Wewnętrzne skupienie

Wewnętrzne skupienie

Jeżeli trwa w nas trynitarny dialog i jesteśmy weń włączeni, to musimy zwrócić się do naszego wnętrza. Na zewnątrz szukaliśmy Boga i samych siebie, ale Tego, którego szukamy, na pewno i najłatwiej znajdziemy w sobie. Większość mistyków chrześcijańskich jest tutaj zgodna.

Nasze wnętrze jest świętością
w nim przechadza się Bóg.
Z zadowoleniem na nas spogląda
i wszystko oświeca.
Jego obecność nas ogarnia
delikatnym i cichym pokojem.
W milczeniu cierpienie
staje się niebiańską melodią.
Jego miłość i miłosierdzie
jest początkiem wszystkiego,
a On w ludzkiej postaci
znajdować chce swoje odbicie 2.

Wspaniale jest spotykać Boga w przyrodzie. „Myślę, że miłość nas, Szwedów, do natury, jest formą mistyki”, napisał przed kilku laty w swoim artykule 3 Rättvik William Johnston:

Któryż Szwed nie pamięta momentów swoich doświadczeń z przyrodą, które były dla niego tak osobliwe i niewypowiedziane, że nie sposób ich opisać? Przesuwać się razem ze skałą, na której się leży, i wsłuchiwać się w szum wody, która powoli głaszcze kamienie? Tulić okorowane drzewo i wdychać zapach żywicy? Wędrować po nieurodzajnym lesie i czuć rosę opadającą na policzki?

Cudowne! To pokazuje, że jest w człowieku wrodzona tęsknota i możliwość nawiązania kontaktu z tym, co transcendentne. To może być drogą do Boga. „Możecie mieć puste kościoły, ale wiara istnieje”, pisze Johnston do Szwedów. Jest oczywiście świadom, że mistyka chrześcijańska to coś więcej.

Niech przeciwwagą do mistyki przyrody będzie cytat ze św. Teresy z Lisieux:

Rozumiem i wiem z doświadczenia, że „Królestwo Boże jest w nas” (Łk 17,21). Jezus wcale nie potrzebuje ksiąg ani doktorów, aby pouczać dusze; On, Doktor doktorów, poucza w ciszy, bez słów… Nigdy Go nie słyszałam, lecz czuję, że jest we mnie, w każdej chwili; prowadzi mnie i podpowiada, co winnam powiedzieć lub uczynić 4.

Mistyka chrześcijańska jest rozmową z Bogiem, który jest „Ty” i równocześnie jest intimior intimo meo — bardziej mną, niż ja sam jestem (św. Augustyn).

Modlić się to wniknąć w siebie tak głęboko, aby dojść do wewnętrznej przestrzeni, w której Bóg i człowiek są jedno. Święta Teresa z Avili mówi o pszczołach (nasze zmysły), które powracają do ula, aby wytwarzać miód 5. Wewnętrzne skupienie jest czymś zupełnie innym niż zajmowanie się sobą czy narcyzm. Kto jest zajęty sobą, zapewne wchodzi w siebie, lecz niedostatecznie głęboko! Zatrzymuje się na peryferiach, na zewnętrznym albo swoim małym „ja” (ego), zamiast dotrzeć do prawdziwego „ja”, do nowego człowieka, który żyje przez Boga, z Bogiem i w Bogu.

W naszym wnętrzu wiara jest czymś egzystencjalnym. Im bardziej tam żyjemy, tym lepiej możemy pojąć transcendentną rzeczywistość. Tam mamy zmysły, które potrafią wyczuć to, czego nasze zmysły zewnętrzne i rozum pojąć nie zdołają. Nie chodzi o subiektywne doznania uczuciowe. Dzieje się tak, jakbyśmy otrzymali pewien obiektywizujący czułek reagujący na to, co jest, na samo „być”. Dla tych, którzy tam trwają, życie jest tak bardzo proste dlatego, że wszystko, co subiektywne, staje się relatywne. Ich władze poznawcze istnieją tylko po to, aby przyjmować obiektywną rzeczywistość, której nauczyła ich wiara, a teraz już samo istnienie ich o tym przekonuje. Jakaż wolność w takiej modlitwie — a przede wszystkim życie! Nie czyni nic innego, jak tylko wchłania rzeczywistość, która spływa do jego wnętrza tam, gdzie jest on otwartą na Boga bramą.

Wróć do swego serca

Możemy też powiedzieć w ten sposób: chodzi o to, by powrócić do swojego serca. Tutaj jednak ważne jest zrozumienie, czym jest serce.

Biblijne serce

jest mieszkaniem, w którym jestem, gdzie przebywam (według wyrażenia semickiego lub biblijnego: gdzie zstępuję). Jest naszym ukrytym centrum, nieuchwytnym dla naszego rozumu ani dla innych; jedynie Duch Boży może je zgłębić i poznać. Jest ono miejscem decyzji w głębi naszych wewnętrznych dążeń. Jest miejscem prawdy, w którym wybieramy życie lub śmierć. Jest miejscem spotkania, albowiem nasze życie, ukształtowane na obraz Boży, ma charakter relacyjny: serce jest miejscem przymierza 6.

