Wakacje moich dzieci

Wakacje moich dzieci

Temat odwieczny. Niezakończona dyskusja. Razem czy osobno? Jechać samemu czy razem z nimi. Odpocząć od nich, bo też mi się coś od życia należy, czy zażywać rozkoszy wspólnoty, z którą jestem przez cały rok? Już kiedyś moi rodzeni bracia denerwowali się na mnie i pytali, czy potrafię bez tych ogonów pojechać na normalne wakacje. Po roku przebywania wśród młodzieży dla higieny dobrze by było odpocząć od niej.

Pewna dziennikarka zatroskana o moją głębię i moje zbawienie, radziła mi nawet odprawienie rekolekcji u kamedułów, bo niebawem stanę się płytki, jak ci, wśród których przebywam. Niestety, do kamedułów nie dotarłem, choć pewnie byłoby mi tam dobrze, bo czytać umiem i lubię, a samotność znoszę dość dobrze, czego by nawet nie podejrzewali ci, którzy mają o mnie utarte mniemanie.

Nie wiem, czy to dobrze czy to źle, ale jestem z nią zawsze i wszędzie. Wszędzie ją zabieram ze sobą. Do urzędu, do Papieża, na Jamną i nad Lednicę. Każę coś zrobić, coś załatwić, coś powiedzieć albo napisać. Jeździmy i chodzimy razem. Jedno mam życie – z nią. Z młodzieżą, która zwraca się do mnie: „ojcze”.

Nic też mnie tak nie cieszy jak rozwój ludzi, szczególnie młodych. Jeszcze do niedawna taki słupek z rozdziawioną gębą, bezradnie gapiący się na świat, a oto nagle jakby przebudzony, rozgarnięty chłopak czy dziewczyna, którym można powierzyć odpowiedzialne zadanie, ludzi czy pracę. Jeszcze do niedawna takie popychadełko, a dzisiaj zgłasza się z inicjatywą. Dojrzałość, samodzielność, odpowiedzialność. To mnie cieszy najbardziej.

Zauważam, że zostaje mi coraz mniej czasu. Wobec tego muszę mówić coraz krócej i coraz bardziej się streszczać. Muszę wyrażać się jasno i prosto, aby było wiadomo, o co mi chodzi. Już nie czas na opowieści, przypowieści i dawanie do myślenia. Nie czas na wahania czy gdybania. Jako ojciec stawiam wymagania, bo tylko jako ojciec mam prawo wymagać, nakazywać, oczekiwać. Coraz częściej mówię wprost i proszę, by coś zrobili.

Pewnego lipcowego wieczoru nad Lednicą powiedziałem tak: – Kocham was i dlatego pragnę, abyście nawiązali głębszy osobisty kontakt z Chrystusem, z Tym, który pierwszy nas umiłował. Proszę was o nawiązanie kontaktu, zażyłości, intymności. Proszę was o osobistą rozmowę z Chrystusem prowadzącą do spowiedzi i komunii świętej. Pragnę razem z wami być zanurzony w Chrystusie. Nie ma wspanialszego sposobu na bycie razem niż Eucharystia.

Jakże niektórzy się męczyli. Chwytali za głowę, drapali, chodzili na samotne spacery. Ale jakże radosne były chwile spowiedzi i wspólnej komunii świętej. Sam to widziałem. Szczęśliwe oczy moje… Wszystko słyszałem na własne uszy, ich radosny śpiew, ich zwierzenia, dlatego szczęśliwe są również moje uszy…

Z bezładnej masy tych, którzy przyjechali, wyłonili się konkretni ludzie, którzy wyszli z cienia i półcienia, z anonimowości i zaistnieli. Ludzie służby. Ludzie inicjatywy. Ludzie decyzji, odwagi i odpowiedzialności. Znajdywanie takich ludzi jest łaską. I, o dziwo, najczęściej są to ludzie z daleka.

