W szponach mafii

W szponach mafii

Norbert Potthoff, W labiryncie scjentologii, Videograf II, Katowice 2001, s. 278

Po trzech miesiącach mijają stany depresyjne i wraca mi powoli ochota do życia. Lecz scjentologia nie ma zamiaru wypuścić mnie ze swych drapieżnych szponów. Stale jestem przywoływany do telefonu. Oficerowie z Kopenhagi, z Los Angeles, z Düsseldorfu. Wzbraniam się stanowczo wykonywać rozkazy, prowadzić rozmowy i poddawać się nowym rewizjom.

Jeszcze tylko parę kartek i ukończę lekturę. Czytałem przez dwa dni i włos mi się jeżył na głowie, a skóra cierpła. Toż to istny Orwell! Tyle że znacznie bardziej przerażający, bo prawdziwy. Mam tu na myśli nie samą książkę, której jednoznacznym celem jest OSTRZEŻENIE, lecz opisaną w niej rzeczywistość. Autobiograficzna opowieść byłego scjentologa z Krefeldu, Norberta Potthoffa, odsłania najskrytsze i zarazem najczarniejsze tajemnice sekty liczącej dzisiaj już osiem milionów wyznawców na całym świecie. W Niemczech jest ich około 10 tysięcy, we Francji prawie 30 tysięcy, a w Wielkiej Brytanii podobno aż 260 tysięcy! Scjentologami są zarówno bogaci, jak i biedni, zarówno naiwni, jak i mądrzy (przynajmniej z pozoru), zarówno panujący, jak i poddani. Jednak decydującą, rzecz można, kierowniczą rolę odgrywa świat wielkiego biznesu, świat mediów i reklamy. Stąd obecność wśród scjentologów takich nazwisk, jak John Travolta, Tom Cruise, Nicole Kidman, Kristie Alley czy Isaac Hayes. Jak podaje Biuro Informacji o Sektach przy Katolickim Centrum Edukacji Młodzieży „Kana” w Katowicach, również w Polsce rozprzestrzeniają się coraz silniej działania Kościoła Scjentologicznego. Dzieje się to głównie poprzez różnego rodzaju sesje samodoskonalące, które — jak pisze Adam Synowiec we wstępie do polskiego wydania książki Potthoffa — „obiecują nauczanie lepszego inwestowania własnych pieniędzy, komunikacji interpersonalnej, metod budowania kariery i osiągania sukcesów”.

Bądźmy szczerzy — któż z nas nie chce być lepszy, doskonalszy, bardziej skuteczny? Dlatego wymienione tu „założenia programowe” nie wydają się zrazu naganne czy bezsensowne. Odwołują się przecież do naturalnych dążeń człowieka, a zwłaszcza do jego dzielności. Pierwsze zdania książki W labiryncie scjentologii brzmią następująco:

— Teraz możesz udowodnić, jak dobry jesteś naprawdę!
   Cordula uśmiecha się do mnie wyzywająco. On wie, że tymi słowami trafia w mój najczulszy punkt, w moją ambicję.

Zaczyna się niewinnie, od podrażnienia ludzkiego ja. To pierwszy element strategii. Przyszłej ofierze towarzyszy na początku niezłomne przekonanie, że nikomu nie uda się jej w nic wciągnąć, toteż bez specjalnych obaw zgadza się na wypełnienie ankiety zawierającej 200 pytań, wśród których nie brak i takich: „Czy gryzie pan paznokcie?”, „Czy nie przejmuje się pan niepowodzeniami?”. Ankietowany nie zdaje sobie sprawy, że tego rodzaju „test osobowości” spełnia ważną funkcję wyciągania informacji na temat cech charakteru i że przyznanie się do różnych słabości może kiedyś stać się pretekstem do wystawienia świadectwa o zagrożeniu samobójczym.

Następny etap strategii to delikatne uchylanie rąbka tajemnicy (na przykład podczas wystawnej kolacji), a potem stopniowe rozbudzanie zaciekawienia scjentologią poprzez częste rozmowy prowadzone metodą reach and withdraw („podać i cofnąć się”), za pomocą której doprowadza się zainteresowanego do granic psychicznej wytrzymałości. Wtedy jedynym środkiem zaradczym okazuje się sprytnie podsunięta lektura.

Kiedy pytam o tytuł książki, wymienia mi ich natychmiast cały tuzin. Dostrzegła prawdopodobnie, że nadeszła wreszcie okazja wskazania sztandarowego dzieła Hubbarda, DIANETYKI.

