Walentynka

Wydawca poprosił mnie o napisanie książki na walentynki – i pomyślałam: dlaczego nie? Każda okazja dobra, by wspierać miłość.

Zaczęłam od dobrania materiału poetyckiego – bo książka ma zawierać także wiersze. Jak już, to dobre. Najlepsze. (Bo kto powiedział, że walentynka musi być kiczem?).Wiersze wyłącznie polskie, i tylko te sprzed lat siedemdziesięciu, żeby nie wdawać się w żmudną i długotrwałą procedurę kupowania praw autorskich do każdego sonetu.

Mamy w swoich bibliotekach – córka i ja – wielkie zbiory książek poetyckich, cennych pierwszych wydań, egzemplarzy z autografami poetów. Ruszyłyśmy z zapałem do regałów. Sylwestra spędziłam na podłodze, pośród wieżyc ułożonych z ksiąg i książeczek; w każdej książce przynajmniej kilka zakładek różowych (to córczyne) i żółtych (moje). Rozczochrana, z czerwonymi oczami, kątem ucha słuchając dalekich wybuchów petard i syczenia rac, pędziłam przez polską poezję jak niesiona bolidem; znajome i nieznajome, zapomniane i pamiętane od zawsze, wiersze, poematy, ballady, fraszki, sonety, układały się w tunel pełen zieleni, słowików, róż, kurhanów, księżyców srebrnych i czarnych, anielskich skrzydeł, mieczy, zamczysk, puszcz i deszczu jesiennego, różowej magii i rycerzy w czarnych zbrojach. Co za podróż! Potoki cudownej polszczyzny – kolorowej, szlachetnej, bogatej, plastycznej, giętkiej – mknęły mi przez głowę, wymywając śmieci gazetowej nowomowy i telewizyjnego monobełkotu.

Majaki potężnych wyobraźni! – zamknięte i zasuszone w drukowanych słowach, ściśnięte pomiędzy kartkami, potrzebują tylko odrobiny uwagi, by urosnąć i rozwinąć całe swoje bogactwo – tak jak owa chińska herbata w pakiecikach wielkości grochu, które po zalaniu wrzątkiem zamieniają się w pęczniejące kule pełne aromatu i smaku.

Potężna wyobraźnia dawnych poetów miała moc i realizm halucynacji, a zbudowana była na romantycznych opowieściach, baśniach, podaniach i legendach, na ustnych i pisemnych przekazach (a te, jak wiadomo, pobudzają umysł do tworzenia własnych fantazji i obrazów, i to o wiele silniej niż fotografia czy film). Żywa imaginacja, karmiąca się samą sobą i światem, pamięcią i przeszłością, kreująca olbrzymie nowe rzeczywistości, a poddana żelaznym regułom poetyckim, które, nawet jeśli się je świadomie łamie i rozsadza, tworzą nadal niewidzialną siatkę rusztowania, wsparcie dla gmachu słów – oto, czego dzisiaj brakuje poetom. (Tak sobie myślałam w sylwestra, zapewne bardzo niesprawiedliwie, ale co mi tam; czytelnik ma prawo być niesprawiedliwy).

Coś mi krążyło po głowie, w tyle czaszki – jakiś zapomniany wiersz, na pewno Słowackiego, więc sięgnęłam po mój niezbędnik, po moją protezę codziennego użytku: po Księgę cytatów z polskiej literatury pięknej Pawła Hertza i Władysława Kopalińskiego (PIW, 1975).

I znalazłam od razu!

Słowacki, a jakże. Zawisza Czarny.

O tobie nigdy ja nie myślę prawie,
Choć ty mi w oczach tak stoisz przytomnie,
Że tobą zawsze oczy, myśli bawię;
A kiedy szaśniesz szatami koło mnie,
To jestem jakby o dziecko w obawie;
Rad bym się twoim piastunem ogłosić,
Na ręce ciebie wziąć moje i nosić…
Rad bym cię nosić, abyś nie chodziła
Nóżkami tymi i nie miała trudu…

A dlaczego ja to znam na pamięć, skoro nie czytałam nigdy tego dramatu w całości?

Komplet Słowackiego stoi u nas na regałach w dużym pokoju; obecnie ukryty jest za wielgachną, kłującą, ciężką choinką, pełną misternych cacek. Wleźć za takie drzewo, zajmujące cały kąt pomieszczenia, nie było łatwo ani miło. Ale wlazłam, gnana tajemną ciekawością. Wydobyłam Słowackiego i znalazłam Zawiszę.

Oczywiście, że nie czytałam tego dramatu w całości! Całości nigdy nie było. Były fragmenty, bruliony i szkice. Piękne. Przepiękne.

I znajome. Na pamięć znajome.

Zapamiętane na zawsze.

Świat mię zna jako złego szeląga,
Na co mi tajemnic cisza?…
Nazywają mnie, panno, Zawisza,
A głos famy głupi, marny,
Ufundował na ziemi, żem czarny,
I roznosi to sobie po świecie…

Ale nie jest tak… świat nie wie, co plecie:
W duszę zajrzał tylko rogiem
I myśli, że już ją widzi…
A ja czuję, żem jest biały przed Bogiem…
Dusza moja czarnością się brzydzi…

Czytał te słowa, stojąc przed klasą pełną kilkunastoletnich głuptasek w granatowych fartuchach, w żeńskim LO im. Dąbrówki. W jednej ręce miał okulary, które zawsze zdejmował do czytania, w drugiej – rozsypującą się książkę, do której, deklamując, nawet nie musiał zaglądać. Kiedy doszedł do słów „żem jest biały przed Bogiem”, głos mu pękł, usta i broda zadrżały, a z oczu popłynęły łzy. Patrzyłyśmy na niego skonsternowane, zażenowane, nawet pełne niesmaku. Wiedziałyśmy, że kocha romantyków, a Słowackiego – zwłaszcza, ale żeby aż tak?… Aż tak kochać? Aż tak nad sobą nie panować?

Opanował się szybko, dokończył czytanie i rozdzielił role. Przygotowywał nas właśnie do szkolnego przedstawienia, kolejnego z rzędu.

Dał mi rolę Zawiszy.

Tak, to ja, onieśmielona, mówiłam ze szkolnej sceny:

Twarz moja od słońca ćmi się
I nie jest świeża jak kwiaty,
Do tego – jestem dziobaty…
Jeśli chcesz – to przypatrz mi się…

A Joasia Skorwider na to: „– Ach!…”.

A ja:

Co, zmarszczona jak rydze
Twarz… żółtą się zdaje kością…?

Grałyśmy scenę II aktu I, jak teraz stwierdzam. Profesor rozpisał nam role na kartkach. Pamiętam jednakże nie tylko swoją partię, ale także teksty Laury i Gniewosza, bo wielokrotne próby wbiły mi w głowę każde słowo, na całe – jak się okazuje – życie.

Podobnie jak Beatrix Cenci, jak DziadyMazepę, jak Odę do młodościPana Tadeusza.

Szkolne przedstawienia, czytanie na głosy, łzy starego nauczyciela. Niewidzialne rusztowanie.

O, proszę. Sama mam mokre oczy. Może to przychodzi z wiekiem.

I otóż, jak się okazuje, napisałam walentynkę dla mojego polonisty. Tylko że on już od dawna nie żyje.

Walentynka
Małgorzata Musierowicz

urodzona 9 stycznia 1945 r. w Poznaniu – z domu Barańczak, siostra Stanisława Barańczaka, absolwentka PWSSP w Poznaniu, najbardziej znana jako autorka serii Jeżycjada....