W katedrze

Biskup w ciągu tygodnia może odwiedzać i wizytować lokalne parafie, jednak w niedzielę i święta jego miejsce jest w katedrze! Wyjątki od tej reguły powinny być jak najrzadsze.

Właściwie aż do czasu, gdy pod koniec lat 90. wyjechałem na studia teologiczne do Lowanium w Belgii i do Paryża, nie bardzo zastanawiałem się nad rolą i znaczeniem biskupów we współczesnym Kościele. W Polsce najwyraźniej brakowało dobrych wzorców. Oczywiście słyszałem o działalności pasterskiej Wyszyńskiego, Wojtyły, Kominka czy Tokarczuka, ale była to dla mnie przeszłość, której nigdy świadomie nie przeżywałem. Biskupów widywałem raczej z okazji wielkich kościelnych świąt. Ich kazania częściej mnie nudziły, niż porywały. Z kolei ich publiczne wypowiedzi znane z prasy czy telewizji zwykle bardziej mnie irytowały, niż zastanawiały. W 1993 roku spotkałem w Polsce prezesa fundacji „Pro Oriente” z Wiednia (działającej na rzecz zbliżenia katolików i wiernych Kościołów wschodnich) Alfreda Stirnemanna. Wcale nie zdziwiło mnie, gdy powiedział, że Kościół w Polsce po komunizmie nie ma już tak wielkich biskupich indywidualności jak właśnie Wyszyński i Wojtyła. Stirnemann mówił, że to dla polskiego katolicyzmu sytuacja wyjątkowo niedobra i że braku charyzmy w naszym lokalnym episkopacie nie zastąpi autorytet papieża z oddali. Później często przypominałem sobie te słowa. Szczególnie mocne i aktualne zdawały się po śmierci Jana Pawła II. Wtedy jednak przeczytane lektury i nabyte doświadczenia lepiej pozwalały mi nie tylko dostrzegać niedociągnięcia w biskupiej posłudze tego czy innego pasterza, ale przede wszystkim lepiej wyrazić moje wyobrażenie o biskupim ideale i tęsknotę za nim.

Na czym zatem miałaby polegać charyzma pasterza lokalnego Kościoła? Pisma ojców Kościoła wskazują przede wszystkim na dwie sprawy. Pierwszą z nich jest głoszenie wiary poprzez Boże słowo, drugą – przewodniczenie Eucharystii, co stanowi widoczny znak jedności ludu Bożego w diecezji. To są rzeczy w posłudze biskupiej absolutnie podstawowe. Za nimi dopiero powinna iść troska o biednych i chorych, szpitale czy szkoły, kurie i kościelny majątek, kontakty z władzami, mediami i z możnymi tego świata itd. Ta hierarchia często bywa, nie tylko w Polsce zresztą, w jakiś sposób zaburzona. Ja w Polsce zwykle nie wiedziałem, gdzie i o której godzinie w niedzielę mógłbym się wybrać na Mszę celebrowaną przez mojego biskupa ordynariusza. Raczej rzadko można było go spotkać w katedrze. Zwykle jeździł od jednej parafii do drugiej, co niewątpliwie było wydarzeniem dla lokalnych społeczności. Jednak poza tymi społecznościami mało kto mógł wysłuchać słów biskupa kierowanych do wiernych. Poza tym kazania głoszone w takich sytuacjach z natury muszą mieć charakter okolicznościowy. Jeśli tak się rzeczy mają, to trudno oczekiwać od naszych pasterzy cennych zbiorów homilii, które choć trochę mogłyby się zbliżyć do dziedzictwa pozostawionego na przykład przez św. Augustyna czy św. Jana Chryzostoma. Ktoś może powiedzieć, że ojcowie żyli w czasach zupełnie innych niż nasze, a biskup powinien być blisko swoich wiernych, także tych, którzy do kościołów katedralnych zwykle nie zaglądają. Ja jednak będę się upierał przy swoim. Biskup w ciągu tygodnia może odwiedzać i wizytować lokalne parafie (pomagać mu w tym powinni zresztą biskupi pomocniczy), jednak w niedzielę i święta jego miejsce jest w katedrze! Wyjątki od tej reguły powinny być jak najrzadsze.

