W drodze do Emaus

Dlaczego niedzielna Eucharystia jest centralnym punktem życia chrześcijańskiego?

Mirosław Pilśniak OP: Świętowanie chrześcijańskie, a w szczególności świętowanie niedzieli, odsyła nas do początków Wspólnoty. Na myśl przychodzi mi ewangeliczna opowieść o uczniach zmierzających do Emaus. Można w niej znaleźć wszystkie elementy Eucharystii. Razem z apostołami jesteśmy w drodze, mamy w pamięci wydarzenia Paschy. To, co się stało, wstrząsnęło wszystkimi. Istnieją tacy, którzy twierdzą, że Ten, którego zabili trzy dni temu, żyje, widzieli Go, jedli z Nim. Jak by to dzisiaj wyglądało? Można sobie wyobrazić media, wywiady i klimat sensacji. Uczniowie są w drodze. Jezus wyjaśnia im Pisma, odwołując się do proroków. Czego więcej potrzeba, aby wyjaśnić pierwszą część Mszy — liturgię słowa? Kościół jest w drodze z Chrystusem. Toczy się ona przez historię. Pochylamy się nad tekstami Ewangelii i proroków, wyjaśniamy je sobie nawzajem, ale przede wszystkim wierzymy, że Pan Jezus sam je wyjaśnia. Oto opis, który sięga pierwszej wspólnoty chrześcijan, nawiązuje do bezpośrednich świadków zmartwychwstania.

Druga część Mszy to modlitwa eucharystyczna w starożytności nazywana łamaniem chleba. To, co się teraz dzieje, to nie tylko nawiązanie i powtórzenie, ale uczestniczenie w tym samym ofiarowaniu, które dokonało się w czasie Ostatniej Wieczerzy i w następujących po niej wydarzeniach. To składanie ofiary z Chrystusa, który jest Żywym Chlebem Eucharystycznym dającym siebie na krzyżu.

Dlaczego Eucharystia tak bardzo jest związana z liturgią?

Tomasz Kwiecień OP: Eucharystia jest liturgią par excellence. Nic nie jest bardziej liturgią niż właśnie Eucharystia. Mówimy o liturgii jako o rzeczywistości, którą Pan Bóg czyni naprawdę. Ona trwa w łonie Trójcy, wypływa z Niej na zewnątrz. Ojcowie Kościoła nazywają ją ekonomią Bożą, czyli działaniem Bożym wobec stworzenia. To, co my robimy i co nazywamy liturgią, jest celebrowaniem tej jednej, jedynej, wiecznej liturgii, którą można utożsamić z Bożym dziełem zbawienia i która wynika z tego, że Bóg pragnie się z wszystkim ludźmi dzielić miłością. Eucharystia jest punktem najważniejszym i szczytowym. Nigdzie Chrystus nie jest tak obecny jak w niej.

To znaczy, że celebrując liturgię, poznajemy Boga?

TK: Tak mówili nasi ojcowie w wierze od początku. To jest miejsce, w którym człowiek poznaje Boga, daje się Jemu przemieniać, w którym Boże dzieło zbawienia, historycznie dokonane dwa tysiące lat temu, realnie dotyka i przemienia mnie w tym momencie, w którym staję przed Nim, aby wraz z całym Kościołem dziękować za Jego czyn.

Początek jest w Ostatniej Wieczerzy, ale także w śmierci na krzyżu, męce, zstąpieniu do otchłani, zmartwychwstaniu, wniebowstąpieniu i zesłaniu Ducha Świętego, czyli w tym, co nazywamy misterium paschalnym. Za każdym razem, kiedy celebrujemy Eucharystię, wspominamy to wydarzenie, które Ewangelia Janowa nazywa „godziną, dla której Jezus przyszedł”, a List do Galatów „pełnią czasów”. To jest centralne miejsce historii świata, w którym najbardziej się intensyfikuje Boże dzieło zbawienia i Boże działanie. Do tego miejsca odwołuje się liturgia. Czy to będzie Eucharystia, chrzest, spowiedź, kapłaństwo czy małżeństwo, zawsze stajemy wobec tej samej tajemnicy zbawienia w Chrystusie, przebłyskującej przez człowiecze potrzeby jak słońce przez witraż… Św. Leon Wielki mówił, że ci, którzy uczestniczą w Eucharystii, jakby Pana własnymi oczami widzieli, własnymi uszami słyszeli i sami w sobie Go doświadczali. Wypowiadał też mocne słowa, że ciało ochrzczonego staje się ciałem Ukrzyżowanego. Pokazywał przez to, że to, co się dokonuje w czasie celebracji liturgii, jest uczestnictwem człowieka w tamtym wydarzeniu.

