W poszukiwaniu zajętego czasu

W poszukiwaniu zajętego czasu

Przyjść, odstać swoje, najlepiej czytać albo zamyślić się głęboko, a potem wyjść, zamknąć drzwi i iść przed siebie ulicą, mijać ludzi, którzy nie wiedzą, udawać, że się spieszy z przerwy obiadowej do pracy. Zniknąć w anonimowym mieście i nie czuć się napiętnowanym.

Praca…

jest dla mnie przede wszystkim koniecznością ekonomiczną. Gdybym wpadł na dobry pomysł, to zarobiłbym dużo pieniędzy przez dwa lata i żył do końca życia z odsetek.

Piotr Krzemień właśnie stracił pracę copywritera w warszawskiej agencji reklamowej: — Może gdybym był lepszy, szef przebolałby, że czytam gazetę w czasie pracy i wychodzę do domu o 18.00.

Piotr wie, że musi znaleźć pracę, bo za pół miesiąca skończą mu się oszczędności. Ta perspektywa wcale mu się nie uśmiecha. — Jestem zupełnie pozbawiony ambicji — mówi o sobie.

Praca…

jest dla mnie wyzwaniem. Tu się realizuję — rzuca w biegu między jedną naradą a drugą Paweł Zygarłowski, dyrektor prywatnej szkoły wyższej. — Praca to nie tylko źródło utrzymania rodziny. To stałe potwierdzanie własnej wartości. Powinna być ciekawa, dająca ludziom na wysokich stanowiskach dużą odpowiedzialność. Trudno byłoby żyć bez pracy. Choć gdybym miał pieniądze, może poświęciłbym się innym pasjom — zastanawia się Paweł.

Praca…

jest dla mnie najbliższym, najbardziej konkretnym i pożądanym marzeniem. Jest czymś, co powinno wyznaczyć rytm mojego życia. Na razie jej nie ma — Beata Partyko, absolwentka filologii ukraińskiej, szuka zatrudnienia od pół roku.

Praca…

jest wartością samą w sobie. W zachodniej Europie ludzie są gotowi w poszukiwaniu pracy przenieść się na drugi koniec kraju, przystać na bezpłatny, półroczny staż, zatrudnić się na kiepskich na początku warunkach finansowych — mówi socjolog Joanna Sterzyńska, stażystka w Radzie Europy w Strasburgu.

Zasadne staje się pytanie: dlaczego Kościół katolicki tak negatywnie ocenia bezrobocie? Odpowiedź jest prosta. Jednoznacznie negatywna ocena bezrobocia jest konsekwencją zdecydowanie pozytywnej wizji i oceny pracy ludzkiej. Do tradycji biblijnej i nauczania społecznego Kościoła należy nauka o pozytywnym charakterze pracy. Jest ona rozumiana jako realizacja powołania człowieka, udział w stwórczym dziele Boga, a przez to droga do świętości oraz służba społeczeństwu i sposób zdobywania środków do życia. Z tak rozumianej pracy wynika konieczny wniosek: jest ona dla człowieka dobrodziejstwem, jest fundamentalnym prawem osoby ludzkiej oraz jednym z jej podstawowych obowiązków.

Dzień w kolejce

Już o 8.00 w Powiatowym Urzędzie Pracy w Poznaniu jest tłoczno. Kolejki przed każdymi drzwiami. Ludzie wypełniają formularze, trochę rozmawiają.

Każdy bezrobotny raz w miesiącu powinien osobiście zameldować w urzędzie, że nadal jest bez pracy. Petenci ustawiają się w ogonkach po bliższe informacje na temat nielicznych ofert, które można znaleźć na tablicach ogłoszeń. Są to przeważnie prace dla osób niewykwalifikowanych, za bardzo małe pieniądze.

Przekrój ludzi, których można tu spotkać, burzy schemat klienta urzędu pracy: oczywiście, są i tacy, którzy wytrzeźwieli o świcie, są biednie ubrane kobiety z kilkorgiem dzieci biegających po schodach urzędu. Po większości nie widać jednak oznak ubóstwa. Nie widać zaniedbania. Młode dziewczyny mają modne torby i płaszcze. Młodzi mężczyźni noszą dobre adidasy.

