W co tu ręce włożyć?

W co tu ręce włożyć?

Wielki Post i Święta Wielkanocne przez swój klimat, nabożeństwa, rekolekcje i spowiedzi są bardzo absorbujące. Każdy rozsądny dominikanin bierze na siebie kilka serii rekolekcji i godziny w konfesjonale bez gadania. Byłoby rzeczą śmieszną domagać się taryfy ulgowej. Triduum sacrum to zawsze koszmar zmęczenia, półsnu i letargu. Stoję jak odrętwiały, trzymając się krawędzi ławki i starając się zachowywać w miarę poważnie. Wielka Sobota to apogeum zmęczenia. Nie chcę się licytować, kto więcej wtedy pracował i bardziej jest zmęczony. W konfesjonale zasnąłem kilka razy. Raz przebudziłem się, podejmując niezwiązany z wyznaniem grzechów temat placków, a drugi raz rozpocząłem rozmowę o zdjęciach. Chociaż posiadam wyjątkową łaskę sklerozy, jeśli chodzi o to, co mówią do mnie penitenci, to przecież te swoje raptowne przebudzenia pamiętam. Pamiętam też jak pływałem, walcząc ze snem i próbując cokolwiek powiedzieć.

Dokonując tej publicznej spowiedzi, od razu przepraszam za ewentualne zgorszenie. Nie wiem, jak wytrzymują to inni księża, ale ja to wielogodzinne spowiadanie dzierżę z trudem i największym samozaparciem. Na tle tego zmęczenia i przytłumienia wielkanocne życzenia brzmią śmiesznie. „Czego sobie ojciec sam życzy?”. Jednego: świętego spokoju, samotności, możliwości osobistego pomodlenia się w ciszy. Mam dość tej liturgii, która nie jest w stanie zaśpiewać mi: Alleluja! Jeszcze dobrze nie przeminęły święta, a już eksplozja nowych problemów zblokowanych i wstrzymanych przez Wielki Post i Wielkanoc.

Weronika, córka Jasia Grzegorczyka, wychodzi za kilka dni za mąż. Dopiero co żeniliśmy Jasia z Justyną. Ani się spostrzegliśmy, jak nowe pokolenie wkracza do akcji. Wczoraj byłem z wizytą u Jasiów. Podziwiałem maleńki domek, który Paweł z Weroniką zbudowali w ogrodzie. Potem po latach niebytności zwiedzałem dom Jasiów, wreszcie przy stole rozmowa o ceremoniach ślubnych. Jasiu bardzo nieśmiało w nich uczestniczył. On, zawsze brylujący, tryskający jak gejzer dowcipem, siedział przytłumiony, obolały, jakby każde słowo i propozycja go raniły. Wcale się nie dziwię, chodzi przecież o jego starszą córkę, która wychodzi z domu, chociaż zostaje na tym samym podwórku. Młodsza natomiast, Nastazja, cieszy się, że starsza pójdzie z domu, będzie więcej miejsca dla niej i dla psa… Zainteresowała się moimi pasjami i dała zaprosić na Jamną i Lednicę. Omawialiśmy szanse jej zaangażowania się w pomoc mi, bo kto za mną nosi tylko teczkę, może się dużo nauczyć, może spotkać wielu ważnych ludzi i wyszkolić się w rozmawianiu czy załatwianiu interesów. Widziałem, że tej małej się to nawet podobało. Tylko, że nie możemy zacząć naszej współpracy od zaraz, bo Nastazja zdaje do liceum, więc musimy czekać do lata.

Lednica coraz bliżej. Mnożą się sprawy i problemy. Każdy chciałby zostać zaproszony pisemnie, imiennie oraz otrzymać wjazdówkę na pole tuż pod samą Rybę. Po kilku latach pobytu w Poznaniu znam wszystkich ważnych ludzi. I jak tu zadowolić wszystkich, skoro nie mam stałego sekretariatu.

Sprawy bieżące cierpią. Załatwiane są nieudolnie i mało elegancko. Na schodach, w przejściu, w pośpiechu popychamy do przodu tysiące rzeczy. Duszpasterstwo akademickie rozrosło się jak nigdy dotąd, chyba tylko po wojnie albo w stanie wojennym moglibyśmy się mierzyć liczbą załatwianych spraw. Nie tylko studenci, ale ludzie starsi i młodzież szkół średnich przychodzą niemalże po wszystko. Rozmawiam z ludźmi w biegu. Czasami jest kocioł. Najgorzej jest wtedy, kiedy ktoś nie potrafi mi szybko powiedzieć, z czym przychodzi, albo bardziej mu zależy na swojej osobie niż na sprawie, którą chciałby załatwić. Na pytanie: „Co pani ma mi do powiedzenia?”, słyszę odpowiedź, że „takiego chamstwa w klasztorze to się nie spodziewałam”. Ludzie są często tak absorbujący i tak skoncentrowani na sobie, że nie widzą ani nie słyszą tego, co się wokół nich dzieje, tylko prą do przodu, a ja nie mam sekretarki, która by mnie broniła przed nawałą interesantów i ustalała kolejność wejść. To niewątpliwie moja wina, bo powinienem nauczyć się wreszcie szanować samego siebie.

Za ostatni list z inwektywami na mój temat powinienem podziękować szczególnie panu doktorowi z Poznania, który przyszedłszy do mnie w sprawie mszy świętej, został natychmiast skierowany tam, gdzie się to załatwia, czyli do zakrystii. W kilka dni potem dostałem list o kulturze stajennej panującej w duszpasterstwie. Nawet dobrze, bo mam co poczytać, pokazać młodzieży i napisać felieton, kiedy poświąteczna posucha umysłowa dopadnie człowieka. Wiosnę też trzeba przetrwać. A już Lednica za pasem.

W co tu ręce włożyć?
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...