Wiedział o tym dobrze zmarły w zeszłym roku emerytowany arcybiskup Paryża kardynał Jean–Marie Lustiger. Mieliśmy z żoną wielkie szczęście, że w czasie naszego kilkuletniego pobytu we Francji Lustiger był naszym pasterzem. Co niedzielę chodziliśmy na Mszę Świętą o 18.30 w katedrze NotreDame, wiedząc, że to on właśnie będzie przewodził Eucharystii. Nie byliśmy sami. Do paryskiej katedry na tę samą godzinę przychodziły tysiące ludzi. Niewątpliwą charyzmę Lustigera dawało się zauważyć już wtedy, gdy w orszaku procesyjnym zbliżał się na początku liturgii do prezbiterium. Szedł powoli, mocno trzymając drewniany pastorał. Pozdrawiał i błogosławił wiernych, nierzadko zatrzymując się bliżej nich. Gdy dochodził wreszcie do ołtarza i do miejsca przewodniczenia, jego skromna przecież sylwetka wcale nie ginęła w wielkim wnętrzu paryskiej katedry. Przeciwnie, widać było, że jest on prawdziwym przewodnikiem swego ludu. Wtedy, gdy prosił wraz z nim o Boże miłosierdzie i odpuszczenie grzechów. Wtedy, gdy odwracając się w stronę złotego krzyża w dawnym głównym ołtarzu, śpiewał swoim, z latami coraz słabszym i coraz bardziej chrapliwym, głosem, razem z wiernymi – a nie przed nimi czy obok nich – hymn „Chwała na wysokości Bogu”. Wreszcie wtedy, gdy wypowiadał słowa homilii. Jego kazania były bardzo wnikliwymi komentarzami do czytań z danej niedzieli. Pozbawione politycznych aluzji i wulgarnego pouczania, którym charakteryzują się niestety często nie tylko wypowiedzi publiczne, ale i homilie biskupów w Polsce. Lustiger nawiązywał za to do czytań i refleksji z poprzednich tygodni. Jego kazania były kontynuacją, mającą na celu ukazanie spójnej całości w przepowiadaniu słowa Bożego, do czego, jako biskup, został przede wszystkim wezwany. Jego żydowskie pochodzenie sprawiało, że traktował swoje biskupie powołanie jeszcze głębiej. Mówił bowiem, że wszyscy Żydzi (a od żydowskości swojej nigdy nie odstąpił) wezwani są do przekazywania innym ludom światła Bożego. Dlatego mają głosić słowo Boże wszystkim jasno i otwarcie. Tak samo powinni postępować chrześcijańscy biskupi względem swoich wiernych. Pewnie dlatego Lustiger rzadko w swoich kazaniach polemizował ze współczesnymi wizjami teologicznymi. Dawał raczej pozytywny wykład. Śmiem twierdzić, że jego homilie – przynajmniej te, które słyszałem i rozważałem potem w cichości – miały siłę znanych mi z lektur kazań św. Augustyna czy św. Jana Chryzostoma. Nie chodziło bynajmniej o piękno stylu, lecz autentyczność i prawdę przekazu. Wtedy zrozumiałem, że żaden list pasterski (metoda wśród polskich biskupów bardzo popularna) nie jest w stanie zastąpić żywego słowa głoszonego przez pasterza. Lustigerowi jednało to bez wątpienia serca wiernych – także tych, których nie zaliczano do grona katolickich intelektualistów. Jego niedzielne kazania powtarzano i komentowano w radiu. Budziły wiele emocji, skłaniały słuchaczy (ludzi często bez żadnego teologicznego przygotowania, także niewierzących) do dzielenia się własnymi przemyśleniami i przeżyciami

Inna sprawa, że Lustiger od poważnej intelektualnej refleksji nigdy nie stronił. W czasie Wielkiego Postu organizował w katedrze cykl konferencji, na których prelekcje wygłaszali najwybitniejsi przedstawiciele współczesnej myśli, kultury i sztuki francuskiej. Byli wśród nich nie tylko znani katolicy (Jean Luc Marion), lecz także ateiści (Julia Kristeva) i przedstawiciele innych wyznań (Paul Ricoeur). Konferencje te budziły wielkie zainteresowanie. Komentowano je żywo w prasie, radiu i telewizji. Odbywały się przed wieczorną niedzielną Mszą, ale Lustiger wielokrotnie podkreślał, że miały one prowadzić do Eucharystii, będącej – zgodnie z nauką ostatniego soboru – „szczytem i źródłem” chrześcijańskiego życia. „Prowadzić” nie znaczyło „zastępować”. „Jest wiele opinii, ale jedna wiara, którą mam głosić” – powtarzał często Lustiger. Coniedzielną mszę o 18.30 właśnie dlatego uznać można było za centrum wszystkich katolickich liturgii paryskich. Dostrzegali to też liczni turyści, którzy w czasie tej Mszy tłumnie odwiedzali katedrę NotreDame, przechodząc jej bocznymi nawami. Lustiger nie tylko zaciekawiał, budził też respekt. Wiadomo skądinąd, że to właśnie celebrowane przez niego niedzielne Msze w NotreDame przyciągnęły do wiary pewną liczbę katechumenów.