— Można się przyzwyczaić — Ewa wzrusza ramionami, kiedy pytam ją o comiesięczne wizyty w urzędzie.

— Sprawa do załatwienia, jak każda inna. Jak wyjście do sklepu lub opłacenie telefonu. Tylko do kolejek nie mam cierpliwości. Wczoraj po dwóch godzinach stania zrezygnowałam. Gdy człowiek jest bez pracy, to nie znaczy, że ma mnóstwo czasu do zmarnowania.

Ewa odchowała dzieci, mąż ma firmę. Od roku stara się o pracę, najlepiej sprzedawczyni, bo takie ma przygotowanie zawodowe. — Zawsze wygrywają młodsze — kwituje. Dla niej praca to miejsce, do którego wyjdzie z domu, spotka się ludźmi, pogada. Nie czuje finansowego przymusu, bo pieniądze w domu są.

Znacznie gorzej rytuał rejestracji i comiesięcznych odwiedzin w urzędzie znoszą osoby z wyższym wykształceniem. Przyjść, odstać swoje, najlepiej czytać albo zamyślić się głęboko, a potem wyjść, zamknąć drzwi i iść przed siebie ulicą, mijać ludzi, którzy nie wiedzą, udawać, że się spieszy z przerwy obiadowej do pracy. Zniknąć w anonimowym mieście i nie czuć się napiętnowanym.

— Rodzice kolejny tydzień wiercili mi dziurę w brzuchu, że powinienem się zarejestrować, to będę miał przynajmniej opłacany ZUS. W końcu więc poszedłem — wspomina swoje bezrobotne czasy Krzysztof, dziś dyrektor administracyjny w dużej firmie. Dwa lata temu przez pół roku szukał pracy. Mierzył wysoko — miał doświadczenie menedżerskie, dobre wykształcenie ekonomiczne, korzystne referencje. Szukał stanowiska na wyższym szczeblu zarządzania. Często przegrywał z konkurentami niewielkim stażem pracy.

— Człowiekowi się wydawało, że jest trochę lepszy. Tu był takim samym bezrobotnym, jak ktoś po zawodówce. To było bardzo frustrujące — wspomina. Po dwóch wizytach w urzędzie machnął ręką na ZUS. Nie chciał tam więcej przychodzić.

Na ławce siedzi skulona dziewczyna. Ładna, staranny makijaż. Przedstawia się jako Beata Partyko. Trzy lata temu skończyła filologię ukraińską. Przed wakacjami pracowała kilka miesięcy dorywczo w przedszkolu. Od maja została bez dochodów. Czasem uda jej się coś przetłumaczyć.

— To poniżające, że muszę tu przychodzić — wzdycha. Pociesza się głównie świadomością, że wielu jej znajomych dzieli ten sam los. Jej znajomych po wyższych studiach.

Bezrobocie poniża człowieka w jego własnych oczach, wywołując poczucie bycia niepotrzebnym, odrzuconym przez społeczeństwo. Stąd trwałe bezrobocie grozi nawet deformacją osobowości człowieka. Niejednokrotnie wywołuje ono także kryzys w małżeństwach i rodzinach, prowadzi do izolacji społecznej, niszcząc przez to międzyludzką solidarność.

Jak spędzają czas bezrobotni?

Piotr wstaje o 11.00. Czyta książki, chodzi do kina (jest pasjonatem jednego i drugiego). Po południu zajmuje się działalnością społeczną albo odwiedza znajomych, którzy kręcą z niedowierzaniem głowami nad takim beztroskim życiem. Piotr pogrążony w dyskusji nie zauważa, że jest już po północy, a gospodarze dyskretnie ziewają. Oni rano wstają do pracy.

— Urządzałem mieszkanie — wspomina swoje bezrobocie Krzysztof. — Trochę spotykałem się ze znajomymi.

