożsamy z obrazem, jaki mają Żydzi i wyznawcy islamu? Spróbuj pójść w Poznaniu przed szkołę, kiedy wychodzi młodzież, albo stań przed kościołem po mszy akademickiej. I poproś studenta: „Powiedz przykazanie”. Popatrzy na Ciebie dziwnym wzrokiem i – w najlepszym wypadku – wyrecytuje „dziesięć przykazań” albo „przykazanie miłości Boga i bliźniego”. Jak gorliwy wyznawca religii Mojżeszowej! Jak porządny człowiek pracujący nad sobą, coraz bardziej w tych sprawach doskonały. A chodzi o życie na innej płaszczyźnie. Do VI wieku na to pytanie katechumen (!) odpowiadał: „Hoc est praeceptum meum ut diligatis invicem sicut dilexi vos – to jest moje przykazanie, byście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem!”.

Przyszłe pokolenia stwierdzą, jak wielki przewrót był potrzebny i jak go rozpoczął pontyfikat Jana Pawła II. Jeszcze w Kościele takiego nie było!

W czym byś upatrywał ten przewrót?

Kiedy Syn Boży przyszedł na Ziemię, nawiązywał do „mas apercepcyjnych” Narodu Wybranego. Ponieważ byli „ludźmi Tory, Pięcioksięgu”przez trzy lata nauczał Tory. Wyjaśniał, jak należy ją wypełniać, ale stawiał drugie przykazanie – miłości bliźniego – przed pierwszym, miłości Boga wyrażanej przez ofiary, przez kult i modlitwę. „Zanim przyniesiesz dar swój przed ołtarz – nauczał – najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim. A potem wróć i dar swój ofiaruj”. Jan Paweł wyrażał to słowami: „Człowiek jest drogą Kościoła”. Najpierw człowiek jest ważny, a nie to, co „tam, gdzieś u góry”. Św. Jan powie: „Jak możesz miłować Boga, którego nie widzisz, nie miłując brata, którego widzisz?”.

Największy przewrót dokonał się jednak kiedy indziej. Wspomniałem mojego tatę. Ogromna była jego miłość. Rozmawiał ze mną jak przyjaciel z przyjacielem. W pewnym jednak momencie wziął moje ręce w swoje ręce i zaczął mówić rzeczy, jakich nigdy wcześniej z jego ust nie słyszałem. Następnego dnia umarł. To, co mówił – było jego testamentem. Syn Boży stał się podobny do ludzi we wszystkim oprócz grzechu. I wiedząc, że nazajutrz umrze, w przeddzień zrobił coś podobnego. Podczas Ostatniej Wieczerzy przekazał swoją ostatnią wolę w nowym przykazaniu, które jeszcze przez św. Benedykta nazywane było praeceptum – „przykazanie” (i tyle; bez przymiotnika).

Czytamy Biblię. Leci Stary Testament, potem zaczynają się Księgi Nowego Testamentu: Mateusz, Marek, Łukasz, Jan. I oto zatrzymujemy się na 34 wierszu rozdziału 13. Rzecz – także w zakresie słownictwa – absolutnie nowa: αγ?πη εις αλλ?λους – „miłość wzajemna”! Jezus kończy umywać uczniom nogi – i oto następuje przełom. Pięć razy podczas Ostatniej Wieczerzy używa słowa, które nie pojawiło się wcześniej. Wcześniej mówiło się o αγ?πη του πλησ?ον – o miłości „bliźniego”. Od tego momentu słowo plesíon zanika. Miłość „bliźniego” schodzi na drugi plan. Wierzę w natchnienie, które kierowało autorem „kodeksu Muratoriego”: dał nam kolejność ksiąg Nowego Testamentu, jaką teraz mamy. Dzięki tej kolejności zauważamy, jak od Ewangelii według św. Jana wszystko się zmienia. Teraz się dzieje „pełnia Prawa Pięcioksięgu Mojżesza”. Dzięki wypełnianiu przez uczniów nowego przykazania miłości „wzajemnej” Jezus jest „Emmanuelem”, Bogiem z nami.