MP: Bardzo mocno uderza mnie świeżość, która towarzyszy celebrowaniu Eucharystii w pierwszych wiekach. Spójrzmy na teksty, które opisują ją sto lat po czasach apostolskich. Tekst Justyna to opis bardzo sugestywny. Pokazuje, że Eucharystia jest pamiątką spotkania z Panem, którego kochamy, i możliwością przebywania z Nim teraz bez żadnej zasłony. Nie widać Go, ale przecież wyczuwamy Go kochającym sercem. Podobnie jak uczniowie w Emaus poznali po geście łamania chleba, że Pan jest z nimi. Opisy pierwszych uczestników Eucharystii podkreślają atmosferę święta, zaszczytu, którego doznają uczestniczący w tej uczcie. To my jesteśmy wybrani do tego, aby uczestniczyć w świętym obrzędzie i przyjmować Ciało Pańskie. Nie wszyscy ludzie przed nami dostąpili takiego zaszczytu, ale ci, którzy znaleźli się we wspólnocie Eucharystii, traktowali to jako rzecz najważniejszą. Przypomnijmy list Ignacego Antiocheńskiego do Rzymian o ofierze życia, która dla niego będzie Mszą. Męczeńska śmierć to uczestniczenie w Eucharystii.

Może się zdarzyć, że ktoś usłyszy opowieść o korzeniach Eucharystii, po czym stwierdzi, że i tak woli modlić się sam w kościele.

MP: Myślę, że człowieka, który nie wierzy, nie da się przekonać do wiary argumentami. Co najwyżej można zburzyć jego dotychczasowe dobre samopoczucie. Są osoby, które nie chodzą na Eucharystię, ale modlą się w niedzielę, bo jest to dzień bez pracy, który nastraja pobożnie. Na Eucharystię czasami chodzą, ale w inne dni tygodnia, kiedy mają taki nastrój. Warto wtedy zapytać, skąd wiadomo, że taka postawa jest rzeczywiście dobra, a nie tylko subiektywnie użyteczna? Jakie przyjąć kryteria oceny? Religia nie jest rzeczą, którą sami sobie tworzymy. Otrzymujemy ją jako depozyt prawd, za którymi kryje się rzeczywistość niemożliwa do odkrycia inaczej niż przez religijne uczestnictwo. Jeżeli ktoś dowolnie, według aktualnego stanu duchowego, będzie tworzył religię, to skąd będzie wiedział, że na tej drodze spotka prawdziwego Boga? Może wybrał tylko zestaw pobożnych praktyk, które służą jego dobremu samopoczuciu. Ktoś powie, że to mu dobrze robi. Alkohol też dobrze robi wielu ludziom, ale niekoniecznie przynosi korzyść. Jeżeli religia daje drogę życia, a ktoś wybiera inną, to ten ktoś się myli. Tylko jedna z tych dróg jest prawdziwa. Pozostaje dylemat, że albo prawdziwa jest droga dobrego samopoczucia, zrodzona z pobożnych prywatnych praktyk, albo ta, którą wybrały pokolenia męczenników, świętych, naśladowców Pana Jezusa.

Są także osoby, które pytają o to, skąd wiadomo, że z Eucharystią jest tak, jak wierzą chrześcijanie. To są osoby szukające. Stawiają pytania, a to znaczy, że przynajmniej przeczuwają rangę wydarzenia, którym jest Eucharystia. Myślę, że takiemu człowiekowi można wskazać na tradycję. Biskup w chwili święceń mówi, że święcony kapłan będzie sprawował obrzęd Eucharystii, którą otrzymaliśmy od Pana Jezusa. Skąd biskup to wie? Powiedział mu biskup, który go wyświęcił na księdza. Skąd wiedział tamten biskup? Powiedział mu ten, który go święcił. Kościół katolicki może się wykazać nieprzerwanym przekazem od apostołów. Wyświęceni kapłani mogą powiedzieć: to, co przekazujemy dzisiaj, wiemy od tych, którzy otrzymali tę prawdę od apostołów, którzy celebrowali Eucharystię tak, jak Pan im kazał.

Co ma zrobić człowiek, który przekonał się do udziału w niedzielnej Mszy świętej i chce jak najbardziej z niej skorzystać?

TK: Uświadomić sobie, że liturgii się nie przeżywa, tylko się w niej uczestniczy. Gdy chcemy liturgię przeżywać, kończy się to frustracją. Uczestnictwo to wejście w przestrzeń, którą liturgia ofiaruje, nawet jeżeli jest celebrowana w nudny sposób. Podczas liturgii trzeba wstać, ukłonić się, przyklęknąć, zrobić znak krzyża, coś powiedzieć, coś zaśpiewać. Pierwszym krokiem jest świadome wejście w te gesty, ponieważ ciało w modlitwie może pomagać lub przeszkadzać, w zależności od tego, jak go użyjemy.

Drugi stopień to wyciszenie. Oczywiście w dzisiejszych czasach przy roztargnieniu ludzi jest to bardzo trudne. Warto przyjść do kościoła nieco wcześniej i wyjść troszkę później, zafundować sobie takie bufory, które pomogą się wyciszyć, zrzucić z siebie hałas ulicy, z którym wchodzimy do kościoła. Odpowiednia postawa ciała może bardzo sprzyjać wyciszeniu.

Następnym etapem będzie sięgnięcie do czytań mszalnych. Przeczytane w domu lepiej słyszy się podczas Mszy.

