Uwiedziony emocjonalnie przez wspólny śpiew…

Uwiedziony emocjonalnie przez wspólny śpiew…

Jeden z braci postawił mi taką diagnozę. I trafił w dziesiątkę. Próbuję zatem zrozumieć tę swoją dolegliwość, na którą nie tylko sam cierpię, ale i porażam nią innych. Udowadnianie istnienia Boga sobie samemu i innym mam już chyba, Bogu dzięki, za sobą. Interesuje mnie natomiast sprawa uświadomionego przeżywania obecności Chrystusa między nami. Jak to zrobić, abyśmy, zebrawszy się w imię Chrystusa, umieli to jasno sobie powiedzieć, a następnie uzewnętrznić naszą postawą. Trzeba przecież jakoś wyrazić, że Chrystus jest między nami.

Chrześcijanie od zawsze Jego obecność wyrażali pieśnią, bo w ten sposób wyraża się nadzieję w Biblii. Poprzez psalmy i kantyki, lamentacje i Pieśń nad pieśniami, aż po Benedictus Zachariasza i Magnificat Maryi przebijała się nadzieja. Już na moim obrazku prymicyjnym pojawia się wątek śpiewu. Wybrałem wtedy słowa z Pieśni nad pieśniami, uzupełniając swoimi:

Ukaż mi swoją twarz
Daj mi usłyszeć swój głos
Dla Ciebie przecież
Żyję, mówię i śpiewam!

I tak już zostało. Od kiedy zostałem duszpasterzem młodzieży, a w życiu nic innego nie robiłem, od razu zrozumiałem, dlaczego Pan Bóg kazał mi skończyć szkołę muzyczną i nauczyć się grać na klarnecie. Głos wewnętrzny mi mówił, że będzie mi to potrzebne.

Jeszcze na studiach przeżyłem zarzucanie starych pieśni kościelnych i wymądrzanie się reformatorów, że stare pieśni są nieteologiczne i trzeba z nimi jak najszybciej skończyć. Zmęczeni pieśnią rzuciliśmy się w otchłań piosenek, które niosły pozorną świeżość i przynosiły wytchnienie. Ojciec Duval, Cocagniac, Soeur Sourire i nasi domowi trubadurzy święcili sukcesy na polu duszpasterskim. Gitara była przepustką bliżej ołtarza i bliżej biskupa. Piosenka katolicka towarzyszyła nam wszędzie: w kościele i na wędrówce, przy ognisku i podczas adoracji. Sacrosong to była podstawowa impreza przyszłości. Któż domyśliłby się dziś w czcigodnym i łysym prałacie Staszku Puchale przystojnego kiedyś młodzieńca, studenta i kleryka Seminarium Katowickiego w Krakowie, który śpiewem i grą na gitarze zdobywał niewieście serca, a w męskich wzbudzał zazdrość.

Piosenka jest jednak jak narzucająca się dziewczyna, męczy szybko i odpycha. Poczuliśmy znużenie. Młodzież porzuciła piosenki, które przeszły na starsze pokolenie, dostarczając wzruszeń, a sama poprzez intermedium psalmów jezuity J. Gelineau rzuciła się na kanony z Taizé. To było rzeczywiście odkrycie. Przy kościelnej niepamięci, wielokrotnie powtarzane krótkie teksty biblijne, wersety z psalmów z prostą melodią wzbogaconą wielogłosem robiły w naszych środowiskach zawrotną karierę. Sam pamiętam, jak w Taizé zbierałem pozostawione kartki z nutami i męczyłem się nad ich adaptacją na język polski – zrobiłem ich wiele wraz z moimi śpiewakami: Januarym i innymi.

Miłym epizodem było napisanie przeze mnie słów pieśni Abba Ojcze, do której później napisał melodię nasz student Jacek Sykulski i którą wylansowaliśmy jako hymn VI Światowego Dnia Młodzieży w Częstochowie w 1991 roku.

Kanony z Taizé wypełniły nasz akademicki kościół na jakiś czas. Przyprawiały nas o zawrót głowy. Wszyscy wtedy śpiewali. Jedna nawa jednym głosem, druga drugim, a tenor i alt śpiewane przez solistów do mikrofonu dawały poczucie i przeżycie pełni. Oczywiście, że śpiewaliśmy również przy okazji Akatyst i psalmy Gomółki, ale dominantą były kanony z Taizé.

