We własnym labiryncie

We własnym labiryncie

Tomás Halík, Co nie jest chwiejne, jest nietrwałe. Labiryntem świata z wiarą i wątpliwościami, przeł. Juliusz Zychowicz, WAM, Kraków 2004, s. 335

Nie waham się napisać, że Co nie jest chwiejne… można porównać do Wyznań św. Augustyna. Być może gdyby biskup Hippony żył współcześnie, napisałaby właśnie taką książkę.

Mit Narcyza

Na pierwszy rzut oka mit o Narcyzie przestrzega nas przed przesadnym zachwytem nad własną osobą. Dla Tomáša Halíka jest on punktem wyjścia poza to, co powierzchowne. Każdy z nas ma w sobie coś z Narcyza — ślizgamy się po powierzchni własnego życia, pośpiesznie odtrącamy sprawy pozbawiające nas poczucia bezpieczeństwa, nie narażamy się na utratę wypielęgnowanego „świętego spokoju”. Dostrzegamy tylko odbicie twarzy i próbujemy się dowiedzieć, co ono skrywa. Wizerunek na tafli wody jest w rzeczywistości maską. Przybieramy ją w kontaktach z innymi, nosimy ją w relacjach ze światem. Nie spada z twarzy nawet, gdy zgłębiamy samych siebie. Twarz Narcyza ukrywa to, co jest niewygodne: dręczące znaki zapytania, podważające pewność tezy. Mit ma więc drugie dno, niemal zaproszenie: zajrzyj w głąb siebie, przestań poznawać po pozorach, zmierz się z samym sobą.

Czeski duchowny ks. Tomáš Halík jest dobrze znany polskiemu czytelnikowi. Liczne artykuły oraz kilka książek pozwoliły mu zjednać sobie szerokie grono czytelników. Jest to grono, któremu Halík stawia wysokie wymagania. Filozofia, psychologia, fascynacja socjologią, zaangażowanie w dialog międzyreligijny, doświadczenia duszpasterskie. Jakby mało tego było, jest otwarty na świat współczesny, niemal głodny świata, dlatego nie szczędzi nam zanurzenia w politykę, media, literaturę. Jego styl ma w sobie coś z gawędy przy kuflu piwa. Na początku jest obopólne porozumienie, ciekawe zagajenie tematu, na który skwapliwie przystajemy, próba nawiązania dyskusji i… już zasłuchani stawiamy następną kolejkę. Wychodzimy z czytelniczego baru z płonącymi oczyma, spóźnieni na kolejne spotkania, przeżywając w sobie wnioski z rozmowy. Książka Co nie jest chwiejne, jest nietrwałe. Labiryntem świata z wiarą i wątpliwościami nie jest pod tym względem czymś nowym w dorobku Halíka. Treściowo wydaje się jednak wielkim krokiem naprzód. Trudno oprzeć się wrażeniu, że dysponujemy dziełem niezwykle ważnym zarówno dla autora, jak i dla współczesnego chrześcijanina.

Pięć kontynentów jak pięć ran

Kanwą książki są podróże Halíka. Z perspektywy fizycznego doświadczenia miejsca, przestrzeni, innej strefy czasowej autor podejmuje zasadnicze problemy ludzi i ziemi, aby wyprowadzić je, zanieść przed oblicze Jedynego. Problemy, które dostrzega Halík, wyrywają go z własnego świata, aby po chwili zwrócić mu siebie samego wzbogaconego o rozumienie siebie i rzeczywistości. Podróże — Indie, Japonia, Egipt, Izrael, Rosja, Stany Zjednoczone, rodzinne Czechy i wreszcie Antarktyda — są zarówno rzeczywiste, jak i metaforyczne. Przypominają raczej pielgrzymki niż turystyczne wyprawy. Notatki z nich po pewnym czasie stają się męczące, choć podczas lektury budzi się w czytelniku lekkie ukłucie zazdrości, bo przecież każdy chciałby być przez chwilę w buddyjskim klasztorze czy na Antarktydzie. Niczego nie ujmując relacjom (zachwyca mnie zdanie: „Tak, styczeń to odpowiedni czas dla podróży do Moskwy”) i ciekawości świata, trudno zwieść czytelnika: są one jedynie pretekstem do zastanowienia się nad pytaniem noszonym w sobie. Nie jestem pewien, czy tego, na co Halík zwrócił uwagę podczas pobytu np. w Stanach Zjednoczonych (problem przenikania się i potrzeba oddzielenia wiary od państwa) czy Rosji (kult bożków kontra cześć oddawana prawdziwemu Bogu), nie odkryłby, nie ruszając się z miejsca. Ważniejsze zamiast tego jest przekonanie wypływające z kart książki, że człowiek nie jest oderwany od świata i jego problemów. W tym sensie każdy jest globalistą cierpienia, bólu i nadziei. Ten świat przenika nas, a my staramy się go kształtować. Stygmaty Boga ma człowiek i świat — kłamstwem byłoby tego nie zauważać.