MP: Nigdy nie damy pełnej recepty. Znam wiele osób, które odkrywają Eucharystię, jakby stojąc w miejscu, bez poszukiwania zmiany zewnętrznej formy uczestniczenia. Na jakimś etapie życia słowo Boże zaczęło do nich przemawiać bardziej wyraziście niż dotąd. Zaczęli poszukiwać możliwości modlitwy, adoracji. Było to dla nich niezrozumiałym zaproszeniem. Zaczęli adorować Najświętszy Sakrament po pół godziny, po czterdzieści pięć minut dziennie, po godzinie. Okazało się, że chwile adoracji wnoszą nową jakość w ich modlitwę dziękczynną w Eucharystii, że komunia zaczyna być źródłem tego, co pociągało do adoracji.

Bardzo pomocne w pogłębieniu pobożności eucharystycznej jest zrozumienie źródeł praktyki celebrowania Mszy, pochodzenia modlitw i jej części. Jeśli poznamy choćby strukturę Eucharystii, wtedy od razu inaczej w niej uczestniczymy. Na przykład Msza kardynała J. M. Lustigera pokazuje, że Eucharystia w tej formie, którą dzisiaj celebrujemy, jest złączeniem dwóch modlitw liturgii żydowskiej: liturgii synagogalnej, czyli liturgii słowa, i liturgii stołu świątecznego: szabatu i paschy, co znajduje swoją realizację w liturgii Eucharystii. Dla żydów czytanie Pisma Świętego, czyli to, co się dzieje w liturgii słowa, to nie tylko czytanie historii, lecz uczestniczenie w wydarzeniach. Każde czytanie ma wymiar anamnezy, czyli aktualnego uczestniczenia w wydarzeniach, o których czytamy. To wprowadza uczestnika w drogę Biblii: odkrywanie tajemnicy miłości Chrystusa, Jego misji zbawienia człowieka. Tajemnice te nie tylko przypominamy, ale uobecniamy. W sposób symboliczny wykonujemy rytuał łamania chleba i powtarzamy słowa Pana Jezusa, ale w rzeczywistości przywołujemy w ten sposób to, co się za tym rytuałem kryje, czyli ofiarę miłości zawartą w tym geście.

Do mnie najbardziej przemawiają dwa momenty. W liturgii słowa moment uczestniczenia. Mogę w wydarzeniu opisanym przez Ewangelię zobaczyć siebie po stronie tych, którzy cierpieli prześladowania, albo tych, którzy zadawali cierpienia. Odnajduję siebie wśród jednych i drugich. Mogę odnaleźć siebie także w Jezusie, w Jego roli i w Jego miejscu.

Drugi moment, który do mnie mocno przemawia, to tajemnica łamania chleba. Eucharystia jest rytuałem, który zmusza człowieka do jasnego opowiedzenia się. Mogę pójść w rytualizm, czyli uczestniczyć, bo trzeba albo odkrywać to, co w tym geście może budować moją wiarę każdego dnia bądź wręcz przez całe życie. Kiedy mówię, że Pan Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy wziął chleb, łamał i mówił: „to jest Ciało moje”, to wypowiadam te słowa osobiście. Mówię, że to jest także ciało moje, czyli moje życie, które ja daję wam, tutaj obecnym. To jest zobowiązujące i trudne. Łatwiej uciec w rytualizm i powtarzać te słowa bezmyślnie. Powracanie do tego, że to jest moje ciało i moja krew, czyli moje życie i umieranie za was, może być jednym z ważniejszych momentów życia Eucharystią. Kiedy przyjmuję komunię, potwierdzam, że chcę, żeby to, co mówiłem, naprawdę się stało.

TK: Ważne jest rozróżnienie między liturgią a celebracją liturgii. Liturgia to jest to, co Bóg czyni w moim życiu, ażeby mnie zbawić, i co wypływa z tego, że jest On Trójcą. Wszystko to, co się dzieje w kościele czy w życiu moralnym, jest konsekwencją Jego działania. Zawsze czynię liturgię, bo całe chrześcijańskie życie nią jest, natomiast od czasu do czasu muszę ją celebrować. Małżeństwo żyje ze sobą cały czas i się kocha, ale potrzebuje momentu, w którym małżonkowie przypomną sobie o tym, że są dla siebie ważni. Zawsze są małżeństwem, ale czasem celebrują ten fakt. Jeśli zabraknie w ich miłości świętowania, to będzie jej brakowało ciepła i bliskości. Regularność celebrowania liturgii ma nadać moim moralnym wysiłkom blasku. Chrześcijaństwo bez liturgii jest suchym moralizowaniem. Sprowadza się do wysiłku spełniania obowiązków, troski o zachowanie przykazań. Dla mnie to za mało.

MP: Chciałbym powrócić jeszcze do owocności uczestniczenia w Eucharystii. Pomóc może bardziej szczegółowe wyjaśnienie niektórych elementów liturgii. Na przykład, zwróćmy uwagę na to, że wezwanie „Pan z wami”, pojawia się we Mszy św. cztery razy. Te cztery momenty wyznaczają cztery rodzaje obecności Boga wśród nas. „Pan z wami” w obrzędzie wejścia ukazuje obecność Boga w ludzie zebranym w imię Chrystusa. To jest też obecność Boga w ludzie, który wyznaje swoje grzechy. Drugie „Pan z wami” przed ewangelią mówi, że wtedy, kiedy czytamy ją we wspólnocie wiary, Pan mówi do każdego z nas osobiście, czasami tak wyraźnie, że pociąga ludzi nieznających Go. Trzecie „Pan z wami” na początku modlitwy eucharystycznej mówi, że Pan uzdalnia nas do tego, abyśmy kochali w taki sposób, w jaki kocha Chrystus. Nasze istnienie i zdolność do miłości na wzór Chrystusa możliwe są dzięki temu, że On nas przemienia i upodabnia do siebie. Czwarte „Pan z wami” na zakończenie Mszy św. oznacza, że to, w jaki sposób nauczyliśmy się miłości w Eucharystii, ma znajdować oddźwięk w całym naszym życiu.