Jednak nie na tym koniec. Wiedząc, jaka trudna jest miłość wzajemna, w modlitwie arcykapłańskiej Jezus modli się do Ojca (znowu pięć razy, z wiadomej nam już przyczyny): „Aby wszyscy stanowili jedno, tak jak My stanowimy jedno”. Oto nowość. Jako christianoí – „osobybędąceJezusa” (tak nazwano uczniów po raz pierwszy w Antiochii) – mamy się wzajemnie miłować na wzór Osób Trójcy. Nasza religia jest religią cudownych relacji międzyosobowych. To jest konkret szczęścia! To coś o wiele więcej niż zwiewne doświadczenia kontemplacji w pionowym odniesieniu „ja i Bóg”, gdzie zazwyczaj „ja” pcha się żałośnie do przodu…

Teraz w mocy Ducha Świętego chcemy wypełniać wolę Ojca objawioną przez Syna: każdy idzie swoim promieniem woli Bożej i spotykamy się jak promienie w Słońcu. Jasność. Kult Boga w duchu i w prawdzie, zapowiadany Samarytance. Komunia.

Gdy ludzie przychodzą do Ciebie i mówią o szczęściu, co najczęściej mają na myśli?

Bliskość drugiego człowieka. A to – jeśli odbywa się po myśli Boga – jest bliskością Boga. Nie zawsze wyrażają to wprost. Historia naszego klasztoru w Biskupowie – wiosce na południowym krańcu Opolszczyzny – ciągle opowiada o tym człowieczym pragnieniu bliskości.

Nie zamierzałem nigdy założyć wspólnoty, nie marzyłem o powrocie do źródeł, jak o mnie mawiają. W Skandynawii, gdzie byłem szereg razy, widywałem ludzi absolutnie wypranych z Boga i niszczących siebie samych. Nigdy wcześniej nie spotkałem się z tak częstym faktem targania się na własne życie. Tam zrodziło się we mnie pragnienie, żeby pomóc tym, dla których nic już się właściwie nie da zrobić (miałem już wtedy niejasne przeczucie, że ta rzeczywistość może też przejść i do Polski). Nie potrafiłem jednak rozpoznać głosu Boga; pomógł mi w tym opat Augustyn Jankowski. Po moim powrocie do Tyńca w roku 1985 powiedział: „Zbliża się 30 rocznica twojego życia zakonnego; jaki byś chciał prezent?”. Ktoś w tym momencie do niego zapukał, poprosił więc, bym się odpowiednio pomodlił w kaplicy („a ja w tym czasie załatwię owego masona!” – dorzucił z uśmiechem). Pytałem w kaplicy: „Panie Jezu, co by to miało być?”. Wracam, otwieram drzwi. Mówię coś zupełnie nie ze mnie: „Proszę o prezent z pierwszego rozdziału Reguły św. Benedykta”. Benedykt przewiduje, że mnich ma prawo do pójścia na pustelnię – fraterna ex acie egrediens – i podjęcia walki o Boże Królestwo w pojedynkę. Mnie się wydawało, że to będzie większe poświęcenie, większe umartwienie, większa modlitwa. Za tamtych.

Opat odpowiedział: „Dobrze, udzielę ci takiego pozwolenia”. Po trzech tygodniach wróciłem, prosząc, by dał mi swoją decyzję na piśmie. Wręczył mi dekret, który mnie wprawił w osłupienie. Oto upoważniał mnie do rozmów z biskupami, którzy by chcieli mieć takiego pustelnika, którzy by mieli dla niego miejsce odpowiednie, to znaczy takie, na którym by mógł w przyszłości stanąć klasztor. Dostawałem na piśmie upoważnienie, mocą którego mogłem przyjmować kandydatów do tego klasztoru. Zupełnie mnie to zatkało. Przecież czego innego oczekiwałem!

Po rozmowach z różnymi biskupami, na koniec arcybiskup Alfons Nossol zawołał: „Tu jest palec Boga!”. Zaprosił do Bielic, dokąd przyjechałem… nie mając nic. I tak zaczęła się przygoda życia pustelniczego. Czy tak? Raczej nie: wszedłem w aurę bycia razem z Benedyktem, z pierwszymi jego uczniami – Maurem i Placydem. Wstawałem w nocy jak oni, dokładnie według Reguły i z nimi się modliłem.