Co to takiego dianetyka i kim był jej autor? Przypomnijmy krótko, że urodzony w 1911 roku w amerykańskim stanie Nebraska, Lafayette Ronald Hubbard, zasłynął z pisania naiwnej, choć niezwykle poczytnej literatury science fiction. Do największych jego osiągnięć w tym gatunku należy liczący ponad tysiąc stron, dziesięciotomowy cykl pt. Mission Earth, który do tej pory rozszedł się w świecie w 16 milionach egzemplarzy i został przetłumaczony na 20 języków. W 1950 roku Hubbard opublikował książkę na zupełnie inny temat, nadając jej tytuł Dianetyka, czyli nowoczesna nauka o zdrowiu psychicznym. W kilka lat później dzieło to, będące zlepkiem teorii postfreudowskich i mechanicznego traktowania ludzkiego umysłu, stało się swoistą biblią pseudoreligijnego ruchu o nazwie Kościół Scjentologiczny, którego główna siedziba mieści się obecnie w Los Angeles. Hubbard zmarł w 1986 roku na pokładzie jednego ze statków należącego do sekty, gdzie przez kilka lat ukrywał się przed wymiarem sprawiedliwości.

Czytając opowieść utalentowanego projektanta, Norberta Potthoffa, zastanawiamy się raz po raz: jak to się dzieje, że inteligentny, wykształcony człowiek potrafi zaaprobować tego rodzaju absurdy i pozwala się przekształcić w bezwolne narzędzie? Przecież już na samym początku zdrowy rozsądek i zwykła intuicja podpowiadają mu wyraźnie, że ma do czynienia z hucpą i hochsztaplerstwem na wielką skalę. I niemal od pierwszej chwili słyszy w sobie głos protestu:

Banalne mądrości sprawiają, że odnoszę wrażenie, jakby mnie „nabijano w butelkę”. (…)
Nie są żadnymi filozofami, jak twierdzą — pomyślałem. — Ich atutem są jedynie formuły i frazesy. (…)
Nawet książki Towarzystwa Strażnicy w porównaniu z nią są gustowniej wydane. Krzykliwie, ostro naszkicowany wulkan, przytłoczony tytułem dianetyka, połyskujący kolorem metalicznej miedzi. Tak nabyliśmy książkę, której wcale nie chciałem mieć. (…)

Wkrótce jednak narkotyk zacznie działać:

Pierwsze stronice czytam prawie znudzony. Nie pamiętam już dokładnie, w którym miejscu zaczynam odczuwać jej wręcz hipnotyczne działanie, a moje myśli zaczynają krążyć. Idee Hubbarda o nowym człowieku, jego obecnych trudnościach oraz możliwościach ich eliminowania — wszystko to poruszyło mnie nagle do głębi.

Stopniowanie „wiedzy” o scjentologii przypomina wciąganie ofiary w pułapkę, ale droga od dezaprobaty do akceptacji — wbrew pozorom — wcale nie jest taka długa. Scjentologia zaleca się swym adeptom jako religijna filozofia, dzięki której można rozwiązywać problemy ludzkiej egzystencji. Skąd my to znamy? Ależ w taki właśnie sposób kokietują człowieka wszelkie systemy „kolektywnego obłędu”.

Potthoff na swoim przykładzie pokazuje kolejne fazy scjentologicznego wtajemniczenia, któremu towarzyszy permanentne pranie mózgu. Wstępem do tego procesu jest poddanie się przesłuchaniu w hipnozie, pozwalającemu doświadczyć… własnej śmierci. Przeżycie tego koszmaru ma oczyścić człowieka wewnętrznie, przybliżając go do stanu clear:

Jakiś hermetyczny dzwon zamyka się nade mną szczelnie, a ja oddycham nierówno, jak pod olbrzymim obciążeniem. Szarozielone światło staje się coraz ciemniejsze, a białe pęcherzyki powietrza przesuwają się w górę wzdłuż mojej twarzy. (…) Z obrzydzeniem cofam się gwałtownie, kiedy zauważam w świetle mojej lampy dryfujące szczątki ludzkich ciał. Porozrywane ciała pływają bezładnie w wodzie, wstrząśnięty do głębi, próbuję skierować światło lampy na coś, co mogłoby chociaż trochę uspokoić moje roztrzęsione nerwy.

Wystarczy. Nie chciałbym zdradzać dalszych, mocno powikłanych, perypetii życiowych Norberta Potthoffa, któremu dopiero po siedmiu latach przynależności do sekty scjentologów udało się, i to z wielkim trudem, wydostać z jej upiornych macek. Zapłacił za to bardzo wysoką cenę. Legło w gruzach jego dotychczasowe życie osobiste, załamała się jego kariera zawodowa. Jednak — mimo wszystko — stał się na powrót człowiekiem wolnym. Jego zwierzenia ujawniają nam mechanizm funkcjonowania religijnej mafii o globalnym zasięgu i cechach totalitarnych. Pokazują, że język, którym posługuje się scjentologia, bywa, podobnie jak orwellowska nowomowa, skutecznym środkiem kontroli i mistyfikacji i że w dzisiejszym świecie granica między fikcją a rzeczywistością może być w każdej chwili bardzo łatwo przekroczona.

W szponach mafii
Andrzej Babuchowski

urodzony 13 lutego 1944 w Krasnem k. Chełma (woj. lubelskie) – absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim, studiował także slawistykę, dziennikarz, krytyk literacki, tłumacz literatury czeskiej.Przetłuma...