Mówicie, że Pan Jezus działa w Eucharystii. Jeżeli ja mówię: „bierzcie i jedzcie, to jest ciało moje”, to chcę to czynić w codzienności. Daję do siebie prawo. Co mam robić, żeby Eucharystia była źródłem siły w codzienności. Jak ma przemieniać moją codzienność?

TK: Wiemy tylko tyle, że to się dzieje mocą Ducha Świętego. Natomiast już św. Paweł mówił: „ilekroć spożywacie Ciało Pańskie i Krew Pańską pijecie, śmierć Pana głosicie, aż przyjdzie”. Tego typu sformułowania u św. Pawła wskazują, że Kościół wierzył tak od samego początku, że doświadczał tajemnicy. Eucharystia przerasta mnie, nie mogę w niej niczego kontrolować za wyjątkiem ludzkiego wymiaru: sposobu celebracji, śpiewu, materialnych elementów Mszy. Wszystko inne pozostaje w rękach Zmartwychwstałego, który posyła Ducha, aby działał w sercach tych, którzy przyjmują Jego Ciało. Jedyne, co mogę zrobić, to starać się żyć zgodnie z tym, co usłyszałem na liturgii.

MP: Nie możemy zobaczyć wzrokiem tego, w jaki sposób Pan Jezus sprawia, że my jesteśmy do Niego podobni. Tajemnicą pozostanie również to, w jaki sposób Bóg działa przeze mnie dzięki temu, że uczestniczę w Eucharystii. Pozostaje wiara. Mogę tylko wierzyć, że tak rzeczywiście jest: że przeze mnie Chrystus działa i kocha. Jednak decyzja o przyjęciu Eucharystii powinna być dla mnie czymś zobowiązującym. Odwołam się tutaj do opisu, który znajduje się u Baltasara w książce W pełni wiary.

W Ewangelii św. Jana nie ma opisu ustanowienia Eucharystii, czyli tego, że Pan Jezus wziął chleb, łamał i mówił: bierzcie i jedzcie. W czwartej Ewangelii jest za to opis, jak Jezus myje nogi apostołom. Kiedy Pan Jezus podszedł do Piotra, ten powiedział: „Nie będziesz mi mył nóg”. Piotr mówi to dlatego, że we wszelkich hierarchiach, ten, kto jest mistrzem, panem, Bogiem, jest na górze, a ten, kto jest jego uczniem, jest na dole. Tutaj Pan Jezus, Mistrz przyjmuje tradycyjną rolę sługi i chce myć nogi gościom. Piotr protestuje: nie może tak być, że Pan i Bóg będzie mył nogi, tak, jak to powinien robić sługa. Pan Jezus mówi: jeżeli nie przyjmiesz tej posługi, to nie będziesz miał udziału. To znaczy, jeżeli nie zaakceptujesz odwrócenia hierarchii, to nie będziesz miał udziału w tym, czego pragniesz. Wielkość wiary Piotra polega na tym, że akceptuje i godzi się na to, aby Bóg wystąpił w roli sługi. Piotr, przyjmując od Jezusa tę posługę, wie, że zobowiązuje się w ten sposób do miłości identycznej z tą, którą przyjął ze strony Pana. Odtąd miłość do kogokolwiek będzie musiała być podobna do miłości Pana, realizować się jako miłość sługi. Dla chrześcijan to nauka miłości na wszystkie czasy. Ktoś, kto przyjmuje Eucharystię, przyjmuje posługę mycia nóg dokonaną przez Jezusa. Decyduje się, że podobną postać miłości będzie praktykował na co dzień wobec każdego. W praktyce jest to uciążliwe, stawia przed nami bardzo trudne zadanie, ale wypływa ono z Eucharystii.

Gdy przyjmuję eucharystię, nie mam czuć się wyróżniony, lepszy od tych, którzy jej nie przyjmują. Ma to być zawsze wyznanie wobec innych, że decyduję się na miłość podobną do tej, którą Chrystus kocha nas teraz w Eucharystii.

Eucharystia jest znakiem jedności, buduje komunię…

MP: Obraz jedności przywołuje teolog François Varillon w książce Radość wiary, radość życia. Mówi on, że w miłości małżeńskiej ciało jest jednym ze znaków bliskości osób. Również dla Chrystusa zmartwychwstałego Jego cielesność jest sposobem na spotkanie nas najbliżej, jak to jest tylko możliwe. Varillon mówi, że jeżeli dla małżonków seks jest chwilą doświadczenia całkowitej bliskości i zjednoczenia, to jest to jednak doświadczenie przemijające i nie może być trwałe na ziemi. Dla Chrystusa spotkanie i zjednoczenie dokonujące się dzięki Jego cielesności, której dotykamy w Ciele i Krwi, przyjmując komunię, jest jeszcze pełniejszym spotkaniem z nami. Może być ono przerwane tylko poprzez nasz akt odejścia od Chrystusa.