Halík podróżuje, bo chce spojrzeć na siebie trochę innego, z nieznanego mu kąta widzenia odmiennej kultury i tradycji. Jednocześnie do głosu dochodzą te same problemy, bez względu na to, czy jest to cisza buddyjskiego czy benedyktyńskiego klasztoru, pustynia piaskowa czy śniegowa. Pytanie, którym jest sam dla siebie, wędruje niezmiennie z nim. Nie może go zostawić, wymyka się kontrolom celnym, doskonale radzi sobie bez znajomości języków obcych, ba, zdaje się, że mówi językiem uniwersalnym. Pytanie, które nosi w sobie, nie da się określić w pomniejszym pytaniu, nie da się zamknąć w jednym ani nawet w kilku zdaniach zakończonych znakiem zapytania. Paradoksalnie, pytanie to jest wyrażalne jedynie w twierdzeniu oznajmującym: sam dla siebie jestem pytaniem.

Podróże autora Co nie jest chwiejne… są więc pretekstem. Najważniejszy jest podróżnik, którym podczas lektury jest zarówno piszący, jak i czytający.

Człowiek jako terra incognita

Wyruszyć w drogę. Ale po co? Być może opowieści o podróży przez pięć kontynentów są potrzebne, aby zaciekawić czytelnika, zaprosić go poprzez opisywanie innych kultur, zwyczajów, kwestii spornych do zajrzenia w głąb siebie. Czeski duchowny przemierza nie tyle świat, który nagle stał się małą globalną wioską, ile raczej bezkresne przestrzenie swego jestestwa. Im mniejszy staje się nieogarnięty jeszcze kilka wieków temu świat, tym rozleglejszy i bardziej tajemniczy, nieznany staje się człowiek. U progu XXI wieku to istota ludzka jest ziemią nieznaną, a ja sam dla siebie białą plamą duchowej historii i geografii.

Poczucie niewystarczalności tego, co znane i „oswojone”, i przeświadczenie, że gdzieś jest odpowiedź, każe spakować plecak, chwycić mapę, zamknąć za sobą drzwi i ruszyć. W sensie duchowym człowiek wierzący jest nieustannie w podróży. Bycie w drodze pozbawia poczucia, że wszystko jest znane, a świat niczym nie zaskoczy. Podróż rozpoczyna się od zakwestionowania „tego” miejsca i domaga się wyruszenia „tam”. Wiara na którymś etapie życia duchowego zakwestionuje zadomowienie w bezpiecznych formułach i sprawdzonych modlitwach. Ze zdziwieniem zauważam, że obok wiary mieszka wątpliwość, a raczej odkrywam, iż zawsze tam mieszkała. Życie duchowe unikające niebezpiecznych pytań nie ma nic wspólnego z życiem i przybliża się do wegetacji. Ewangelia troskliwie zamknięta za spiżowym murem w obawie przed zszarganiem przez świat jest niewiele więcej warta niż młodociane manifesty pisane przy ognisku. Halík pisze —

Wiara bez pytań mogłaby tak bardzo zarosnąć chwastami ludzkich przesądów i imaginacyjnych obrazów, kulturowo–religijnego balastu, że chwasty te stłumiłyby w nas Boże ziarno. Dopóki nasza wiara ma charakter pielgrzymi i nie zmieniła się jeszcze w „uszczęśliwiające oglądanie”, zastrzeżone dla tych, którzy po ziemskiej wędrówce spoczęli w Bożych ramionach, potrzebuje krytycznej korekty w postaci wątpiącego rozumu: właśnie ta pokorna otwartość na dialog z rozumem chroni ją przed wpadnięciem na mieliznę ideologii.