Kaplica była na parterze. Nie zdawałem sobie sprawy, że podchodzą do niej ludzie i patrzą zza krzaków, co się w niej dzieje. Nocą – przed próg pustelni – zaczęli przynosić mi posiłek na następny dzień. Zaczęły się potem wielkiej wagi spowiedzi, powroty do Boga. Mężczyzn. Po czterech miesiącach był już ze mną pierwszy brat. Pół roku później było ich już czterech. Chcieli żyć zwyczajnie, jak ja, w tajemnicy świętych obcowania, choć tego sformułowania żaden nie używał.

Okazało się jednak, że zaczyna się budowa fabryki jakieś 20 metrów od budynku, w którym mieszkaliśmy. Musieliśmy więc szukać nowego miejsca. Były dwie możliwości, z których Biskupów wydawał się mniej realny. I gdy bracia podzielili się w opiniach na połowę, w mojej udręce zapytałem biskupa ordynariusza: „Co mamy robić, gdzie mamy się podziać?”. A on powiedział: „Biskupów i tylko Biskupów”.

Z upływem lat przyjeżdża tu coraz więcej ludzi. Powiadają, że bycie z braćmi jest uszczęśliwiające. Nie nazywają tego Obecnością Boga, ale właśnie: „szczęściem”. Miewamy chrzty dorosłych. Tu zawiązują się piękne wspólnoty. Bracia obliczają, że w tych wspólnotach jest około 600 osób. Nie przyjeżdżają do poszczególnych braci, ale do wspólnoty jako miejsca, które jest uszczęśliwiające!

W koncepcji duchowości, przekazanej przez poprzednie pokolenia, podkreśliłeś wątek pracy nad sobą, udoskonalanie się. Byłyby to akcenty zbyt indywidualistyczne?

Europejska religijność jest naznaczona indywidualizmem, po Kartezjuszu nawet hiperindywidualizmem. Kiedyś, u benedyktynek na wyspie jeziora Chiem w Bawarii, spotykałem kardynała Josepha Ratzingera. Mówił o swoich wykładach, zebranych w książce Eschatologia. Mówił o rejudaizacji chrześcijaństwa, którą trzeba przełamać. Wspominał, że niebezpieczne jest dla współczesnych chrześcijan łączenie ich wyobrażeń starotestamentalnych z platońskoarystotelesowską koncepcją osoby ludzkiej, gdzie osoba to individuum rationalis naturae. Kim jest owo individuum w swoim prawzorze? To Demiurg plus Jehowa. I na obraz tak pojmowanego Boga jest stworzona persona. Obecnie więc papież Benedykt używa innego określenia osoby – to proexistentia, a zatem: „egzystowanie dla”.

Według tego, w czym ja się wychowałem, staję się większą osobowością, im więcej mam rozwiniętych szarych komórek, im więcej mam władzy i tytułów (do tego dochodzi jeszcze „pochodzenie”). To wszystko się eksponuje, gdy w chrześcijańskiej wizji Boga dominuje obraz „Jednej i Jedynej Osoby Boga”. Człowiek, stworzony na Jej podobieństwo, ma być – logiczne! – coraz większy, ważniejszy, doskonalszy. A przecież nikt z nas trzech, którzy rozmawiamy, nie jest stworzony na obraz takiego Boga, tylko na obraz Boga Trójosobowego. Wielkość Osoby Boga Prawdziwego polega na tym, że Jej nie ma dla siebie! Ojciec jest nieskończenie wielką Osobą Boską, „ponieważ Go nie ma” – jest cały dla Syna i w Synu. Syn jest nieskończenie wielką Osobą Boską, bo jest cały dla Ojca i w Ojcu; Osoby Ducha Świętego „nie ma”, gdyż jest oddaniem się Ojca Synowi i Syna Ojcu. Filip powiedział Jezusowi: „Panie, pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy”. Jezus odpowiedział: „Nie poznałeś, że Ojciec jest we Mnie, a ja w Ojcu?”.