Św. Ireneusz pisze jeszcze inaczej „chleb, który przyjmujemy w Eucharystii, to nie „taki sam” kawałek, ale „ten sam”, który przyjmujemy: ja i ty, który przyjmujesz Komunię św.; ten sam, który przyjmuje każdy z obecnych, ten sam, który przyjmowali nasi ojcowie w wierze, i ten sam, który przyjmowali apostołowie, uczestnicząc w eucharystii z Jezusem. Tu widać jedność całej Wspólnoty w historii. Zawsze celebrujemy jedną i tę samą eucharystię.

Jak wychowywać do przeżywania liturgii?

TK: Wychowywać trzeba przede wszystkim pasterzy, aby troszczyli się o liturgię i nie traktowali jej po macoszemu, żeby dali sobie czas i nie spieszyli się z jej odprawianiem. Mając czas, można ją czynić piękną. Jeżeli liturgia jest po ludzku nieatrakcyjna, to ludziom trudniej w nią się włączyć. Kapłani powinni zatroszczyć się o rzetelną wiedzę liturgiczną. To pomoże uniknąć monstrualnych czasem błędów.

Jeżeli chodzi o wiernych, to będzie to troska o proste rzeczy, o wykorzystanie tego, co jest — ciała, gestu, słowa — żeby się nie bać głośno mówić, żeby się nie nastawiać na przeżywanie. Człowieka, który przychodzi przeżywać Eucharystię, porównałbym do kogoś, kto przychodzi na wesele i zamiast tańczyć, śpiewać, pić i jeść, siedzi w kącie i medytuje o istocie sakramentu małżeństwa. To nie czas na to. Z Eucharystią jest podobnie. To nie jest czas na medytacje, tylko na aktywne wejście tam, dokąd Pan Bóg prowadzi.

Często pytamy „Co mi da uczestnictwo w liturgii?”. Nie widzimy zmian, są one dla nas niezauważalne. W ten sposób Pan Jezus nas chroni przed zawłaszczeniem następnej przestrzeni i kontrolowaniem jej. W liturgii mamy się poddać temu, co jest nam zadane, wejść w przestrzeń, której nie tworzymy, lecz którą tylko przyjmujemy. To szansa, że będziemy się uczyli duchowości, a nie tylko spijali emocjonalny miodek. Dla wielu ludzi przyjemniejsze jest charyzmatyczne spotkanie modlitewne albo pójście do kościoła w ciszy i spokoju, kiedy można odetchnąć w namodlonych murach i zamienić kościół w świątynię dumania. Uczenie się duchowości w liturgii pokazuje, że ona jest niezależna od naszego stanu emocjonalnego i że nie musimy słuchać naszych emocji, żeby się dobrze modlić. Można modlić się dobrze, nie mając dobrego samopoczucia.

Liturgia wyprowadza z tyranii odczuć i emocji…

TK: Myślę, że bardzo skutecznie. We wstępie do Liturgii Godzin możemy przeczytać, że mamy modlić się psalmami zadanymi na dany dzień, na daną godzinę, bez względu na to, czy nam się chce złorzeczyć czy cieszyć. Kiedy przychodzę na jutrznię wściekły, bo źle spałem w nocy i śniły mi się koszmary, muszę się z tym zmagać, ponieważ głośno śpiewam to, co liturgia zadała mi na ten czas: „Chwalcie Pana, bo jest dobry”. To jest lekarstwo na ranę egocentryzmu. Liturgia, zadając mi pewne rzeczy i nie troszcząc się nadmiernie o mój stan emocjonalny, pokazuje mi, że jestem w stanie się od niego uwolnić.

Jak dalej prowadzić człowieka, który dojrzale podchodzi do uczestnictwa w liturgii?

TK: W dużej mierze zależy to od konkretnej osoby. Wierzę, że Duch Święty prowadzi każdego z nas. Pójście dalej to w dużej mierze próba czynienia Eucharystii, to znaczy, przełożenia mojego uczestnictwa na życie, upodabniania się do Chrystusa. Jest taki moment w każdej modlitwie eucharystycznej, który się nazywa epiklezą nad ludem, czyli wołaniem Ducha Świętego nad zgromadzeniem. Wtedy kapłan się modli o dwie rzeczy. Posłuchajmy słów IV modlitwy eucharystycznej: „spraw, aby wszyscy, którzy będą spożywali ten sam Chleb i pili z jednego Kielicha, zostali przez Ducha Świętego złączeni w jedno ciało i stali się w Chrystusie żywą ofiarą ku Twojej chwale”. To zdanie pokazuje, po co jest Eucharystia — wskazuje na jedność i życie w duchu ofiary z siebie.

Dlaczego tak często mamy celebrować Eucharystię? Rozumiem rocznicę, miesięcznicę, ale dlaczego chodzić co tydzień? Czy odpowiedź można znaleźć w naszej oporności w przyjmowaniu postawy sługi myjącego nogi?