Duchowe poszukiwania

Jesteśmy dziećmi swoich czasów. Tomáš Halík również. Co nie jest chwiejne… stanowi zbiór esejów spiętych w trzy klamry, trzy labirynty: świata (wspomniane już podróże), własnego losu (część najbardziej osobista, autobiograficzna), filozofii religii (punkty styczne i zapalne między umiłowaną filozofią czeskiego duchownego a religią chrześcijańską). „Kilkakrotnie w ostatnich latach osobliwie zachwiało się moje serce, mój wewnętrzny duchowy świat, moje kapłaństwo” — zaczyna niemal na początku Czech. Po takim wyznaniu próżno by jednak oczekiwać wiwisekcji upadków, kroniki kryzysów, relacji odbijania się od dna. Świat duchowy rozumiany jest przez autora nie tylko jako doświadczenie skrajnie indywidualne, przeżywane w nieobjętej samotności. Pisaniu towarzyszy przeświadczenie, że to, co jest przeżywane przez różne osoby, jest bardzo do siebie zbliżone. Jeśli więc Halík dzieli się własnym doświadczeniem, to w poczuciu solidarności, że nie jest w tym sam, że nie są to problemy abstrakcyjne, wymyślone za biurkiem. Co nie jest chwiejne… to epopeja duchowych zmagań i podążania ku Temu, który nas pierwszy pociągnął do siebie. Własnej wiary Halík nie postrzega jako serii kryzysów, a raczej jako doświadczenie zrozumienia:

nieraz musiałem się przed sobą przyznać, że „moja wiara się chwieje” — aby zaraz potem uświadomić sobie i doświadczyć, że „w tym zachwianiu był Bóg”.

Zmierzając ku Bogu, stąpamy po niepewnym gruncie. Autor przywołuje postacie św. Augustyna i Mistrza Eckharta, dowodząc, że ta niepewność jest trwale wpisana w duchowe poszukiwania. Wiara nie jest duchowym znalezieniem, posiadaniem ostatecznej prawdy, dotarciem do bezpiecznego portu. Czy życie duchowe może pozostać życiem, jeśli zamyka się na poszukiwania i odwraca twarz od wątpliwości? Czy nie zamienia się wtedy raczej w idealnego bożka — bez skazy co prawda, lecz równie martwego jak nasze zalęknione serce? Kogo kochasz, kiedy kochasz swego Boga? — pytał Augustyn. I odpowiadał: Miłość, którą kochasz Boga, i poszukiwanie, którym Go szukasz, są miłością i poszukiwaniem, którymi ciebie szuka i kocha Bóg. Wiara może pomóc w dotarciu do ukrytego „ja”. Samo słowo „religia” wywodzi się od łacińskiego re–legare, a więc wiązać powtórnie, raz jeszcze, wiązać mocno, a w dalszym sensie od–czytać. Wiara jest odczytaniem własnej historii raz jeszcze, potwierdzeniem dokonanego już wyboru. Nie ma ona nic wspólnego z bezpieczną lokatą w banku — to rzeczywistość dynamicznie się rozwijająca, stawiająca nowe wyzwania i domagająca się odpowiedzi na nie. Nie może być inaczej, skoro człowiek w swej najgłębszej istocie, w której mieszka także świat duchowy, jest sam dla siebie pytaniem.

Zmierz się z koanem wiary

Wiara nie jest rzeczywistością raz daną. Kształtuje się, towarzyszy w życiu. Podobnie jak ono doświadcza trudności, a także wraz z nami dojrzewa. Ba, dojrzewa niejako obok nas, niezależnie, jakby sama sobie, a nieraz nawet i wbrew nam. Wiara jako re–lecture życia pozwala odczytać, a więc zrozumieć samych siebie. Halík interpretuje słowo „wierzę” jako gotowość podjęcia decyzji: tak, tu stoję i chcę ruszyć dalej. Nie ma więc mowy o nienaruszalnej pewności, niezachwianym przekonaniu, by nie rzec metafizycznej konserwie.

Najwłaściwszą formą dla wiary wydaje się, jak przekonuje autor, koan, zagadka lub wyznanie o charakterze paradoksalnym, dalekim od zwykłej, uporządkowanej logiki. Koan, tak ulubiony przez buddyzm zen, nie jest czymś obcym chrześcijaństwu i mistykom. Zagadka zawiesza działanie rozumu, aby dojść do głębszego rozumienia. Nie tyle intelektualnego, ile osobistego. Na koan można odpowiedzieć tylko doświadczeniem, przeżyciem i na nic tu mądre książki i uczone traktaty.