Stąd bierze się wielkość osoby ludzkiej. Stąd bierze się jej szczęście. Wielkość człowieka i jego szczęście stają się tym wspanialsze, im bardziej on sam zanika, stając się darem dla drugiego.

Jan Paweł powtarzał: „Być bezinteresownym darem z siebie”.

Być dla drugiego. Z tym wiąże się jeszcze jedno doświadczenie chrześcijan. Nasi ojcowie śpiewali: „Kto krzyż odgadnie, ten nie upadnie w boleści sercu zadanej”. U podstaw tajemnicy szczęścia jest okropieństwo cierpienia. W naszej wspólnocie – także cierpienia wielkiego, choroby i wstrząsającej śmierci brata. Ciekawa jednak rzecz. Kto idzie za nowym przykazaniem Jezusa, dokonuje wyboru Boga podobnie jak św. Paweł Apostoł, mówi (to Pierwszy List do Koryntian, początek drugiego rozdziału): „Postanowiłem nie znać pośród was niczego więcej, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ?σταυρωμ?νον – ukrzyżowanego”. Nie mówi „nikogo więcej”, tylko „niczego więcej”. Chodzi o sprawy i wydarzenia krzyżujące i tym samym „Chrystonośne”…

Słowo ειδ?ναι – „znać” po raz pierwszy pojawia się w Genesis: „Adam poznał Ewę – czytamy – a ona urodziła mu Seta” (Rdz 3). A zatem oznacza intymny związek małżonków. W „Ewangelii Starego Testamentu”, jaką jest Pieśń nad pieśniami, słowo to oznacza wzajemne oddanie się oblubieńca i oblubienicy, „bycie dla” , służenie. Tak Paweł „zna” Jezusa Chrystusa w konkrecie biedy, cierpienia… i naszych grzechów (2 Kor 5,21). I oto lgną do niego ludzie deptani, sponiewierani…

Święci, jak Paweł, mieli jaśniejące oczy. W procesach beatyfikacyjnych świadkowie często wspominają o „promiennym spojrzeniu” sług Bożych, bo Jezus, który jest Bogiem, ma swoją fantazję. Jeżeli taka kruszyna, jaką jest człowiek, służy, kiedy powinien być sparaliżowany (opaść jak mimoza) – Jezus, widząc jego wysiłek, staje we wnętrzu takiego człowieka jako Zmartwychwstały. I we wnętrzu tego człowieka, który wybiera jako swoją miłość na ziemi Jezusa ukrzyżowanego i opuszczonego, pojawiają się te same owoce Ducha Świętego, jakie przynosi Zmartwychwstały wspólnocie braci miłujących się wzajemnie. I tutaj podobnie wykwita szczęście!

Czy w Regule św. Benedykta odnajdziemy tę duchowość komunii? Pamiętam, że ujmowała mnie jego troska o braci, zapisana na przykład w tym, ile mają spożywać wina.

W latach mojego studiowania Biblii interesowały mnie przede wszystkim badania struktury jej tekstów. Zwraca się na nią uwagę, bo Duch Święty nawiązywał do zwyczajów ludzi pochodzenia żydowskiego, a ci byli bardzo wrażliwi właśnie na strukturę biblijnych tekstów. Ta wrażliwość przetrwała w naszej patrystyce do czasów świętego Benedykta. Nie jest więc przypadkiem, że pisząc Regułę mnichów, tak rozmnożył liczbę jej rozdziałów, żeby ona odpowiadała liczbie ksiąg Biblii. Cel tego sztucznego zabiegu? Mamy pamiętać, że Reguła uczy życia na co dzień według woli Bożej przekazanej w Biblii. Dokonuje jednak też zabiegu, który odkryliśmy dzięki naszym studiom, tutaj – w Biskupowie.

W centrum Reguły Benedykt umieszcza rozdział „O tygodniowej pracy w kuchni” (RB 35). Pisze go na kanwie 13. rozdziału Ewangelii Jana: mówi o obowiązku umywania nóg i trzy razy powtarza: fratres sibi invicem serviant – „bracia niech sobie wzajemnie służą”. Owo trzykrotne wzajemnie odpowiada trzykrotnemu wzajemnie w J 13. Nikt nie może być zwolniony z pracy w kuchni, quia ibi maior caritas et merces adquiritur – „ponieważ tutaj zdobywa się większą Miłość i Nagrodę”. Tę rzeczywistość piszemy wielkimi literami, bo chodzi tu o Osobę Jezusa obecnego w miłości wzajemnej braci tak konkretnej, że mierzy się ją ilością kalorii i ogląda na własne oczy (bo bracia w refektarzu się oblizują i mówią: „Ale świetne!”).