Kiedy mistycy mówią o powrocie do swego serca, mają na myśli miejsce, które wydaje się położone o wiele głębiej niż biblijne serce. Oczywiście trzeba przejść przez serce biblijne, to tam przecież podejmujemy decyzję zstąpienia. Jednak chodzi o to, by zejść jeszcze głębiej, na miejsce, gdzie mieszka Trójca Święta, gdzie jesteśmy wciągnięci w Jej życie.

Jest to miejsce, które poniekąd istnieje poza nami samymi, miejsce, w które wpływa wieczność. Jesteśmy ograniczonym naczyniem, a to głębokie, najgłębsze w nas, jest otwarciem. Kiedy stajemy pośrodku tego — modlitwa uczy nas, że wszystkie słowa, wyobrażenia komentują ciszę — wówczas granice się zamazują. Nasze ograniczone istnienie, ze wszystkim, co ono oznacza, jest ważne. Jednak to, co najgłębsze, i to, co ma wynosić wszelką ograniczoność, jest nieograniczone i nieskończone.

Teresa z Avili nazywa to miejsce el espíritu (duchem) albo el centro del alma (centrum duszy). W Twierdzy wewnętrznej pisze:

Co się zaś tyczy tego wnętrza duszy, tego ducha, o którym tu mówię, jest to rzecz tak trudna do wytłumaczenia, a także i do uwierzenia, że obawiam się, siostry, byście wobec mojej nieudolności nie miały pokusy odmówienia wiary moim słowom. Może to w rzeczy samej wydawać się niepodobną do pogodzenia sprzecznością, że dusza, jak mówię, cierpi utrapienia i smutki, a przy tym jednak w doskonałym zostaje pokoju. Spróbuję wam to wytłumaczyć za pomocą jednego lub drugiego porównania; (…) Król, na przykład, choć może w rządach swoich ciężkie ma zawikłania i kłopoty, choć może wojny srożą się w jego królestwie, sam przecież spokojnie mieszka w swoim pałacu. Tak i tu, choć w innych mieszkaniach zdarzają się różne rozruchy, pełzają gady jadowite, słychać krzyki i zgiełk, wszystko to nie dosięga duszy w tym siódmym mieszkaniu będącej ani jej nie zdoła stamtąd wyprowadzić. Wrzawa i zgiełk, dochodzące do jej uszu, sprawiają jej niejaką przykrość, ale zmieszać jej i pokoju jej odebrać nie zdołają 7.

Człowiek nie jest zredukowany tylko do ciała i duszy, ale ma również ducha albo jest duchem. Znajdziemy to u św. Pawła: „Sam Bóg pokoju niech was całkowicie uświęca, aby nienaruszony duch wasz, dusza i ciało bez zarzutu zachowały się na przyjście Pana naszego Jezusa Chrystusa” (1 Tes 2,23) i w Liście do Hebrajczyków: „Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha” (4,12).

Rozróżnienie między duszą i duchem jest sprawą fundamentalną. Negować to, oznacza przeczyć doświadczeniu mistycznemu. Zarówno psychologia, jak i teologia lekceważyły, niestety, to rozróżnienie. Psychologowie, a także teologowie powinni więcej uczyć się od mistyków. Człowiek nie będzie zupełnie wolny pomimo wszystkich znanych na świecie zabiegów psychologicznych, jeżeli nie odnajdzie się i nie zakorzeni w swoim duchu.

Duch jest miejscem, w którym mieszka Bóg i w którym jesteśmy Jego obrazem, jesteśmy w pełni sobą. To, co nazywamy życiem wewnętrznym, to długa wędrówka do naszego ducha, do centrum. W twierdzy wewnętrznej naszej duszy, w samym jej środku, jest miejsce, w którym tryska źródło i zawsze świeci słońce. Ten wewnętrzny raj, ten zamknięty ogród, jest celem podróży. Nic nie może splamić ani zabrudzić tego raju.

Teresa z Lisieux pisze:

Spokojna ku górze
Dusza moja wzlata
W słonecznym lazurze
Ze skowronkiem się brata!
Za chmury szybuje,
Gdzie niebieskie szczyty,
Gdzie sam Bóg króluje,
Błękitem spowity! 8

Z kolei Teresa z Avili pisze:

Zważmy tu jednak i pamiętajmy, że źródło to i słońce jaśniejące, obecne zawsze w pośrodku duszy, chociażby grzechem śmiertelnym zmazanej, nigdy nie traci boskiej jasności swojej i żadna złość grzechu nie zdoła zaćmić przedwiecznej jego piękności. Ale dusza, pogrążona w ciemności grzechu, blasku tego Bożego do siebie nie przepuszcza, podobnie jak kryształ, gęstą i ciemną pokryty zasłoną, choć go wystawisz na słońce i słońce go promieniami swymi oświeca, nie rozjaśni się przecież blaskiem jego i światłości jego w sobie nie odbije 9.

I wybucha:

O, dusze odkupione krwią Jezusa Chrystusa, zrozumiejcie to i miejcie litość nad sobą! Czy to być może, byście rozumiejąc to, nie postarały się usunąć czym prędzej smoły grzechowej z tego kryształu? 10

Izaak Syryjczyk (VI wiek) przyrównuje duszę człowieka do cebuli.

