W urnowym gaju

W urnowym gaju

Podczas niedawnego pobytu w Bratysławie postanowiliśmy wspólnie z Piotrem Semką odwiedzić Mariankę – jedno z najważniejszych sanktuariów maryjnych na Słowacji, znane także pod nazwą Marienthal. Pożyczyliśmy samochód od miejscowych franciszkanów i ruszyliśmy w drogę. W pewnym momencie dostrzegliśmy drogowskaz z napisem „Urnovy haj”. Tak nas to zaciekawiło, że skręciliśmy w prawo, by zobaczyć na własne oczy, czym jest ów urnowy gaj.

Wkrótce znaleźliśmy się na położonym w lasku cmentarzu, którego centralnym punktem było wybudowane na wzgórzu krematorium. Pierwsze, co nas uderzyło, to brak krzyży – i to nie tylko na grobach, gdzie dominowały płaskie kamienne płytki, ale także brak linii prostopadłych w kompozycji przestrzennej cmentarza. Ten, kto projektował ową nekropolię, zadał sobie wiele trudu, by w topografii obiektu nigdzie nie pojawiło się nawet skojarzenie z symboliką krzyża – nie było alejek przecinających się pod kątem prostym, wszystkie natomiast wiły się dziwnymi serpentynami, tworząc esyfloresy i przypominając mapy dorzeczy z rzekami i licznymi dopływami.   Najbardziej przygnębiające wrażenie zrobiła na nas jednak „rozptylova luka”, czyli łączka, na której rozsypywane są skremowane prochy zmarłych. Jej centralnym miejscem był bowiem wielki czarny obelisk przedstawiający wycelowanego w niebo fallusa.

Była to moja druga wizyta w tego typu przybytku. Dwa lata temu odwiedziłem cmentarz w Sztokholmie, gdzie mogłem podziwiać wydajność tamtejszego krematorium. Oprowadzający nas po obiekcie sympatyczny dyrektor Olson opowiadał z dumą, że energia ze spalania zwłok się nie marnuje, gdyż krematorium podłączone jest do systemu ciepłowniczego miasta i ogrzewa przytulne mieszkanka Szwedów.

Na pytanie, dlaczego tak wiele urn z prochami stoi na półkach, Olson odpowiedział, że czekają na krewnych. Okazuje się bowiem, że przeciętny czas, jaki mija od chwili zgonu do momentu kremacji, wynosi dwa miesiące – dopiero po wykreśleniu w urzędzie skarbowym denat może być uznany oficjalnie za zmarłego. Po tych dwóch miesiącach aż po 40 procent urn z prochami nie zgłasza się nikt z rodziny. Olson przyznał, że ceremonie pogrzebowe odchodzą w przeszłość. Był człowiek, nie ma człowieka. Nie miał pogrzebu, nie ma grobu. Nikt się nie spotkał, żeby go pożegnać. Palacze nie wiedzą nawet, kogo palą – nieboszczycy nie mają tabliczek z imionami i nazwiskami, mają tylko numery.

Kościół dopuszcza kremację zwłok pod warunkiem, że nie jest ona manifestacją poglądów niezgodnych z nauczaniem katolickim. Niedawno jednak przeprowadzono we Włoszech sondaż, z którego wynikało, że zdecydowana większość osób pragnących spopielenia swych szczątków po śmierci, także katolików, nie wierzy w dogmat o zmartwychwstaniu ciał. Owszem, uznają nieśmiertelność duszy, ale nie wierzą, że zostaną wskrzeszeni nie tylko z duszą, ale i z ciałem. Jest w tym spalaniu zwłok coś głęboko obcego tradycji judaistycznej i chrześcijańskiej.

Na szczęście niedaleko Urnowego haju leży Marianka – stare sanktuarium maryjne. Po mszy odmawiam tam różaniec i zastanawiam się nad związkiem między Maryją a „godziną śmierci naszej”. Sama Maryja w godzinę śmierci swojej została wzięta do Nieba. Cała: duszą i ciałem.

W urnowym gaju
Grzegorz Górny

urodzony 30 marca 1969 r. – polski dziennikarz i publicysta, redaktor naczelny kwartalnika „Fronda”, publicysta i reportażysta, autor wielu artykułów.W latach 2003-2009 publikował felietony na łamach miesięcznika „W drodz...