W VI wieku bracia byli wyczuleni na strukturę tekstu biblijnego, łatwo więc potrafili odczytać także intencje św. Benedykta, kiedy takie rzeczy pisał. Co jeszcze powiem? W duchowość komunii wprowadza na ostatek Testament Benedykta, który jest zapisany w 72 rozdziale jego Reguły. Jego osiem zdań, mających strukturę podobną do ośmiu błogosławieństw Jezusa, przynosi gromką triadę: invicemcertatimpariter. Bracia mają się miłować „wzajemnie, na wyścigi, jeden drugiego równocześnie”. Oto żywa ikona Trójcy Świętej we wspólnocie Benedykta!

Czyli wizja szczęścia Benedykta ma ścisły związek z Trójcą Świętą?

Choć tylko raz mówi: ob honorem et reverentiam sancte Trinitatis – „tak ma być ze względu na cześć i uwielbienie Trójcy Świętej” (RB 9), jednak w jego Regule odkrywamy szereg tajemniczych, niejako „zakodowanych” odniesień do rzeczywistości Boga Prawdziwego, w Trójcy Świętej Jedynego.

Przed udaniem się na spoczynek – pisze trzy razy pod rząd (RB 42) – bracia mają się zbierać na wspólne duchowe czytanie. Rzecz przy tym charakterystyczna: za każdym razem dodaje: in unum. Można te zdania sensownie przetłumaczyć z pominięciem owych jego trzech in unum. Są sztuczne. My w Biskupowie dodajemy: „sztuczne celowo”! Zauważamy, że Benedykt nawiązuje do 11. rozdziału Ewangelii Jana: „Jezus miał umrzeć za Naród; i nie tylko za Naród, ale żeby rozproszone dzieci Boże zgromadzić in unum – w jedno”. Swoim trzykrotnym in unum Benedykt przekazuje braciom: jak celem życia Syna Bożego we wspólnocie apostołów było gromadzenie ludzi in unum, tak i celem życia mnichów „w monasterze” (z greckiego: „w nierozerwalnej jednościtroistej”) jest in unum; dojście do doskonałej jedności Trójcy Świętej. „Ecce quam bonum et quam iucundum habitare fratres in unum” – śpiewali bracia słowa Psalmu 133 na Monte Cassino. I my w Biskupowie śpiewamy podobnie: „O, jak dobrze i jak miło, gdy bracia żyją w jedności!”.

Jak mądrość Benedykta – duchowość komunii – ma się przekładać na życie osób świeckich?

Trzeci rozdział Reguły mówi o konieczności zwoływania braci na naradę. W naszym Klasztorze Zwiastowania mamy co niedzielę takie „zwołanie” na dwie godziny przed mszą świętą. To czas na komunię duszy. Każdy mówi o swoim aktualnym życiu z Bogiem, z braćmi, i z bliźnimi. Nikomu się nie przerywa. Po każdym takim spotkaniu wychodzimy odświeżeni, szczęśliwi. To może być cenna wskazówka Benedykta dla świeckich. W niedzielę usiąść w rodzinie i powiedzieć sobie, co pięknego Pan Bóg zdziałał albo co jest jeszcze nierozwiązane, o co trzeba mam się modlić, bo w tej dziedzinie nie mam rozeznania. Nasza wspólnota dojrzewa do tego, co mówi święty Benedykt, cytując 4. rozdział Dziejów Apostolskich: „wszystko wszystkim ma być wspólne” (RB 33).

Ale jakiej otwartości to wymaga! Nie jest to zbyt trudne dla świeckich? Chociaż współczesna kultura ma sporo takiego ekshibicjonizmu psychologicznego…

U nas nie ma nic z ekshibicjonizmu. Chodzi o to, żeby powiedzieć coś, co będzie światłem dla brata. Na naszych „świętych zwołaniach” są także nowicjusze i – co jest ogromną łaską – potrafią już także innych ubogacić. To jest dar i powołanie do bycia darem. Wielka łaska tej wspólnoty.

