Wchłanianie świata
fot. nusry n

Wchłanianie świata

Do Amsterdamu przyleciałam tak, jak się przyjeżdża do Radomia, Torunia czy Gdańska – nieuważnie, bez wielkich emocji. Wbiegłam do samolotu ostatnia, gnana zniecierpliwionym wzrokiem stewardesy. Z tym samym uczuciem, które towarzyszy mi, gdy wciskam się rano do tramwaju. Pod niebem myślałam tylko o tym, jak zdumiewające kształty przyjmują chmury i jak długo samolot musiałby się wzbijać, żebyśmy dotarli do czerni kosmosu. Nie zastanawiały mnie granice, nad którymi sunę szybko i bez przeszkód. Na lotnisku Schipol nawet nie zerknęłam na bramkę paszportową. Jako obywatelka Unii Europejskiej pomaszerowałam wprost do hali przylotów i zamówiłam kawę, która kosztowała tyle samo i smakowała identycznie jak w Warszawie. Słowem – będąc w ruchu, nie doświadczyłam podróży. Ani tej silnej ekscytacji, która towarzyszy, gdy się jedzie do innego świata. W Europie jestem u siebie i choć odwiedzanie jej stolic jest dla mnie jedną z największych przyjemności i sposobów na błyskawiczne, weekendowe poszerzanie horyzontów, to mogę je przyrównać z przejściem z jednego do drugiego pokoju w tym samym mieszkaniu.

W hali przylotów, z europejskim smakiem café latte w ustach, czekałam długo na moją siostrę, której samolot z New Delhi miał przybyć z opóźnieniem. Stałam wśród innych – cierp- liwie wyprostowanych i uprzejmie odsuniętych od siebie o pół kroku podróżnych oraz kierowców hotelowych, trzymających kartki z nazwiskami gości, na których czekali. Uświadomiłam sobie nagle, że 11 lat wcześniej dokładnie tego samego czerwcowego dnia to siostra czekała na mnie. Tam właśnie, na lotnisku w New Delhi. Ledwie ją dostrzegłam w tłumie ściś- niętych, barwnych postaci, które przepychały się, trajkotały, jak jeden organizm. Była upalna noc, wiatr przywiał znad pustyni piaskowy pył – kolory stłumione, linie niewyraźne, jakby wszystko pogrążyło się w suchej mgle. Zawiesiła mi na szyi jaśminową girlandę – kwiaty już zwiędły, ale pachniały mocno. Taksówka wiozła nas przez miasto, które nie chciało spać – mimo późnej pory na chodnikach i w zaułkach życie, sklepiki rozświetlone. I ja nie mogłam zasnąć – powietrze jakby za ciasne, uciskające ciało, a ten świat inny zupełnie, od razu niepojęty. Ale zanim popędziłam go poznawać, miałyśmy coś ważnego do zrobienia. Rano, w grupie znajomych przemierzałam nieludzkie, imperialnie szerokie ulice w poszukiwaniu polskiej ambasady. Upocone, w mokrych i pobrudzonych ubraniach dotarłyśmy przed zakryty zielonym suknem stół. W dzbanach stały białe i czerwone storczyki, w sali panował zbawienny chłód, wygodnie usadowiona komisja miny miała zupełnie nadwiślańskie – równie poważne, co znużone. A my, uroczyste pomimo zmęczenia, oddałyśmy swoje głosy za przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej. I potem, gdy oglądałam w gazetach wyniki referendum i zdjęcie szczęśliwej Danuty Hübner, którą kręcił w powietrzu równie zadowolony Aleksander Kwaśniewski, cieszyłam się z nimi, że razem „weszliśmy” do Unii, do świata. I że nas stąd już nikt nie wyprosi.

Zostało Ci jeszcze 42% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

||
Wyczyść

Zaloguj się