W Dolinie Poległych

W Dolinie Poległych

20 listopada jeszcze do niedawna był w Hiszpanii datą niezwykłą. To właśnie 20 listopada 1936 roku republikanie zamordowali w więzieniu w Alicante założyciela i przywódcę narodowosyndykalistycznej Falangi – José Antonio Primo de Riverę, którego aresztowali kilkanaście dni przed wybuchem wojny domowej. Ów syn byłego premiera Hiszpanii, zabity w wieku chrystusowym, otaczany był później kultem przez frankistów jako męczennik za wiarę i ojczyznę.

20 listopada 1958 roku otworzono w Dolinie Poległych – Valle de los Caidos – mauzoleum ofiar wojny domowej w Hiszpanii. W paśmie górskim Sierra de Guadarrama, 50 kilometrów na północny zachód od Madrytu, powstała bazylika, w kryptach której złożono 40 tysięcy urn z prochami poległych – zarówno frankistów, jak i republikanów. Pierwszym z pochowanych był właśnie José Antonio Primo de Rivera, którego trumnę falangiści przenieśli pieszo z pałacu w Escorialu, gdzie znajdują się grobowce hiszpańskich królów. Na starych kronikach filmowych widać nieprzebrane tłumy, które towarzyszą temu 12kilometrowemu konduktowi.

W końcu 20 listopada 1975 roku zmarł generalissimus Francisco Franco y Bahamonde. Przed śmiercią prosił, by pochowano go w podmadryckim Pardo, ale nie uszanowano jego woli i ciało władcy spoczęło w Valle de los Caidos – w świątyni, którą chciał uczynić sanktuarium pojednania narodowego. Decyzję o jej budowie wydał już 1 kwietnia 1940 roku, w pierwszą rocznicę zakończenia wojny domowej. Dzieło to zlecono dwóm architektom, którzy wywodzili się z wrogich wobec Franco obozów: baskijskiego i socjalistycznego. Tak powstał będący własnością publiczną kompleks przyrodniczoarchitektoniczny Narodowy Pomnik Świętego Krzyża, na terenie którego znajduje się opactwo benedyktynów.

W Dolinie Poległych znalazłem się 22 listopada. Zanim tam dotarłem, musiałem przejechać przez kilka policyjnych posterunków. Tylko powołanie się na brata Santiago – benedyktyna z Valle de los Caidos – spowodowało, że samochodu nie zawrócono. Okazało się, że termin corocznej Mszy za duszę Caudillo został przełożony z czwartku (20 listopada) na sobotę (22 listopada). Organizatorzy bowiem bali się, że w środku tygodnia nie zdołają zgromadzić zbyt wielu ludzi. Posterunki świadczyły, że władza obawia się uczestników uroczystości, ale zmiana daty sugerowała, że mogą to być obawy płonne, gdyż przed laty nawet w dzień roboczy udawało się zebrać olbrzymie tłumy.   Nad sanktuarium góruje największy na świecie, mierzący ponad 152 metry, kamienny krzyż. Sama bazylika, wykuta w skale, imponuje ogromem – główna nawa ma wysokość sześciu pięter i długość 262 metrów. Kiedy Franco dowiedział się, że nawa jest dłuższa niż w bazylice św. Piotra w Rzymie, gdzie liczy tylko 211 metrów, polecił przedzielić ją ścianą i skrócić do 210 metrów – przekroczenie watykańskiej wielkości wydawało mu się pychą. Na środku świątyni, w centrum ołtarza, wznosi się krucyfiks zrobiony z drzewa, które Franco ściął osobiście w okolicznym lesie, by mogła zawisnąć na nim figura Zbawiciela.

Jak każdy wchodzący do kościoła, musiałem przejść przez bramkę z wykrywaczem metalu. Takie środki bezpieczeństwa wprowadzono po próbie zamachu bombowego, gdy pewien lewacki terrorysta usiłował wysadzić w powietrze grób Caudillo.

Modlący się za duszę Francisco Franco i José Antonio Primo de Rivery nie byli w stanie zapełnić nawet części kościoła. W ogromnych wnętrzach kilka tysięcy wiernych sprawiało wrażenie garstki. Garstki z roku na rok topniejącej, jak przyznał stojący obok mnie Hiszpan o imieniu Manuel. Msza przebiegała w spokojnej, rozmodlonej atmosferze. Celebrujący ją opat benedyktynów w mitrze biskupiej poświęcił swą homilię 50. rocznicy konsekracji bazyliki, pojednaniu narodowemu oraz przypadającemu na ten dzień świętu Chrystusa Króla.   Gdzieniegdzie można było dostrzec błękitne koszule falangistów i czerwone berety karlistów. Przede mną do komunii przystępował Rafael LopezDieguez Gamoneda, sekretarz generalny partii Alternativa Espańola, potomek jednej z bardziej znanych frankistowskich rodzin. W ogóle w świątyni było bardzo wiele rodzin, i to wielopokoleniowych: od staruszków po małe dzieci. Wydaje się, że pielęgnacja tradycji frankistowskiej jest dziś ograniczona w Hiszpanii do kilkuset rodzin.

Wrażenie to pogłębił we mnie wydany nazajutrz bankiet w jednej z sal balowych hotelu położonego niedaleko stadionu Santiago Bernabeu w Madrycie. Sprawiał wrażenie zjazdu rodzinnego kilkudziesięciu rodzin, które znają się doskonale od lat i od lat wśród toastów, braw i okrzyków celebrują ten sam towarzyski rytuał. Daje on im poczucie wspólnoty, ale ta wspólnota stale się kurczy.

Po mszy na wychodzących z bazyliki czekał szpaler uzbrojonych w tarcze i pałki policjantów. Około dwustu młodych ludzi stanęło naprzeciw nich i zaczęło skandować bojowe hasła. Sławili Franco i wymyślali Zapatero. Ta manifestacja mocnych przekonań trwała może kilkanaście minut, a potem wszyscy się rozeszli. Nie doszło do żadnych rękoczynów.

Plac przed bazyliką jest zarazem olbrzymim tarasem widokowym, z którego rozpościera się panorama Madrytu. W tych dniach w Madrycie nie działo się jednak nic, co przypominałoby o rocznicy, która jeszcze niedawno obchodzona była tak uroczyście. Cały kraj żył finałem Pucharu Davisa, w którym tenisiści hiszpańscy bez kontuzjowanego Rafaela Nadala pokonali faworyzowanych Argentyńczyków. Miał rację premier José Luis Zapatero, kiedy oświadczył, że „większość Hiszpanów już nie pamięta, co znaczy 20 listopada”, a rocznica ta stała się dziś wydarzeniem „całkowicie marginalnym”. Dodał, że pozostałości po wojnie domowej „będą stopniowo zanikały, choć niektórzy ludzie są bardziej skorzy do zapominania, a inni mniej”.

Akurat miałem okazję spotkać tych, którzy są mniej skorzy do zapominania. Jest ich jednak w Hiszpanii zdecydowana mniejszość.

W Dolinie Poległych
Grzegorz Górny

urodzony 30 marca 1969 r. – polski dziennikarz i publicysta, redaktor naczelny kwartalnika „Fronda”, publicysta i reportażysta, autor wielu artykułów.W latach 2003-2009 publikował felietony na łamach miesięcznika „W drodz...