W drodze do Emaus

Bóg czeka na nas, jest do naszej dyspozycji. W ostateczności to my decydujemy o tym, czy nie przychodzi na darmo.

Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił
(Łk 24,29)

Łukaszowy tekst o uczniach zdążających do Emaus jest jednym z najpiękniejszych fragmentów tej Ewangelii. W pewnym sensie jest streszczeniem całego życia chrześcijańskiego.

Dwaj uczniowie są w drodze do Emaus. Słowo „droga” często pojawia się w Biblii. Niezliczoną ilość razy na kartach Pisma rozlega się modlitwa, by Bóg objawił swoje drogi i nauczył nas chodzić swoimi ścieżkami, albo słychać zapewnienia, że będziemy kroczyć Jego drogami. Jezus natomiast mówi, że On sam jest drogą. Życie chrześcijańskie to wędrówka: „Jednak dziś, jutro i pojutrze muszę być w drodze” (Łk 13,33), mówi Jezus, a u św. Jana czytamy, że powinniśmy postępować tak, jak On postępował (1 J 2,6). Chodzi o to, abyśmy nie popadli w stagnację, byśmy się nie rozleniwili.

A myśmy się spodziewali

Jezus zbliża się do dwóch uczniów, ale oni Go nie rozpoznają. Zaczynają rozmawiać o tym, co wydarzyło się w Jerozolimie. Czy nie jest to dziwna rozmowa? Uczniowie mówią z Bogiem o Bogu. Ten Człowiek, który jest „obcy w Jerozolimie”, jest Bogiem. Uczniowie nie mają pojęcia, że rozmawiają z Bogiem. Nie wiedzą, że to wobec Boga skarżą się na Boga. Bóg powinien być inny. Powinien objawić się „potężny w czynie i słowie” nie tylko na początku, ale przez cały czas, aż do samego końca. „A myśmy się spodziewali, że On właśnie miał wyzwolić Izraela”. Uczniowie mieli konkretne oczekiwania, a Bóg ich nie spełnił. Mieli określony obraz Boga, a Boża rzeczywistość nie odpowiada tej wizji. Dlaczego Bóg jest taki cichy, taki cierpliwy, taki łagodny? Dlaczego Jezus pozwolił się ukrzyżować, a jeżeli już został ukrzyżowany, to czemu triumfalnie nie zstąpił z krzyża i nie okazał swojej mocy wobec faryzeuszów i rzymskiej kohorty?

Z takim rozczarowaniem Bogiem, jakie okazują owi uczniowie, wcześniej czy później i my będziemy się zmagać. Bóg jest inny. Modlimy się: „Wzbudź swą potęgę i przyjdź nam z pomocą” (Ps 80,3), a Bóg zamiast potęgi objawia nam swoją cierpliwość i szacunek dla wolności, którą nam dał. „Mów, Panie, bo sługa Twój słucha”, modlimy się dalej (1 Sm 3,9), a Bóg odpowiada milczeniem. Nie słyszymy niczego. Wszyscy, którzy na duchowej drodze szczerze usiłowali postąpić choćby o krok, nawet niewielki, wiedzą, że Bóg jest inny, niż im się zdawało. Człowieka, który chce się upodobnić do Niego, On nie czyni wielkim, lecz małym. Bóg nie jest mocny, jeśli określenie to rozumieć w jego powszechnym znaczeniu. Bóg jest podatny na zranienia. Co więcej, jest zraniony. Przez całą wieczność zachowuje rany na sercu, rękach i nogach. Bóg jest inny. Także człowiek, stworzony na Jego podobieństwo jest taki. Potrzebujemy czasu, aby to zrozumieć i zaakceptować.

Sąd to zdziwione spojrzenie

Jezus odpowiada w taki oto sposób: „O nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały?”. Jezus jest zdumiony, że uczniowie nic nie pojmują z tego, co jest tak oczywiste. Już wcześniej wypowiedział słowa zbliżone do tych. Kiedy w Jerozolimie Maryja wraz z Józefem delikatnie robili wyrzuty dwunastoletniemu Jezusowi, że pozwolił, aby Go przez trzy dni szukali, On im odrzekł z podobnym wyrzutem: „Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?” (Łk 2,49). Obie odpowiedzi wypływają z tej samej głębi, z tej samej Boskiej rzeczywistości.