Potem znowu sporo nagrzeszyłem. Spotkałem dominikanina ojca André Gouzesa z Sylvanes i poznałem jego kompozycje perfekcyjnie wykonywane przez klasztor w Tuluzie i jego scholę w Sylvanes. Była to muzyka wielogłosowa na modłę Wschodu. Tego dawało się słuchać, trudniej było wraz z nawą zaśpiewać, ale było to możliwe. Sam zrobiłem adaptację pięknego Exultet i osobiście śpiewałem ją przez lata w naszym akademickim kościele.

Poprzez te lata grzeszne jednak zawsze towarzyszyła nam pieśń: godzinek, psalmów Karpińskiego, rorat i gorzkich żalów. Pojawiały się one jak wyrzut sumienia. Jak podświadomość lub podglebie. I były jak latarnia, dzięki której nigdy nie odpłynęliśmy za daleko od brzegu.

Lednica stworzyła swoją muzykę dostosowaną do tysięcy uczestników, gdzie głównym instrumentem są ludzkie głosy wsparte bębnami, aby można utrzymać się w rytmie i tańcu.

Jednak po tak długiej drodze przyszło pragnienie wody ze źródła. Te wszystkie pochłaniające mnie adaptacje i muzyki z importu zaczęły mnie męczyć i denerwować. Jakieś to było nie nasze. Oprócz rytmu jest w pieśni coś tajemniczego, o czym wiedzą dobrze starzy organiści. To puls, wewnętrzny oddech pieśni, zgromadzenia, nawy kościelnej.

Jeśli go zlekceważymy, pieśń zostanie wykonana poprawnie, ale tylko przez organistę, nawa, rzesza natychmiast się wyłączy. Przestaniemy już być pośród pieśni. Staniemy obok. Z poczuciem wyższości i pychy, że w tak nieudolnie i niepoprawnie wykonywanym śpiewie nie potrafimy uczestniczyć. To postawa wielu muzyków z wyższym wykształceniem niezdolnych do włączenia się w nurt kościelnej pieśni. Tymczasem pieśń ta trwa. Jej przeciągłe frazowanie, zawodzenie i nieliczenie się z muzyką zwycięża. Odnawia się przez cały czas i żyje, jak tylko słowo żyć może pośród ludzi, odnawiając się od środka, budując i tworząc wspólnotę, wypełniając ich czas. I dlatego tej pieśni nie możemy opuścić, bo kiedy to uczynimy, kiedy wydostaniemy się spod jej cudownego metrum, spod jej falowania i zaśpiewu, spod przeciągania nut ponad miarę, zgubimy ton i osnowę.

Ten śpiew jest nam potrzebny, bo przybliża świat niebieski do świata naszego, ziemskiego i jest ogniwem połączenia. Śpiew sztuczny, poprawny, nie gwarantuje takiego połączenia. Po prostu nie łączy i nie przesyła tej Bożej iskry, jest nie nasz.

Niech mnie uwodzi ten śpiew, niech zabiera moją świadomość, moją wolę i moje uczucia i wiedzie tam, w te przestworza, gdzie siedzą barokowe anioły pod sklepieniem naszego barokowego kościoła w Prudniku i niech mój śpiew dołączy do ich śpiewu bez większego zgrzytu. Niech mnie otacza śpiew z każdej strony, z prawej i lewej, z przodu i z tyłu, niech mnie ogarnia całego, a nie tylko z miejsca, gdzie ustawiła się schola, zmuszając mnie do słuchania.

Ja przecież chcę śpiewać, po to tutaj przyszedłem. Chrystus jest między nami, to musi się jakoś wyrazić, a liturgia jest dobrem wspólnym. Chciałbym w tym śpiewie do tego stopnia oddać siebie, abym zmęczony wychodził z kościoła, jak ta kobieta, którą podsłuchałem, kiedy mówiła do drugiej: „Alem se dzisiaj pośpiewała, za wszystkie czasy”.

Uwiedziony emocjonalnie przez wspólny śpiew…
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...