MP: Miłości Chrystusowej, eucharystycznej musimy się uczyć każdego dnia, dlatego powinniśmy powtarzać ten gest jak najczęściej. Pytanie jednak jest postawione ze złej strony. To pytanie człowieka, który nie ma ochoty na powtarzanie rytuału Eucharystii i szuka sposobu, by ten niemiły obowiązek nie był taki nieprzyjemny.

Odwołam się znowu do pierwszych pokoleń chrześcijan. Uczestniczenie w Eucharystii było traktowane jako wybranie, zaszczyt, że mogę być jej częścią. Dla pierwszego pokolenia chrześcijan ten zaszczyt spełniał się raz w tygodniu, w dniu zmartwychwstania. Chodziło ono na Eucharystię najczęściej, jak to było możliwe, czyli raz w tygodniu. Później pojawiła się praktyka celebrowania Eucharystii poza niedzielą, w dniu męczeństwa męczenników, na ich grobie. Dni męczenników przybywało. W końcu chrześcijanie odkryli, że każdy dzień jest naznaczony zmartwychwstaniem, więc można Eucharystię odprawiać codziennie. Obecnie, jeżeli przemawiają za tym argumenty duszpasterskie, można uczestniczyć w Eucharystii dwa razy dziennie, ale lepiej nie traktować tego jako jedynego wyrazu pobożności. Lepiej uczyć się rozciągania tajemnicy Eucharystii na pozostały czas dnia i na następne dni tygodnia. Służy temu liturgia uświęcenia czasu, liturgia godzin. Kościół się zachwycił nią na nowo po II Soborze Watykańskim do tego stopnia, że zachęca do wprowadzania świeckich w praktykę odmawiania brewiarza. To jest przedłużanie dziękczynienia Eucharystii i wejście w liturgię, w której się spodziewamy uczestniczyć w niebie. Inną formą jest adoracja Najświętszego Sakramentu. Do Eucharystii mogą nas odnosić wszystkie gesty miłości, począwszy od posługi mycia nóg, a skończywszy na świętowaniu, celebrowaniu wspólnoty, wszystkie ludzkie więzi, przyjaźnienie się.

Jaka jest rola śpiewu w liturgii?

TK: Kościół jest ostatnim miejscem, w którym się jeszcze śpiewa, i byłoby bardzo źle, gdybyśmy wyrzucili śpiew z kościoła. Ma on znaczenie jednoczące i oczyszczające ludzkie emocje, pozwala na zaangażowanie ich w liturgię. Pomaga także zrozumieć i celebrować słowo, które śpiewane na odpowiednią melodię, głębiej dociera.

Czy jest jakiś optymalny śpiew? Niektórzy mówią, że gregorianka. Będą też tacy, którzy lansować będą bardziej współczesne melodie, chwytające za serce, wpadające w ucho.

TK: Z własnego doświadczenia mogę stwierdzić, że im dłużej śpiewam liturgię, tym bardziej sobie cenię chorał, który jest bardzo trudną formą muzyczną. Jeżeli jednak już się go opanuje, to człowiek przekonuje się, że coraz łatwiej się nim modlić i coraz więcej odkrywa w nim emocji. Bądźmy jednak realistami. Chorał wymaga obycia. Trzeba najpierw przeprowadzać Kościół od obrzydliwych, rzewnych szansonetek, które mają kiepską muzykę i tekst, do bardziej zaawansowanej formy muzycznej i treściowej. Dopiero później można prowadzić do chorału. Musimy sobie zdawać sprawę z czasów, w których żyjemy. Chociaż skoro na roratach w Poznaniu, o szóstej rano cały kościół — tysiąc ludzi — śpiewa chorał z emocją, z natchnieniem i z wielkim zaangażowaniem, to znaczy, że to jest możliwe.

Są tacy, którzy mówią, że liturgia powinna być bardzo bliska życiu. Będą postulowali odprawianie mszy w dżinsach, w kubku do kawy. Istnieje tradycja mówiąca, że liturgia winna być niezmienna i zachowana w stałym rycie. Jak się w tym odnaleźć?

TK: Najbardziej korcącą odpowiedzią jest oczywiście Tomaszowe in medio virtus, ale to zbyt upraszczające. Hasło „liturgia bliższa życiu” pociąga dwie niebezpieczne konsekwencje. Po pierwsze, gdybyśmy mieli bardzo przybliżać liturgię życiu, to ryzykujemy, że będziemy celebrować już nie wydarzenie Chrystusa, ale nas samych. Po drugie, wielu tych, którzy postulują coś takiego, mówi, że liturgia musi być czytelna, zrozumiała dla współczesnego człowieka. Nie było takiego etapu w historii Kościoła, w którym liturgia byłaby dla wszystkich oczywista. W tradycji chrześcijańskiej zawsze liturgię się tłumaczyło. Także w czasach starożytnych, kiedy była celebrowana w języku dla wszystkich zrozumiałym, istniała rzeczywistość, która się nazywała mistagogią, czyli wprowadzeniem do misterium. Nawet wtedy, kiedy słowa były zrozumiałe, istniało wtajemniczanie w tematykę, ponieważ celebracja liturgii, jak każdy system znaków, wymaga wprowadzenia. Przybliżanie do życia sprowadzające się do momentu, gdy już nie trzeba niczego tłumaczyć, bo wszystko jest zrozumiałe, prawdopodobnie szybko by zniechęciło ludzi do liturgii. Taka banalizacja się zdarzała: eksperymenty holenderskie czy francuskie pokazały, że gdy się upraszcza wszystko i sprowadza do codziennego życia, to się okazuje, że ludzie przestają być tym zainteresowani.