Kiedyś, po naszej śmierci, staniemy z Nim twarzą w twarz. Myślę, że wówczas popatrzy na nas z takim zdziwieniem, z jakim patrzy dziecko, które nie rozumie, że dorosły może się tak dziwnie zachowywać. Może sąd to nic innego jak spojrzenie, które zdziwiony, zdumiony Jezus na nas skieruje. Wtenczas powiemy sami do siebie: „Jakże mogłem być tak bezmyślny, jak mogłem do tego stopnia zaniedbać to, co najistotniejsze, i żyć na marginesie życia?”.

„Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały?”. Jeżeli chwała Boża jest chwałą miłości i jeśli nie ma większej miłości od tej, kiedy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich, to nie można wejść do tej chwały inaczej, jak tylko przez śmierć. Tę drogę utorował nam sam Bóg. Zatem wyjaśnienie śmierci i cierpienia z tego wypływa. Wszelkie nasze cierpienie, jeżeli zechcemy, może stać się sposobem wstępowania w chwałę miłości. Zmartwychwstanie Chrystusa pokazuje, że każda historyczna sytuacja, jakkolwiek wydawałaby się tragiczna, może być procesem narodzin. Miłość ma tę siłę, że potrafi korzystać ze wszystkiego, wszystko przemieniać w miłość. Św. Jan od Krzyża pisał, że „tam, gdzie brak miłości, tam siej miłość, a zbierzesz miłość”. Właśnie to uczynił Bóg. Tam, gdzie miłości nie było — w nienawiści faryzeuszów i okrucieństwie Rzymian — tam właśnie On zasiewał miłość i również tam cała ludzkość będzie ją zbierać.

Chodźcie i posilcie się

Łukasz pisze, że uczniowie rozpoznali Jezusa dopiero wówczas, kiedy łamał dla nich chleb i im go podawał. To uderzające w Ewangelii, że posiłek jest uprzywilejowaną okazją do rozpoznania Jezusa. Tutaj, w Emaus, podczas łamania chleba otwierają się uczniom oczy. Również objawienie nad Morzem Tyberiadzkim dokonuje się w powiązaniu z posiłkiem. Św. Jan opowiada, że znajdowały się tam rozżarzone węgle, na których leżały ryby i chleb. I rzekł do nich Jezus: „Chodźcie i posilcie się”, i wziął chleb, i podał im — podobnie i rybę (J 21,9–13). Łukasz mówi, że Jezus zapytał uczniów, którzy jeszcze nie wierzyli, że to On: „Macie tu coś do jedzenia?”. „Oni podali Mu kawałek pieczonej ryby. Wziął i jadł wobec nich” (Łk 24,42–43).

Jezus daje się poznać przy posiłku. Jeżeli Łukasz i Jan skupiają naszą uwagę na tym szczególe, to czynią tak dlatego, abyśmy zrozumieli, że w pierwszym rzędzie to w czasie eucharystycznej wieczerzy poznajemy Jezusa. Tam spotykamy Go w całej Jego Boskiej i ludzkiej rzeczywistości. Tam też widzimy, kim On jest. Jest tym, który się ofiaruje i samego siebie daje jako chleb. On jest miłością.

W każdej Mszy świętej możemy rozpoznać Jezusa. Dla nas, wierzących, to nie powinno być trudne. Jest o wiele łatwiejsze, niż było dla uczniów w Emaus. Jednak dla Jezusa trudne i bolesne musi być to, że nie jest przez nas rozpoznawany jako Bóg i jako Miłość.

To niepojęte, że Bóg mógł się od nas uzależnić. Jest obecny w Eucharystii, czeka na nas, jest do naszej dyspozycji. Puka do drzwi, cały czas przychodzi, ale wszystko zależy od tego, czy zechcemy stawić się i spotkać Go. W ostateczności to my decydujemy o tym, czy nie przychodzi na darmo.

tłum. Justyna Iwaszkiewicz

W drodze do Emaus
Wilfrid Stinissen OCD

(ur. 10 stycznia 1927 r. w Antwerpii, Belgia – zm. 30 listopada 2013 r. w Tågarp, Szwecja) – belgijski karmelita bosy, doktor filozofii, współzałożyciel klasztoru w szwedzkim Norabby, znany w całej Skandynawii rekolekcjonista, ważna postać nie tylko szwedzkiego chrześcijańst...