Kiedy obieramy cebulę, jedna warstwa zostaje oddzielona od drugiej, a jej najbardziej wewnętrzny rdzeń, z którego roślina wyrasta ku światłu, spoczywa ukryty. Tam, w twojej własnej wewnętrznej izdebce, ujrzysz niebiańskie mieszkanie, ponieważ jedno jak i drugie jest jednym i tym samym.

Teresa, która na pewno nie czytała Izaaka Syryjczyka, kreśli podobny obraz:

Wróćmy już teraz do twierdzy naszej i jej licznych mieszkań. Mieszkania te macie sobie przedstawiać, nie jedno za drugim, jakby szereg komnat rzędem się ciągnących, ale raczej sięgajcie okiem do środka, gdzie jest komnata główna albo pałac, kędy król przebywa. Podobnie jak owoc palmowy osłoniony jest warstwami powłok, przez które przebić się trzeba, chcąc się dostać do ukrytego w środku słodkiego jądra, tak tu owa główna komnata otoczona jest mnóstwem innych, dokoła niej, nad nią i pod nią leżących 11.

Teresa mówi też, że bramą, która prowadzi do tej twierdzy, jest modlitwa i rozmyślanie 12. Bez modlitwy, wielkiej i wytrwałej, nie możemy oczekiwać, że dotrzemy do naszego wnętrza.

Święty Jan od Krzyża idzie tą samą drogą ku wnętrzu.

Najpierw trzeba zaznaczyć, że Słowo, Syn Boży, wraz z Ojcem i Duchem Świętym jest przez swą obecność istotnie ukryty w najgłębszej istocie duszy. Dusza zatem, która pragnie Go znaleźć, musi wyjść ze wszystkich rzeczy odnośnie do przywiązań i woli. Musi wejść w siebie przez głębokie skupienie tak, aby wszystkie rzeczy uważała za nieistniejące. (…) Przebywa zatem Bóg ukryty w duszy i tam Go powinien szukać z miłością człowiek kontemplatywny 13.

Teologiczną podstawę tej wewnętrznej mistyki, kiedy wchodzimy w siebie, aby spotkać Boga, stanowi więc zamieszkiwanie w nas Boga. Ma ono solidny biblijny fundament. „Czyż nie wiecie, że jesteście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was? (…) Świątynia Boga jest święta, a wy nią jesteście” (1 Kor 3,16–17).

Tę mistykę znajdujemy nie tylko u wielkich mistrzów hiszpańskich, ale i we Francji (Franciszek Salezy, 1567–1622), w Niemczech (Mistrz Eckhart, ok. 1260–1327; Jan Tauler, ok. 1300–1361) i we Flandrii (Ruysbroeck, 1293–1381).

Podczas modlitwy Anioł Pański 8 września 1996 roku Jan Paweł II w Castel Gandolfo wskazał, że mistyka ta jest szczególnie żywa w Kościele wschodnim:

W rzeczywistości, twierdzą oni [Ojcowie wschodni], człowiek nie jest do końca sobą, jeżeli zamyka się na Ducha Świętego. Św. Ireneusz, biskup Lyonu, którego ze względu na pochodzenie i formację można uznać za swoisty pomost między Wschodem i Zachodem, wyróżniał w człowieku trzy elementy konstytutywne: ciało, duszę i Ducha Świętego (por. Adversus haereses, 5, 9,1–2). Z pewnością nie zamierzał przez to zacierać granic między człowiekiem a Bogiem, ale chciał jedynie podkreślić, że człowiek osiąga pełnię tylko wówczas, gdy otwiera się na Boga. Według Afraata Syryjczyka, u którego słychać echo nauczania św. Pawła, Duch Boży zostaje nam udzielony w sposób tak wewnętrzny, że staje się niejako częścią naszego „ja” (por. Demonstrationes, 6,14). W tym samym sensie rosyjski autor pism duchowych Teofan Rekluz nazywa wręcz Ducha Świętego „duszą duszy ludzkiej” i widzi cel życia duchowego w „stopniowym uduchowieniu duszy i ciała” (por. Listy o życiu duchowym14.

Inna droga

Mistyka wewnętrzna (introwertyczna) nie jest jedyną błogosławioną drogą. W XVI wieku św. Ignacy z Loyoli (1491–1556) wskazał inną drogę. Oczywiście on także uważał, że trzeba wejść w siebie, aby zbadać swoje sumienie, aby zyskać głębszą świadomość grzechu. Jednak jego duchowość jest ekstrawertyczna. Celem Ćwiczeń duchowych jest „szukanie i znalezienie woli Bożej w takim uporządkowaniu swego życia, żeby służyło dla dobra i zbawienia duszy” 15. Mistyka św. Ignacego jest mistyką działania. Chodzi o to, by we wszystkim znajdować Boga. W medytacji ignacjańskiej znalezienie wewnętrznego źródła nie jest najważniejsze. Wychodzi się w niej od historycznego wydarzenia z życia Jezusa, które chce się zgłębić (meditar) i rozważyć (contemplar), aby stopniowo z wnętrza odczuć (sentir) i zasmakować (gustar) samego Pana 16.

Teresa z Avili pozostawała zapewne pod wpływem tego spojrzenia. Wśród jej duchowych nauczycieli było przecież wielu jezuitów. Medytacja, którą opisuje, pod wieloma względami przypomina ignacjańską. Jednak istnieją pewne ważne różnice. Teresa pragnie, aby uwewnętrzniać zewnętrzne zdarzenia. Należy wyobrazić sobie Jezusa w swoim wnętrzu.