Liturgia jest zejściem Bożego działania na grunt przygotowany przez człowieka. Celebrowanie jest ludzkim dziełem, Duch Święty się w nie włącza i przemienia w sposób, który dla nas jest często niezauważalny. To, co robią ludzie, niesie w sobie charakter języka, w którym sprawowana jest liturgia, charakter muzyki, celebracji. To podlega naturalnym zmianom, ponieważ ludzie są zmienni.

Są również elementy niezmienne, które istniały w każdej tradycji. Da się wyznaczyć pewne stałe elementy występujące w każdej liturgii. Na przykład, modlitwa eucharystyczna jest skomponowana z sześciu stałych elementów. Jest takie samo rozpoczęcie, zawsze jest element dziękczynienia (eucharistia), wspomina się mękę i zmartwychwstanie Chrystusa (anamneza), wzywa się Ducha Świętego (epikleza), dokonuje się modlitwy ofiarowania (prosfora), uwielbia się Boga (doksologia). Istnieje pewien kanon, ale słowa są bardzo różne. Ta różnorodność pokazuje, że tajemnica Boża jest nie do uchwycenia w jednej tylko formie rytualnej czy w jednym języku. Liturgiści porównują z sobą ryty po to, żeby lepiej uchwycić głębię tajemnicy. Nie wystarczy im znajomość jednego rytu. To nie było tak, że apostołowie zaczęli coś robić i tak już zostało. Liturgia się tworzyła przez kilkanaście wieków.

Czy można mówić, że zmienność liturgii prowadzi do zmiany wiary? Na przykład, do zniekształcenia przekazu wiary?

TK: Tak może być, ale nie musi. Samowolne zmiany w liturgii mogą do tego prowadzić. W piątym wieku Prosper z Akwitanii, sekretarz Leona Wielkiego, ukuł bonmocik lex orandi, lex credendi. U niego to zdanie brzmi: Ut legem credendi statuat lex suplicandi. Nasza wiara zależy od sposobu, w jaki zwracamy się do Boga, w jaki Go prosimy. Wygłosił to zdanie w polemice z manichejczykami. Mówił, że gdyby słuchali uważnie modlitw Kościoła, to by wiedzieli, że ich wiara nie ma sensu. Zmiany w liturgii muszą być dokonywane przez kompetentną władzę Kościoła, która nie jest pozbawiona asystencji Ducha Świętego. To nie przypadek, że sobór trydencki usztywnił formę liturgiczną. Miał bowiem do czynienia z protestantami, którzy bardzo mocno zmienili liturgię i wraz z nią wyznanie wiary.

Dlaczego mamy odpoczywać w niedzielę, a nie w szabat, który wypada w sobotę?

MP: Szabat żydowski był według nas, chrześcijan, proroczą zapowiedzią tego, co my dzisiaj nazywamy odpoczynkiem w Chrystusie. Nawiązuje on do tajemnicy stworzenia świata i Bożego odpoczynku. Pisze o tym Jan Paweł II w liście o świętowaniu niedzieli: „odpoczynek Boga w siódmym dniu nie wskazuje na Boga, który przestał »pracować«, ale podkreśla doskonałość wykonanej pracy i ma raczej oznaczać, że zatrzymał się On przed dziełem swoich rąk, kierując ku niemu (…) spojrzenie »kontemplacyjne«, które nie zwraca się ku następnym dziełom, lecz pozwala raczej zachwycić się pięknem tego, co już zostało dokonane. Kieruje się to spojrzenie (…) w szczególny sposób ku człowiekowi, który jest zwieńczeniem stwórczego dzieła. W tym spojrzeniu można już w pewien sposób dostrzec »oblubieńczy« charakter relacji, którą Bóg pragnie nawiązać ze stworzeniem uczynionym na Jego obraz, powołując je do zawarcia z Nim przymierza miłości”. Żydowski szabat jest szkołą tego, jak odpowiadać Bogu na Jego zachwyt nad stworzeniem. Szabat jest kontemplacją tego, że jedynym naprawdę pracującym w świecie jest Bóg, który ten świat stwarza bezustannie. W nawiązaniu do praktyki świętowania Izraela chrześcijanie świętują dzień zmartwychwstania Chrystusa jako znak wiary, że spełniło się proroctwo, którym był żydowski szabat. Zmartwychwstanie jest tym najpełniejszym Bożym działaniem i dopełnieniem dzieła stworzenia, a znakiem tego, że my, ochrzczeni w Chrystusie, mamy w nim udział, jest nasze uczestnictwo w świętowaniu dnia Pańskiego zmartwychwstania. Odpoczynek niedzielny dla chrześcijanina jest zarazem działaniem i kontemplacją.

Jak zatem powinna wyglądać niedziela chrześcijanina?