Często ci z bliska, trochę jakby znudzeni, zechcieli od nas odpocząć. Niektórzy ambitni, szukający siebie i pragnący realizować siebie, nie przyjechali nad Lednicę, nie spodziewając się niczego nadzwyczajnego. Cóż, i ojciec Jan Góra się powtarza. I nic nie zaproponuje nowego, tylko wiecznie to samo: wspólne czytanie i wspólna praca. Stale to samo: jutrznia, śniadanie, praca, wykłady, obiad, koronka, spotkania, nieszpory, msza święta i apel. Coś ponad to już niedobrze. Niektórzy mówią, że wakacje ze mną to obóz pracy, i przestrzegają mnie, że jak tak dalej będę robił, to młodzież mnie opuści. Jestem jednak uparty i wierzę w nią. Tworzymy wspólnotę. Nieformalną wprawdzie, ale rzeczywistą. Mam prawo oczekiwać, wymagać, nakazać. Jedni, jak synowie marnotrawni, jadą trwonić wspólne dobra, a inni, jak ci starsi, zmęczeni pozostawaniem w domu bracia, zazdroszczą młodszym dalszych wypraw i szybszych ruchów w tak zwanym świecie, okazując znudzenie i niezadowolenie z powodu serdeczności dla tych, którzy wracają.

Jedni i drudzy dojrzewają i ja sam dojrzewam. Kiedy widzę, jak wracają, roztrwoniwszy wspólny majątek, ale przynosząc mi siebie – rodzi się we mnie ojcostwo. Cóż, majątek stracony, ale dzieci wracają. Wtedy rodzę się na nowo dla nich, chociaż głęboko i pokątnie chowam żal za czas i majątek zmarnotrawiony poza domem. Kocham narzekanie tych, którzy mają wątpliwości, czy dobrze zrobili, zostając ze mną i budując nasz wspólny dom. Uczę ich cieszyć się z powodu tych, którzy wracają z dalekiego świata, nie przywożąc ze sobą niczego, poza sobą, i to w opłakanym stanie.      

Dzisiaj Ania zadzwoniła do mnie, że jedzie z grupą przyjaciół za granicę i że będzie mnie i Lednicę reprezentować, i że wszystkie wysiłki będą szły w kierunku, żeby coś dla mnie i dla Lednicy zrobić. Ale kiedy tak mówiła jak nakręcona, pomyślałem, jakie to szczęście, że ma co i kogo reprezentować, że nie jedzie z pustymi rękami, że ma w sobie tę treść, sens i cel. To jest nasz wspólny majątek, pomyślałem. Chociaż nie zdążyłem jej powiedzieć, że tyle samo co ona robi dla nas, my robimy dla niej.

Kocham tych, którzy razem ze mną budują rodzinny dom naszego duszpasterstwa. Którzy nie tylko stawiali ze mną mury Hermanic, Jamnej i Lednicy, ale budują dzisiaj więzi międzyosobowe. Którzy są ze mną i gościnnością zdobywają nowych aniołów dla królestwa niebieskiego.

Kocham tych, którzy mają to delikatne wyczucie, kiedy być ze mną, a kiedy odstąpić ode mnie, abym był dla Niego w całości, bez podziału.

Kocham tych, którzy są ze mną w chwilach, kiedy wykuwa się przyszłoroczna Lednica, i tych, którzy dźwigają razem ze mną niewypowiedziany trud troski o dusze studentów i lednickiej młodzieży.

Powoli kończą się wakacje. Czas pomyśleć o duchowej strawie dla tych, którzy zagoszczą w duszpasterstwie. Wiszą nade mną słowa samego Chrystusa: „To wy dajcie im jeść!”. W czasie tegorocznych wakacji przygotowaliśmy program na nadchodzący rok akademicki. To dla nas rok znaczący. Siedemdziesięciolecie naszego duszpasterstwa. Nie zawieść Boga ani ludzi. Odpowiedzieć na ich głód. Obdarować wizją integralnego Chrystusa i integralnego człowieczeństwa.

Kocham swoje dzieci marnotrawne, które wracają z daleka z pustymi rękami, ale za to z gorącym sercem, i kocham tych, którzy pozostają w moim domu, pracując razem ze mną i wspierając mnie w pracach nudnych i pozornie niepotrzebnych – ponieważ i ja sam mogę być dla niektórych z nich ojcem marnotrawnym, a dla innych tym nudnym pozostającym w domu i stale zapracowanym, i nieumiejącym zabić koźlęcia dla zabawy z najbliższymi.

Wakacje moich dzieci
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...