Nazywa się ten sposób modlitwą skupienia, dlatego że dusza skupia tu wszystkie władze swoje i wchodzi w siebie razem z Bogiem swoim i Boski Mistrz zaczyna ją nauczać i przysposabiać do modlitwy odpocznienia prędzej, niż jakimkolwiek innym sposobem. W tym skupieniu bowiem dusza, zostając sama z sobą, może łatwiej rozważać całą mękę Pańską i przedstawiać sobie Syna jako obecnego, i ofiarować Go Ojcu, i bez utrudzenia myśli szukać Go na górze Kalwarii, w Ogrójcu i przy słupie biczowania. Ktokolwiek potrafi w taki sposób zamknąć się w tym małym niebie duszy swojej, która stała się mieszkaniem Tego, który stworzył niebo i ziemię, ktokolwiek przywyknie nie patrzeć na rzeczy zewnętrzne i takiego szukać sobie miejsca do modlitwy, gdzie by się nic nie obijało o jego uszy, co by mu mogło sprawić roztargnienie, ten niechaj będzie pewny, że idzie bardzo dobrą drogą i że niebawem będzie mu dane pić wodę ze źródła, do którego szybkim krokiem się zbliża. Jest on bowiem jak ten, co płynie statkiem, mając wiatr pomyślny, i nierównie prędzej dopłynie do celu podróży niż inni idący lądem, którzy się wiele opóźnią 17.

W swojej autobiografii pisze:

Starałam się, na ile to było w mojej możności, przedstawiać sobie obecnego we mnie Jezusa Chrystusa, Pana naszego i wszystko dobro nasze; ten był mój sposób modlitwy. Rozważając któryś szczegół Jego życia, wyobrażałam sobie, jakby się spełniał we wnętrzu duszy mojej 18.

Druga różnica polega na tym, że medytacja w oczach Teresy to tylko prowizorium. Jak czytaliśmy w powyższym fragmencie, celem jest dojście do modlitwy odpocznienia, w której mowa i wszelkie myślenie ustają.

Kolejna różnica jest taka, że medytacja Teresy jest mniej systematyczna niż Ignacego. Nie ma u niej różnych punktów, które się kolejno realizuje, nie korzysta też z poszczególnych zmysłów. Dla niej nie jest istotne, by wzbudzić w sobie konkretny obraz Pana. Ona sama tego nie potrafiła:

Bóg nie użyczył mi przedstawiania sobie rzeczy duchowych za pomocą wyobraźni, którą mam tak ciężką, że nawet człowieczeństwa Pana Jezusa, choć Go w myśli i w sercu miałam obecnego, wyobrazić sobie, jakkolwiek się starałam, nigdy nie potrafiłam 19.

Wielu, bardzo wielu poszukujących życia modlitwy ma w tym punkcie to samo doświadczenie, co Teresa.

Obie drogi są uprawnione

Nie chodzi o twierdzenie, że jedna droga jest lepsza od drugiej, że mistyka uwewnętrznienia stoi wyżej od tej bardziej skierowanej na zewnątrz duchowości, preferowanej przez Ignacego. Jednym z ogromnych bogactw Kościoła zachodniego jest to, że istnieje w nim wiele duchowości i dróg, tak że każdy może znaleźć coś odpowiedniego dla siebie. Nie ma też absolutnie żadnej sprzeczności między tymi drogami, one wszystkie biorą swój początek z tego samego źródła.

Warto wskazać, że właśnie współcześnie, kiedy wewnętrzna strona człowieka i rzeczy jest tak lekceważona i kiedy wielu ludzi jest tak boleśnie wyobcowanych, istnieje ogromny głód odnalezienia dróg wiodących ku wnętrzu. Wyraźnie też widać, że osoby, które w swoich poszukiwaniach zwróciły się ku religiom Wschodu i tam odnalazły cenne skarby i silne inspiracje, nie czują się szczególnie przekonane do duchowości, która zmierza zupełnie odmienną drogą niż ta, do której przywykli. Dla nich olśnieniem może być odkrycie mistyki uwewnętrznienia.

Podsumowując, możemy więc powiedzieć, że istnieją dwie drogi zbliżania się do misterium Boga: możemy szukać Boga poza sobą albo w sobie. Obie drogi są uprawnione, a jedna nie wyklucza drugiej. Jan od Krzyża, który jest chyba największym reprezentantem mistyki uwewnętrznienia, opisuje jak dusza, w swojej tęsknocie za tym, by zobaczyć swego Umiłowanego, zwraca się do stworzeń. Czy nie ma Go tam?

Zagaje i puszcze
Rękami mego Oblubieńca zasadzone,
O łąki pełne zieleni,
Kwiatami ozdobione,
Powiedzcie, czy przeszedł wśród was, w którą stronę?

Odpowiedź stworzenia jest dwuznaczna: Umiłowanego nie ma tutaj, ale tędy przechodził.

Rzucając wdzięków tysiące,
Przebiegnął szybko wskroś boru cichego,
A jedno tylko spojrzenie
I blask Jego postaci
Okrył je szatą piękna czarownego 20.