Wiara jest takim koanem. Rodzi się z osobistego spotkania z Bogiem, spotkania mojego „ja” z przekraczającym go „Ty”. Jeśli Halík pisze, że jego wiara jest chwiejna, oznacza to, że jest żywa. Czeski duchowny nie podaje w wątpliwość istnienia Boga, sakramentów Kościoła, powszechności zbawienia dokonanego przez Chrystusa. Wyposażony w tę pewność, może zmierzyć się z niepewnością. Nie chce wątpliwości zniszczyć, ale raczej otworzyć się na nie, przyjąć je, wyrazić zgodę na ich istnienie w samym sobie. Jego wiara, a także nasza, rodzi się pośród świata pełnego sprzeczności; świata, którego krzykliwość w sprawach błahych oraz milczenie wobec problemów istotnych nie pozwala pozostać obojętnym.

Życie duchowe oderwane od tego, co tu i teraz, pozostaje laboratoryjnym ekstraktem, sterylną szczepionką na udręki dnia powszedniego. Jeśli wiara rzeczywiście dotyczy całego człowieka, to rzuca światło również na całość człowieczeństwa: sztukę, działania polityczne, seksualność, zwątpienia i nadzieje. Wydaje się, że im głośniejszy staje się świat, tym bardziej domaga się on obecności człowieka. Rzeczywistość oderwana do człowieka staje się koszmarem, gubi swój sens. Pozostawiona sama sobie staje się bezdomna, zdziczała, nieludzka. Struktury świata powinny być pełne człowieka, tylko wtedy rzeczywistość będzie ludzka. Ta zależność widoczna jest także w nas. Im mniej kontaktu ze światem rzeczywistym, jego problemami i wyzwaniami, tym większa pokusa tworzenia własnej rzeczywistości, funkcjonującej zgodnie z przez siebie ustanowionymi prawami, które stając się nierzeczywiste, stają się jednocześnie nieludzkie.

Halík widzi wiarę jako „wyjście” z zastanego porządku. Wyjść musiał Abraham, w drogę udali się Izraelici, Jezus zmierza ku swej misji. Wierzący nie zadowala się spokojem, bo spokój nie jest tu; ostateczne poznanie jest Tam.

Rekolekcje z Nietzschem

Przez stronice książki przewijają się myśliciele, filozofowie, mistycy różnych epok. Mimo doborowego towarzystwa Hegla, Jana od Krzyża, Freuda, Loyoli główny dyskurs toczy się między św. Augustynem a Nietzschem. Próżno byłoby szukać zestawienia w jednym szkicu poglądów biskupa z Hippony z poglądami niemieckiego filozofa. Halík jednak nieustannie odwołuje się do ich twierdzeń. Co nie jest chwiejne… jest jakby rozpięte między „Kochaj i rób, co chcesz” a „Bóg umarł”. Zaskakujące jest to zestawienie, ale to właśnie ci dwaj filozofowie stanowią filary nawiązań i inspiracji czeskiego duchownego.

Nietzsche jest jednym z najważniejszych myślicieli dla Halíka, który interpretuje ateizm jako jedno z doświadczeń religijnych. Podoba mi się to stanowisko znacznie bardziej od utartego oskarżania niemieckiego filozofa o wszelkie możliwe zło. Wobec okrzyku „Bóg umarł” nie sposób przejść obojętnie. Nie ma tu łatwych odpowiedzi i Halík nawet nie próbuje ich zaproponować. Stara się raczej wykazać, że na pewnych etapach wiara przechodzi przez poczucie opuszczenia przez Boga. Można więc odczytać Nietzschego w kontekście nocy ciemnej św. Jana od Krzyża. Niemiecki filozof okazuje się bardzo bliski człowiekowi niepozbawionemu pytań, wątpliwości oraz doświadczenia zachwiań wiary. Nietzsche jako towarzysz duchowy?

Augustyn przyciąga nie tyle swoją filozofią, ile konsekwentnym badaniem siebie. Czeski duchowny ceni najbardziej Doktora Łaski w jego zapiskach, w których autobiografia stanowi jedynie pretekst do przyjrzenia się otaczającemu światu i człowiekowi.

Co nie jest chwiejne jest nietrwałe. Labiryntem świata z wiarą i wątpliwościami jest książką, która powstaje po latach przemyśleń. Czekałem na nią. Cieszę się, że już jest.

We własnym labiryncie
Marcin Cielecki

urodzony w 1979 r. – polski poeta, eseista, recenzent, pisarz. Autor m.in. zbioru esejów Miasto wewnętrzne, książek poetyckich Ostatnie Królestwo, Czas przycinania winnic....