Głoszenie wiary przez słowo Boże i sprawowanie Eucharystii – to były bez wątpienia najważniejsze i najbardziej widoczne znaki posługi biskupiej Lustigera. Oczywiście nie ograniczał się on jedynie do tych dwóch spraw, ale myślę, że wszelkie inne jego aktywności wypływały z tego źródła. A było ich wiele. Próbował reformować katolickie media we Francji (z radiem się udało, z telewizją mniej). Próbował do katolicyzmu przekonywać laickich intelektualistów francuskich, co przynosiło bardzo dobre owoce. Kardynał został nawet członkiem prestiżowej Akademii Francuskiej. Intelektualiści nie protestowali – miał z nimi bardzo dobre kontakty. Protestowały za to liberalne media, powtarzając nieustanną mantrę o zabobonnym konserwatyzmie katolików (sprzeciw wobec aborcji, sztucznej antykoncepcji, święceń kobiet, małżeństw księży itd.). Nic to. W kosmopolitycznym i, wydawałoby się, niereligijnym Paryżu Lustiger odniósł sukces. Jego miarą było, że (zreformowane przez niego samego) seminarium paryskie za jego czasów zawsze pełne było kleryków. W formacji seminaryjnej stawiał na wiedzę sprzężoną z duchowością i praktycznym doświadczeniem zdobywanym w najróżniejszych dzielnicach metropolii. Rozwijał, promował i dość skutecznie reklamował najróżniejsze formy katechezy: nie tylko dla młodzieży szkolnej (oczywiście poza szkołami), ale i dla dorosłych. Był patronem nowych wspólnot („Emmanuel”, „Chemin Neuf”). Wspierał dialog chrześcijańskożydowski. Mimo bliskich związków z intelektualistami i wielkimi postaciami kultury nie stronił od tzw. katolicyzmu ludowego. W każdy Wielki Piątek przewodził drodze krzyżowej na stopniach prowadzących do bazyliki Sacré Coeur. Przychodziły na nią tłumy ludzi prostych i widać było, jak bardzo był wśród nich znany i kochany.

W sprawach politycznych zabierał głos często, ale pilnie baczył, by nie działo się to w liturgicznokonfesyjnym kontekście. Jakże bym chciał, by i polscy biskupi na taką uważność mogli się zdobywać! Był bardzo przywiązany do francuskiej tradycji rozdziału Kościoła od państwa. Rozumiał jednak, że Kościół wprowadza do debaty publicznej pewną aksjologię, dzięki której staje się ona lepsza. Potrafił zatem ostro występować przeciw rządowi, gdy ten w imię laickich pryncypiów promował ustawy ograniczające wolność religijną (np. w kwestii finansowania przez państwo szkół katolickich czy noszenia religijnych symboli w szkołach i innych miejscach publicznych). Wystąpienia te wywoływały wiele polemik, ale i budziły szacunek. Nie przypadkiem Lustiger przewodniczył uroczystościom pogrzebowym François Mitteranda i nie przypadkiem prezydent Sarkozy skrócił swój urlop w USA, by przybyć na pogrzeb kardynała do paryskiej katedry.

Znane były powszechnie wady Lustigera: jego popędliwość, nerwowość, pryncypialność. A jednak w jego osobie widać było chrześcijańskiego ducha, o którym wiele pisał św. Paweł. W kardynale łatwo można było dostrzec wewnętrzny pokój i radość. W mojej pamięci wciąż pozostaje scena, gdy podczas Światowych Dni Młodzieży w Paryżu w 1997 roku Jan Paweł II zapowiedział, że ogłosi św. Teresę z Lisieux doktorem Kościoła, a Lustiger zaczął cieszyć się jak dziecko i z radości podskakiwać. Takiej chrześcijańskiej spontaniczności nigdy nie spotkałem wśród polskich biskupów.

Napisałem tak wiele o kardynale Lustigerze, bo przez kilka paryskich lat miałem wielkie poczucie duchowej więzi z moim pasterzem. Żadne moje teologiczne i inteligenckie fochy więzi tej złamać nie mogły. Czułem wtedy bardzo, że jestem w Kościele zbudowanym na fundamencie Apostołów. Kardynał Lustiger był dla mnie tego widomym znakiem. Przede wszystkim przez posługę słowa i przez sprawowanie Eucharystii w duchu jedności z wszystkimi wiernymi diecezji. Życzyłbym sobie takiej samej duchowej więzi z moim biskupem w Polsce. Mam wciąż nadzieję, że słowa Alfreda Stirnemanna wypowiedziane do mnie przed laty przestaną niebawem być aktualne…

W katedrze
Sebastian Duda

urodzony w 1975 r. – filozof, teolog, publicysta, ukończył filozofię na Uniwersytecie Warszawskim oraz religioznawstwo i teologię na Katolickim Uniwersytecie w Lowanium.Członek redakcji „Więzi” i Zespołu Laboratorium „Wi...