Jednak duszy to nie wystarcza. Czuje, że powinna raczej szukać Go w sobie. Istnieje cristalina fuente (kryształowe źródło), tam może usłyszeć la música callada (muzykę ciszy). W jej wnętrzu jest interior bodega (wewnętrzna piwnica na wino), gdzie może upajać się swym Umiłowanym.

Dla wielu z nas ta droga wewnętrzna jest łatwiejsza, ponieważ jest tak blisko. Nie musimy jej szukać, jest w nas. My sami, nasza istota, jest drogą. Wydaje się, że Jezus zaprasza nas, byśmy nią poszli. W rozmowie z kobietą z Samarii Jezus usiłuje pomóc jej odwrócić się od tego, co zewnętrzne, i odkryć wewnętrzne źródło: „Woda, którą Ja dam, stanie się źródłem wody wytryskującej ku życiu wiecznemu” (J 4,14). Mówi też, że kiedy się modlimy, mamy wejść do swej „izdebki”, zamknąć drzwi i modlić się do Ojca, który jest w ukryciu (Mt 6,6). Nie uważa, byśmy nigdy nie mieli modlić się wspólnie, ale nawet kiedy robimy to we wspólnocie, powinniśmy zachować kontakt z wewnętrzną izdebką, która jest „w ukryciu”.

Coś z tych obu dróg istnieje w każdym człowieku szukającym Boga „w duchu i w prawdzie”. Jednak to pierwsze należy podkreślać bardziej niż drugie.

Powrót do początku

W tej wewnętrznej drodze fascynujące jest to, że pozwala nam ona powracać do naszego początku. Człowiek zawsze chciał wiedzieć, skąd pochodzi. Świadczą o tym nie tylko liczne tablice genealogiczne, które znajdujemy w Biblii, ale i współczesne zainteresowanie badaniem rodowodów. Mistyka uwewnętrznienia pozwala nam odnaleźć na nowo początek naszej istoty, Boskie źródło, z którego wypływamy. Dzięki niej możemy być świadkami procesu stawania się. Opiera się ona zarówno na teologii stworzenia, jak i teologii zbawienia oraz stanowi syntezę ich obu.

Kiedy zwracam się ku wnętrzu i przemierzam poszczególne warstwy mojej istoty, to na koniec spotykam mego Stwórcę i Dawcę życia, Tego, który przez swoje tchnienie sprawił, że stałem się istotą żyjącą (Rdz 2,7). Wiemy, że Stwórca jest substancjalnie obecny w tym, co stworzył. Jego zamieszkiwanie w nas przez łaskę, patrząc od Jego strony, nie jest nową albo inną obecnością. On jest tym, kim jest, kiedy obecny jest w pełni, jako miłość.

Tradycyjna teologia rozróżnia między substancjalną obecnością Boga w duszy jako Stwórcy i Jego obecnością przez łaskę w duszy „zbawionej” albo, jak to zwykliśmy określać w Kościele katolickim, w duszy będącej w stanie łaski. To niezwykle interesujące zobaczyć, jak Teresa z Avili, opisując spotkanie z Bogiem w piątym mieszkaniu, wielokrotnie wskazuje, że doświadcza substancjalnej obecności Boga. W sobie samej odkrywa pierwotne światło, które tam zawsze płonęło, nawet zanim została ochrzczona. Ona tylko o tym nie wiedziała. Jej półuczeni doradcy nawet tego nie przeczuwali.

Pisze:

Znam jedną osobę [mówi o sobie], która długo nie wiedziała o tym, że Bóg jest we wszystkich stworzeniach obecnością i wszechmocnością, i istnością swoją, aż za jedną taką łaską, której Pan jej użyczył, jasno poznała tę prawdę i tak niezachwianie w nią uwierzyła, że choć jeden z onych półuczonych, o których wspomniałam wyżej, na pytanie jej, w jaki sposób Bóg jest w nas obecny (tyleż wiedząc w tej kwestii, co i ona, nim Pan ją oświecił), dał jej odpowiedź, że jest w nas obecny przez łaskę, ona na taką odpowiedź jego żadną miarą przystać nie mogła, tak głęboko miała już tę prawdę w umyśle swoim wyrytą 21.

Najwyraźniej Teresa obecność mającą swoje źródło w stwórczym dziele Boga przyjmuje za bardziej substancjalną, bardziej prawdziwą od tej, którą się uznaje za pochodzącą z łaski. Łaska nie zmienia obecności Boga, ale zmienia nas, pozwalając nam odkryć to, co jest w nas ze względu na stworzenie. Łaska na początku jest maleńką szczeliną w chmurach, która pozwala nam przeczuć Słońce, wiecznie świecące poza nimi. Szczelina rozwiera się coraz bardziej i bardziej, odpowiednio do wzrostu łaski w nas.

Nieskończone uzdolnienia

Gdy dostatecznie głęboko wnikniemy w siebie, spotkamy Boga. Czy to znaczy, że jesteśmy Bogiem, czy nie wpadamy tutaj najwyraźniej w czysty panteizm? Nie, istnieje rzeczywista różnica między naszym duchem a Duchem Bożym: „Sam Duch wspiera swym świadectwem naszego ducha, że jesteśmy dziećmi Bożymi” (Rz 8,16). To, co wyróżnia naszego ducha i konstytuuje jego istotę, to capax Dei, możność pomieszczenia w sobie Boga. Nasz duch jest otwarciem na Boga, zdolnością do przyjmowania Go, nienasyconą przepaścią, która woła, by mogła zostać napełniona Bogiem. Dusza, jak pisze św. Jan od Krzyża, posiada „nieskończone uzdolnienia” 22.