MP: W liście Dzień Pański Papież pokazuje konkretnie, na czym ma polegać chrześcijańskie świętowanie niedzieli. Najważniejsze jest uczestniczenie w tajemnicy Eucharystii. Drugim elementem jest posługa miłości. Na przykład, nawiedzenie chorych albo pomoc im w dotarciu na Mszę św. Ważnym momentem świętowania jest również przebywanie we wspólnocie, dotyczy to szczególnie rodziny. Papież mówi, że nie jest obojętne, jakiej rozrywce się oddajemy. Ważne, by ona łączyła i jednoczyła rodzinę. Powinna być miejscem wzajemnej miłości, przyjaźni, a nie tylko np. adorowaniem telewizora, gdyż to nie zawsze służy miłości. Czwartym elementem wymienionym przez Papieża jest osobista modlitwa.

Dlaczego praca zakłóca niedzielę? Dlaczego odwiedzanie supermarketów stało się symbolem złego przeżywania niedzieli?

MP: Papież nie pisze listu w sprawie supermarketów. Nie ma w nim o tym ani słowa. W tekście na temat odpowiedzialności społeczności państw za takie organizowanie czasu pracy ludzi, aby wszyscy, którzy tego chcą, mogli w jakimś stopniu przeznaczyć niedzielę na świętowanie, liczącym ponad 30 stron na interesujący nas temat jest zaledwie jeden krótki akapit. Dotyczy tego, że niewłaściwa jest sytuacja, gdy społeczność organizuje pracę w taki sposób, że jedynym dniem na zrobienie zakupów pozostaje niedziela. Nie jest dobrze, jeżeli sposobem świętowania niedzieli jest spędzenie jej w supermarkecie, gdzie nie tylko dokonuje się zakupów — markety są tak tworzone, by były także miejscem i zabaw, i ucztowania. W ten sposób próbują zrealizować to, co powinna wypełnić liturgia domowa. Jest ona o wiele trudniejsza, ale buduje miłość nieporównanie bardziej niż jakakolwiek rozrywka. Czy można dbać o więzi rodzinne przy okazji zakupów? Pewnie można by się o to postarać, ale tutaj pojawia się następujący problem, dlaczego angażować w to zastępy ludzi, którzy muszą pracować w niedzielę, abyśmy mogli celebrować rodzinne świętowanie w markecie, a nie w domu. Taki sposób spędzania czasu uczy konsumpcyjnego podejścia do życia. Papież w liście o świętowaniu niedzieli mówi, że celebrowanie wspólnoty musi wypływać z ludzkiej twórczości, z naszego podobieństwa do Boga w Jego nieprzerwanym stwórczym działaniu, które jest kochaniem. Powinniśmy się zastanowić, w jaki sposób chcemy być dla siebie i w jaki sposób się ze sobą bawić, aby było to miejscem miłości. To jest wymagające, ale na miarę naszych głębokich pragnień, by „stać się, jak Bóg”. Dzieje się to przecież w Eucharystii.

W dniu zaś zwanym dniem Słońca odbywa się zebranie w jednym miejscu wszystkich razem, i z miast, i z wsi. Tedy czyta się pamiętniki apostolskie albo pisma prorockie, póki czas na to pozwala. Potem, gdy lektor skończy, przełożony daje żywym słowem upomnienie i zachętę do naśladowania tych nauk znakomitych. Następnie wszyscy z miejsc powstajemy i modlimy się. Po czym, jak się już powiedziało, gdy modlitwa się skończy, przynoszą chleb oraz wino i wodę, a przełożony zanosi modlitwy tudzież dziękczynienie, ile tylko może, lud zaś z radością odpowiada: „Amen”. Wreszcie następuje rozdawanie i rozdzielanie wszystkiego tego, co się stało Eucharystią, nieobecnym zaś rozsyła się ją przez diakonów. Ci, którym się dobrze powodzi, i którzy dobrą mają wolę, dają, co chcą, a wszystko, co się zbierze, składa się na ręce przełożonego. On zaś roztacza opiekę nad sierotami, wdowami, chorymi albo z innej przyczyny cierpiącymi niedostatek, nad więźniami, obcymi, gośćmi, jednym słowem spieszy z pomocą wszystkim, co są w potrzebie.

św. Justyn († 167)

Nie próbujcie mi dać nic więcej ponad to, aby krew moją wylano na ofiarę Bogu, dopóki ołtarz jest jeszcze gotowy. (…) Pozwólcie mi stać się żerem dzikich zwierząt, przez które mogę posiąść Boga. Pszenicą jestem Bożą, a zmielony zwierzęcymi zębami, okażę się czystym chlebem Chrystusa. Raczej zachęcajcie zwierzęta, aby stały się dla mnie grobem i nie pozostawiły nic z ciała mego, bo nie chciałbym po śmierci przyczynić komuś kłopotu. Wtedy będę naprawdę uczniem Chrystusa, kiedy nawet ciała mego świat widzieć nie będzie. Błagajcie za mnie Chrystusa, abym z pomocą zwierząt stał się ofiarą dla Boga.

św. Ignacy Antiocheński († 107)

W drodze do Emaus
Tomasz Kwiecień

były dominikanin....

W drodze do Emaus
Mirosław Pilśniak OP

urodzony 5 lutego 1959 r. w Mosinie – dominikanin, z wykształcenia matematyk, absolwent Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, autor wielu kompozycji muzyki liturgicznej, obecnych w śpiewniku Niepojęta Trójco....