Coraz częściej spotykamy w duszpasterstwie tak zwanych „singli” – osoby żyjące samotnie. Nie mają wspólnoty. Gdzie mogą szukać dróg szczęścia?

Im potrzebni są kapłani o specjalnym charyzmacie. Są tacy. Znamy takich. Osobiście odnoszę wrażenie, że bardzo trudno takim osobom pomóc, gdy samemu się nie jest w żywej wspólnocie. Znamy żyjących samotnie, którzy mówią: „nikogo nie mam oprócz was”. To nie są przejawy żalenia się, tylko odkrycie swojej przynależności. Rodzaj duchowej afiliacji. Wyznania równie przejmujące, jak zobowiązujące.

Oryginalne spojrzenie na „stabilitas loci”, benedyktyńską „stałość miejsca”?

Słowo „oryginalne” pochodzi od łacińskiego originale, co znaczy: „jak na początku”. To wy, dominikanie, przez swoje zaistnienie „ponosicie winę” za utrudnienia robione benedyktynom na przestrzeni ostatnich 800 lat. Zatwierdzono Was z franciszkanami u początku XIII wieku, a ponieważ byliście od początku wagabundami, ojcowie IV soboru laterańskiego wymyślili „usadzenie przynajmniej benedyktynów” i wprowadzenie naszego ślubu „stałości miejsca”. Sobór watykański II zniósł ten ślub, jako że nie ma o nim mowy w Regule i ponieważ osoba ludzka nie może się łączyć ślubem z miejscem, z rzeczami, lecz jedynie z osobami. Dużo przez to nieporozumienie było w historii benedyktynów tragedii! Zaborcy zabrali nam wszystkie klasztory, a zatem „miejsca”. I oto bracia czuli się zwolnieni ze ślubu „stałości miejsca”, bo miejsca już nie było… Rozproszyli się więc i przestali istnieć.

Według mnie oryginalne rozumienie naszego ślubu „przyrzekam stałość” (stabilitatem) dotyczy tego, co Benedykt nazywa stabilitas in congregatione – stałość w relacjach służebnomiłosnych we wspólnocie.

Świeccy powinni szukać takiej stałości wzajemnego miłowania?

Miłość jest cudotwórcza. Jeżeli się postępuje jak Samarytanin względem pobitego, może się zdarzyć, że ów uratowany spyta: „Jak mogę się odwdzięczyć?”. A Samarytanin odpowie: „Słuchaj, bracie, będziemy się starać razem nieść życie”. Tak zazwyczaj powstaje wspólnota.

Chciałem zapytać o styk tego, co duchowe i psychiczne. Psychologia jawi się jako pewnego rodzaju droga do szczęścia.

Jestem człowiekiem o słabej konstrukcji nerwowej, pełnym emocji, co chyba obaj zauważacie. W dzieciństwie przeżyłem katorgę związaną z nieudaną pierwszą spowiedzią. Braki nie były z mojej strony, tylko ze strony spowiednika. A kiedy miałem 17 lat, stał się cud. Pan Jezus powiedział pewnemu księdzu, że ma pilnować mojej regularnej spowiedzi. Prawie 52 lata co 2 tygodnie do mnie przyjeżdża – także tutaj, żebym się wyspowiadał. Robi samochodem za każdym razem 140 kilometrów. Ciarki człowieka przechodzą, co? Ale jaki jest tego wszystkiego skutek? Otóż taki, że słabo skonstruowany człowiek przecież funkcjonuje. Przez 52 lata nie miałem dłuższego okresu między spowiedziami, jak 3 tygodnie. Kiedyś byłem na rozmowie z Janem Pawłem II, który powiedział: „Ja się staram o spowiedź co tydzień; spowiadajcie się co 2 tygodnie. Dla ludzi świeckich dobrą miarą jest spowiedź pierwszopiątkowa”. Kto się da tak wspomagać przez Kościół, idzie do przodu. To najbardziej personalistyczny sakrament Kościoła, jest w nim coś z psychologii, spotkanie z drugim człowiekiem, ale nadto niesłychane szczęście, bo kapłan odpuszcza grzechy, co umożliwia otwieranie się człowieka na coraz to nowe moce Boże.