Kiedy czytamy u niego, że „środkiem duszy jest Bóg” (el centro del alma es Dios23, to można by myśleć, że dusza w swej istocie jest Bogiem. Jednak słowo centro (środek) ma swoje specjalne znaczenie. Mówiąc „środek duszy”, nie ma na myśli tego punktu, który leży w samym środku duszy, tak jak mówimy o środku okręgu, który kreślimy cyrklem. Przeciwnie, on odnosi się do punktu leżącego poza, do którego dusza zmierza i za którym tęskni, ku któremu się porusza i w którym na koniec spocznie. Popiera to przykładem spadającego kamienia osiągającego swój punkt środkowy, kiedy dosięga ziemi. Podobnie jak ziemia jest środkiem kamienia, tak Bóg jest środkiem duszy.

Gdy ona [dusza] dojdzie do Niego według wszelkich możliwości swej istoty i według siły swych działań i skłonności, wówczas osiągnie ostateczny i najgłębszy swój środek, Boga 24.

Człowiek w swojej głębi jest jednym wielkim wołaniem o Boga. To wyjaśnia, dlaczego nie potrafi go zaspokoić nic, co jest mniejsze od Niego. Jego niepokój pochodzi z pragnienia tego, co nieskończone. Dopiero kiedy upoi się Bogiem do końca, odnajdzie pokój.

Ziejącą pustkę, którą jest ludzki duch, odnajdujemy w naszych władzach duszy: rozumie, woli i pamięci. Jan od Krzyża nazywa je las profundas cavernas del sentido (otchłaniami głębin zmysłu duchowego). To sugestywny obraz mówiący o pustce, przestrzeni, zdolnościach. Pisze:

Tymi otchłaniami są władze duszy: pamięć, rozum i wola. Są one tak głębokie, jak wielkie skarby zdołają pomieścić, i nic ich nie potrafi zapełnić, tylko nieskończoność. (…) Tak bardzo cierpią, jak pojemne są głębie tych otchłani, bo pokarm, którego brak odczuwają, również jest pełen głębi — a jest nim Bóg” 25.

Dodaje też:

Pojemność tych otchłani jest bardzo wielka, bo to, co może wejść do nich, jest głębokością nieskończonej dobroci, gdyż jest to sam Bóg 26.

Rozum jest ze swej istoty otwartością na coś równie wielkiego jak słowo Boże („słowo” pisane zarówno małą, jak i dużą literą). Dzięki naszemu rozumowi możemy słyszeć słowo Boże i rozumieć je. Rozum może oczywiście rozważać i analizować, ale u podstaw jest on otwartością i przyjmowaniem prawdziwego światła, Jezusa Chrystusa, Słowa Ojca. Nasz sposób rozważania i analizowania jest często działaniem o własnych siłach. Kiedy rozum pozwala się prowadzić swoją otwartością na Boga, to analizowanie zyskuje zupełnie inny charakter. Wypływa wówczas ze swego źródła, z otwartości, bez wysiłku, bez niepokoju czy troski, bez pożądania rezultatu.

Wola jest tęsknotą, która ma tę samą głębię i zasięg co rozum: „Drugą otchłanią jest wola, a jej próżnią jest głód Boga (…) Głód ten łaknie doskonałej miłości, do której dusza zdąża” 27; to głód totalnej miłości. Kiedy wola skapituluje wobec nieprzejednanych pragnień i wymagań, stanie się nieodpartą siłą, która bez zachłanności, zupełnie dobrowolnie odpiera wszystko, co sprzeciwia się Umiłowanemu.

Pamięć sprawia, że nigdy nie potrafimy całkowicie zapomnieć o naszym Początku. Możemy naturalnie tłumić tę wiedzę i w tym względzie jesteśmy mistrzami. Jednak tłumienie się mści — prowadzi do lęku, pustki, osamotnienia. Pamięć jest jak kamienna tablica, na której Bóg wyrył swoje imię. Nigdy nie można Go wymazać. Pamięć jest tą „żywą i przemawiającą wodą we mnie, która woła z mego wnętrza: »Przyjdź do Ojca«” 28. Może być udręką, jeśli zatrzyma się na tej sferze, która daje się pojąć. Kiedy otworzy się na to niepojęte, stanie się rezerwuarem łaski, nieustannie wypełniającym się żywą obecnością Boga.

Człowiek nie jest Bogiem, ale przepaścią, która Go woła. Bóg nie może oprzeć się temu wołaniu, On wypełnia przepaść. Nie czyni tego jednak raz na zawsze. Nieustannie stwarza przepaść na nowo i nieustannie jest gotów ją wypełniać, co sprawia, że niekiedy doświadczamy przepaści, naszej niezmierzonej tęsknoty za Nim, a czasem wypełnienia, Jego uszczęśliwiającego życia, które stało się naszym życiem. Kto mówi, że człowiek jest niczym, ma rację: sam w sobie jest wielkim otwarciem. Jednak kto twierdzi, że człowiek jest wielki, a nawet boski, też ma rację: jest on pełen Boga.