Niektórzy unikają spotkań — tych samych pytań, dobrych rad, skonfudowanych spojrzeń przyjaciół, którzy opowiadają o tym, co się im ostatnio przydarzyło w pracy. Z drugiej strony większość wierzy, że to właśnie przez znajomych uda im się wreszcie znaleźć to, czego szukają. Bawią się więc z innymi, dowcipkują. I mimochodem podpytują: „nie słyszałeś przypadkiem…?”.

— Wielu moich znajomych to informatycy. Na nich wciąż praca czeka. Zarobki zaczynają się od 4 tysięcy na starcie, a ja marzę o pracy za tysiąc złotych — mówi z goryczą Beata.

Kuba, trzydziestoletni absolwent etnografii, stracił ponad rok temu stanowisko w firmie zajmującej się organizacją konferencji i wciąż szuka pracy oraz pomysłu na życie. Stara się nie marnować czasu: uczy się języka, zrobił prawo jazdy. Narzucił sobie dość surową dyscyplinę dnia. Dba o swoje życie religijne. Wciąż jeszcze ma dużo nadziei i pogody ducha.

Nie wszystkim jednak starcza sił.

— Ja też starałam się czegoś uczyć, poszerzać kwalifikacje, gotować, piec, robić zaprawy… — mówi Beata. — Złożyłam w sądzie wniosek o wpisanie na listę tłumaczy przysięgłych, ale procedura trwa rok. Teraz głównie gapię się bezmyślnie w telewizor. Po pewnym czasie człowiekowi już zupełnie nic się nie chce.

Powinno się także upowszechnić przeświadczenie, że żaden człowiek ani żadna instytucja — łącznie z państwem — nie jest dzisiaj w stanie zagwarantować obywatelowi stałego, bezpiecznego, niezagrożonego miejsca pracy. Staje się dzisiaj jasne, że to przede wszystkim sam człowiek — obywatel, poprzez nabycie odpowiednich cech osobowościowych i kwalifikacji zawodowych, gotowy do nauczenia się nowego zawodu i przekwalifikowania się, odpowiedzialny jest za znalezienie a może lepiej — stworzenie sobie miejsca pracy.

Do trzech(set) razy sztuka

Jednak najwięcej czasu bezrobotni spędzają, pisząc podania, dzwoniąc, odpowiadając na oferty z gazet, dostosowując CV do potrzeb określonego pracodawcy.

— Na Zachodzie napisać dobry życiorys to już nie lada sztuka — twierdzi Sterzyńska. — Liczy się wszystko, nawet zdjęcie i kolorystyka dokumentu. Jeśli uda się przejść pierwszy „test biurka” — szanse kilkukrotnie rosną.

U nas bezrobotni wysyłają po kilkanaście, kilkadziesiąt podań. W krajach, w których problem bezrobocia ma już długą brodę i szukanie pracy należy do normalnych etapów życia młodego człowieka, każdy składa po kilkaset ofert rocznie.

— Wysłałem ponad 100 podań, odbyłem kilkanaście rozmów kwalifikacyjnych — wylicza Krzysztof. — Tu nie ma mowy o rutynie. Przed każdym spotkaniem z potencjalnym pracodawcą człowiek denerwuje się tak samo.

Bezrobotni po studiach

Największym atutem dla pracodawcy jest doświadczenie zawodowe.

— Jednak nie każde — dopowiada Sterzyńska. — Doświadczenie powinno wskazywać, że kandydat panuje nad swoim zawodowym życiem, planuje je. Nie jest dobrze chwalić się dziesięcioma stażami, których tematykę trudno podciągnąć pod wspólny mianownik, kolejnymi posadami, z których nie wynika, jaka praca tak naprawdę interesuje kandydata.

Tymczasem wśród zarejestrowanych w całym kraju bezrobotnych tylko w lipcu 2001 roku 50 tys. stanowili absolwenci (15% — absolwenci szkół wyższych), czyli osoby najmniej atrakcyjne dla pracodawców. W ciągu wakacji zatrudnienie znalazło zaledwie 10% z nich.