Jest w Kościele czas na ponowne odkrycie faktu ustanowienia przez Pana naszego Jezusa Chrystusa sakramentu pojednania, a tym samym progresywnego ubóstwienia człowieka.

A jak jest z „ora et labora”?

Tego sformułowania w Regule nie ma. Podobno stworzyli je w XVII wieku jezuici. Wtedy już od tysiąca lat byli benedyktyni i nikt z nich nie słyszał o ora et labora.

Pax, czyli pokój, jest pierwotnym zawołaniem benedyktynów. Dochodzi do niego ordo – „ład” – określenie często powtarzające się w Regule. Ordo et pax odkrywamy też jako charyzmat naszej wspólnoty. Rytm życia, ale także kształtujące się wokół nas rzeczywistości materialne. Respektowanie Reguły. Szacunek dla życia. Ci, którzy przyjeżdżają, mówią: „Tu wszystko się ładzi i zdobywa harmonię”. Pokój, jaki Chrystus daje, możemy ofiarować innym. Drogę szczęścia. Tak, bo cały czas mówimy o szczęściu.

Ten pokój Boży to pokój pełnej nieskończonej dynamiki perichorezy. Perichoreza to w starożytnej astronomii gigantyczny obrót ciał niebieskich. Wspominaliśmy starszego brata syna marnotrawnego. Wracając z pola do domu, nie chciał przestąpić progu… Dlaczego? Bo w domu Ojca „usłyszał muzykę”. Symfonię… Już rozmawialiśmy o niej. Ów presbýteros nie chciał wejść w ten stan… Nie chciał jednak wejść do domu ojca także z tego względu, że usłyszał „tańce” – χορων. Ten „szczegół” każe nam myśleć o perichorezie – o wewnętrznym życiu Boga. Starszy syn wkurzył się, że ten, który zmarnował wszystko, może wejść w takie relacje…

Kim to był ów „starszy syn”? Po grecku prezbýteros. „Nomen omen”. Pierwotna wspólnota Kościoła pisała wraz z Łukaszem tę przypowieść Jezusa po dobrych 30 latach swojej historii; widząc, że prezbiterzy często chcą być hersztami…. Nie chcą wchodzić w symfonię, innym ją radzą, sami w nią nie wchodzą… Zasadniczą wadą księdza i zasadniczym dramatem bywa lekkomyślna samotność. Nie ma w Nowym Testamencie miejsca, gdzie by apostoł, uczeń Pański, występował samotnie (może diakon Filip?). Zawsze są we dwóch. Dlatego powołanie do życia dla „drugiegorównegosobie” – to cudowne wyzwanie, to ogromna, stojąca przed Kościołem przygoda. Zapowiada się, że będzie tak wielka, jakiej jeszcze na świecie nie było. Także dla księży.

Uszczęśliwiające miejsce
Ludwik Mycielski OSB

urodzony w 1938 r. – benedyktyn z Opactwa w Tyńcu, doktor teologii biblijnej Nowego Testamentu, założyciel benedyktyńskiego klasztoru w Biskupowie koło Nysy Opolskiej. Święcenia kapłańskie otrzymał w 1966 roku....

Uszczęśliwiające miejsce
Michał Golubiewski OP

urodzony w 1975 r. w Gdyni – dominikanin, doktor teologii, redaktor w Wydawnictwie W drodze. Do Zakonu Kaznodziejskiego wstąpił w 2001 roku. Pięć lat później złożył śluby wieczyste, a w 2017 r. przyjął święcenia kapłański...

Uszczęśliwiające miejsce
Wojciech Prus OP

urodzony 10 kwietnia 1964 r. w Poznaniu – dominikanin, rekolekcjonista, patrolog, duszpasterz wspólnoty Lednica 2000. Jako nastolatek należał do duszpasterstwa młodzieży przy poznańskim klasztorze, które wówczas prowadził...