Kiedy dostatecznie głęboko wejdę w siebie, doświadczę, że jestem jak gąbka nasączona Bogiem. Doświadczę, że moje najgłębsze serce zawsze jest u Boga. Zanim kapłan w czasie Mszy świętej zacznie odmawiać prefację, zachęca nas, byśmy wznieśli nasze serca do Pana. W Szwecji odpowiadamy: Vi har upplyft dem till Herren (Wznieśliśmy je do Pana) 29. Łacińska odpowiedź jest bardziej radykalna: Habemus ad Dominum. W Niemczech jest prawidłowa: Wir haben sie beim Herrn (Mamy je u Pana). Chciałbym, aby ta odpowiedź wyrażała przekonanie, że nasze głębokie serce zawsze jest u Pana. Jakkolwiek bylibyśmy rozproszeni, to nigdy nie jesteśmy poza Bogiem. Jednak wdzięczni jesteśmy kapłanowi, że nam o tym przypomina.

Spotykasz oblicze

Bóg, którego spotykamy, zwracając się w głąb, nie jest martwą statuą, lecz żywym Bogiem. Jest „Bogiem, który mnie zna, który mnie miłuje i lituje się nade mną, i leczy moje rany” 30. Kiedy spojrzysz głęboko w siebie, spotkasz uważne, miłosne spojrzenie. Videntem videre, mówi św. Augustyn (354–430): zobaczysz kogoś, kto patrzy na ciebie. Spotkasz oczy, które tchną ciepłem i miłością.

Święty Jan Ewangelista opowiada: „Jezus, przechodząc obok, ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia” (J 9,1). Tym człowiekiem jest każdy z nas. Jezus patrzy na nas, dlatego stopniowo otrzymujemy prawidłowy wzrok.

Zamiast wystawiać się na ten Boski wzrok, który od wewnątrz stwarza nas i ożywia, często odwracamy się, i to przeważnie na zewnątrz, szukając ludzkiego spojrzenia. Zalęknieni zastanawiamy się, jak inni patrzą na nas, co o nas myślą, jakie robimy na nich wrażenie. Patrzymy na siebie samych oczami innych ludzi. Te obce spojrzenia czynimy własnymi. Nasza tożsamość albo lepiej powiedziawszy — to, co uważamy za naszą tożsamość — jest całkowicie zależna od tego, co myślą inni. Zawsze żyjemy na granicy przepaści. W każdej chwili to ciepłe spojrzenie może się przemienić albo odsłonić chłodne, obojętne oczy.

Ryzyko polega na tym, że możemy całe życie być więźniami ocen ze strony innych ludzi. Dokonujemy wyborów zależnie od tego, co sądzimy, że inni powiedzą; robimy to, co robimy, aby nie zaszokować innych lub by uniknąć krytyki. Nie mamy odwagi być sobą i ten brak prawdy i autentyzmu skazuje nasze życie na bezowocność. Istnieje stały rozdźwięk między tym, co robimy, a tym, kim w głębi jesteśmy. Nie wiemy nawet, jacy jesteśmy. Jeżeli gros naszego życia tracimy na to, by innym się spodobać, to żyjemy w nieustannej alienacji.

Rozwiązaniem jest wewnętrzne skupienie. Zwracasz się w głąb i spotykasz miłosne spojrzenie Boga. Wystawiasz się na Jego wzrok, który spoczywa na tobie z bezgraniczną miłością. Jego spojrzenie jest stwarzające, sprawia, że stajesz się tym, kim naprawdę jesteś. Pod Jego spojrzeniem staniesz się w pełni sobą. Jego wzrok nie alienuje, ale personifikuje cię: sprawia, że stajesz się prawdziwą osobą. Jego spojrzenie stopniowo koi wszystkie rany. Tak, stopniowo. On daje ci czas, byś organicznie wzrastał w tym rytmie, o którym On wie, że jest dla ciebie dobry.

Wszyscy skrywamy głęboką tęsknotę za tym, by zostać dostrzeżonymi w całej naszej rzeczywistości, z jej bogactwami i może przede wszystkim z całą jej biedą; by być dostrzeżonymi miłosnymi oczyma, które nie sądzą, a przyjmują. Wobec takiego spojrzenia mamy odwagę stanąć nadzy, niekłamani.

To nie analiza samych siebie może nas uratować. Oczywiście, że w tradycji monastycznej mówi się o rachunku sumienia. Jednak czas, który w klasztorze poświęca się na rachunek sumienia, jest nieznaczny w porównaniu z czasem poświęcanym modlitwie. Poza tym rachunek sumienia jest czymś zupełnie innym niż samoanaliza. Do jego istoty przynależy przecież wystawienie się na Boże spojrzenie i pozwolenie Mu na to, by rzucił snop światła na nasze życie, aby przez to wszystkie plamy zostały odkryte. Tylko Boże spojrzenie wnika tak głęboko w nas, że możemy ujrzeć siebie takimi, jakimi jesteśmy. Jeśli Bóg nie jest z nami podczas rachunku sumienia, to doprowadza nas on do większego zajmowania się sobą, a w rezultacie do zadufania w sobie albo do bezradności, dwóch biegunów skoncentrowania się na sobie. Natomiast prawdziwa skrucha jest konstruktywną siłą, która dodaje odwagi i inspiruje.