— Bezrobotnych tworzą nie tylko studia humanistyczne — mówi psycholog Teresa Ziemkiewicz, która prowadzi kursy technik aktywnego poszukiwania zatrudnienia przy Urzędzie Pracy w Poznaniu. — Wśród moich kursantów są absolwenci Akademii Rolniczej, marketingu i zarządzania, prawa… To ludzie, którzy przez lata studiów ani trochę nie zostali przygotowani do takiej sytuacji. Wszystkiego się muszą uczyć: asertywności, wiary w siebie, tego, że półroczne pozostawanie bez pracy jest sytuacją normalną, która nie powinna frustrować młodego człowieka. Uczą się podchodzić spokojnie do rozmów kwalifikacyjnych, przeżywać porażki jako doświadczenie budujące, nie niszczące.

(…) potrzeba ukształtowania nowej świadomości, potrzeba nowego podejścia do pracy. Chodzi o nabycie umiejętności przekwalifikowania się, poszukiwania, znajdywania i wykonywania nowej pracy. Cecha ta jest szczególnie ważna dla młodego pokolenia, gdyż sektor pracy w przyszłości będzie jeszcze bardziej dynamiczny, a więc jeszcze częściej i szybciej niż dzisiaj będzie się zmieniał. Niezbędne są zmiany w systemie kształcenia młodzieży. Szkoły powinny przygotowywać młodych ludzi do tej nowej sytuacji na rynku pracy, dostosowywać do niej profile kształcenia i uwrażliwiać młodzież na konieczność ciągłego podnoszenia kwalifikacji.

Saga rodzinna

— We Francji wszyscy już wiedzą, że wyższe wykształcenie nie stanowi żadnej gwarancji na rynku pracy. To jest jedynie punkt wyjścia — mówi Joanna Sterzyńska. — Jeśli nasza warstwa inteligencka chce być konkurencyjna, powinna uzupełniać wykształcenie o praktykę i jeszcze raz praktykę. Przede wszystkim powinna dobrze mówić w obcych językach.

Sterzyńska próbuje nazwać różnice między polskim bezrobociem a bezrobociem zachodniej Europy. — Dobrobyt Zachodu wyrósł z protestanckiego kultu pracy, oszczędności i obowiązkowości. Inne podejście do życia zawodowego powoduje inne postawy ludzkie. Tu nawet związki zawodowe mają nie tylko roszczeniowy charakter. Potrafią odróżnić obronę praw pracowniczych od chronienia zwykłego lenistwa.

W Polsce bezrobocie jest problemem pierwszego pokolenia. W krajach UE to już piąte pokolenie. Są dzieci, które nigdy w życiu nie widziały swoich rodziców idących do pracy. Ani swoich dziadków.

Sterzyńska ocenia, że polski rynek pracy jest płytki i koniunkturalny. Wraz z rozwojem sektora usług i u nas pojawią się zawody, o których jeszcze nikt w Polsce nie słyszał. Nikłe to pocieszenie dla niemal 20% czynnych zawodowo Polaków, którzy pracy nie mają.

Beata liczy na to samo szczęście, które już raz się do niej uśmiechnęło. Zaraz po studiach natknęła się w dziekanacie na ogłoszenie firmy, która poszukiwała tłumaczki rosyjskiego i ukraińskiego. Zadzwoniła i dostała pracę. Wprawdzie po półtora roku zrezygnowała („Nie chciałam być dalej miłą panienką do odbierania telefonów i pogawędek z klientem po rosyjsku”), ale dziś ma w ręku przynajmniej jakieś doświadczenie zawodowe.

— Trzeba sobie radzić — podsumowuje. — Nie jest dobrze mieć pretensje tylko do siebie o tę sytuację, ale też donikąd nie prowadzi obwinianie całego świata.

W poszukiwaniu zajętego czasu
Agnieszka Szanecka

absolwentka prawa UAM, współpracowała z tygodnikiem "Wprost", pracuje w WSB. Mężatka....