Wiele z tego, co w nas jest, nie rozumiemy i nigdy nie zrozumiemy w pełni. Człowiek jest tajemnicą dla samego siebie, zarówno fizycznie, psychicznie, jak i duchowo. Nasz wzrok nigdy nie sięgnie tak głęboko, byśmy mieli przejrzeć samych siebie. I choćbyśmy mogli to uczynić, to by nas nie uleczyło. Doświadczenie pokazuje, że jasne wejrzenie nie wystarczy, aby zostać uzdrowionym. Z pomocą psychoanalizy można powoli zrozumieć, dlaczego i jak utworzyły się pewne psychiczne splątania, ale nie ma gwarancji, że przez to lepiej się poczujemy. Psychiczne splątania są swego rodzaju zatwardziałością w psychice, a ta topnieje tylko wtedy, kiedy wejdzie w kontakt z ciepłem miłości.

Boże spojrzenie jest zarówno światłem, jak i ciepłem. To rozeznanie i jasność, które daje Jego spojrzenie, nas nie krzyżuje, ponieważ On kocha i przyjmuje równocześnie. On odsłania naszą nagość, ale zarazem okrywa ją swoim płaszczem miłości.

Odsłania nie tylko naszą nagość, ale i piękno. Przypomina nam o tym, że jesteśmy Jego umiłowanymi dziećmi. Wskazuje na to światło, które w nas świeci, ostrzejsze od wszystkich naszych ciemności. Pozwala nam odkryć naszą prawdziwą tożsamość. Zaprasza, byśmy spojrzeli na siebie Jego oczyma, identyfikowali się z naszym światłem.

Wielu z nas zbyt wiele czasu poświęca na to, aby się zmieniać, na pracę nad własnymi błędami, na usiłowania, by stać się lepszym człowiekiem. To jest dobre, ale nie najlepsze! Zaoszczędzilibyśmy czas i siły gdybyśmy, ilekroć napotykamy na swoje słabości, nasze ciemne żądze, odejście od prawdy, natychmiast skierowali się w głąb i próbowali natrafić na spojrzenie Ojca. Możemy tylko zdmuchnąć fasadę, On od wewnątrz stworzy nas na nowo.

Święty Jan od Krzyża mówi o „aktach anagogicznych” jako o najlepszym środku na nasze słabości. Polegają one na odwróceniu uwagi od siebie i sytuacji, w której się znajdujemy, aby zamiast tego skierować swój wzrok na Boga.

Miłosne spojrzenie Boga jest niezwykle dynamiczne. On przyjmuje i kocha nas takimi, jakimi jesteśmy. To nie znaczy, że nie musimy się zmieniać. Jego spojrzenie jest pełne nadziei, wyzwala, otwiera nowe horyzonty, stymuluje. Ludzkie spojrzenie potrafi nas przybić, czasem odziera nas z wszelkiej możliwości zmiany czy rozwoju. Musimy nosić nadaną nam etykietkę przez całe życie. Bóg nie przypina etykietek. Jest wartkim życiem, a kiedy patrzy na nas, a my patrzymy na Niego, zostajemy porwani przez ten strumień. Nie jest możliwe nie zmienić się, trwając w promieniach Bożego spojrzenia. Tak oto, zmieniając się, jesteśmy coraz mniej zainteresowani zmianami, a coraz bardziej Bogiem, samym Bogiem ze względu na Niego samego, zainteresowani tym, że On jest tym, kim jest — wartym całej naszej miłości.

tłum. Justyna Iwaszkiewicz

1 Fragment książki Längre inn i bönens land, Libris 2001, wersja polska jest przygotowywana do druku.
2 Livet är min vän. Meditativa texter av en karmelitnunna, Tĺgarp Glumslöv 1992, Karmeliterna, s. 27.
3 Svenska Dagbladet, 28 września 1993.
4 Rękopisy autobiograficzne, tłum. Antoni Bartosz, Kraków 1997, Wydawnictwo Karmelitów Bosych, s. 181.
5 Droga doskonałości 28,7.
6 KKK 2563.
7 VII,2,10–11.
8 Zdanie się na Boga, 31 maja 1897 roku, w: Pisma, t. 2, Kraków 1971, Wydawnictwo Karmelitów Bosych, s. 50.
9 Twierdza wewnętrzna, I,2,3.
10 Ibidem, 4.
11 Ibidem I,2,8.
12 Ibidem, 1,7.
13 Pieśń duchowa, I,6.
14 L’Osservatore Romano, wydanie polskie, nr 11–12 (188) 1996, s. 49.
15 Św. Ignacy Loyola, Ćwiczenia duchowne, w: Odbitka z t. 2 Pism wybranych św. Ignacego Loyoli, Kraków 1968, Uwaga pierwsza, s. 4.
16 Ibidem, Uwaga druga.
17 Droga doskonałości, 28,4–5.
18 Księga życia, 4,7.
19 Ibidem.
20 Pieśń duchowa, 4,5.
21 Twierdza wewnętrzna, V,1,10.
22 Droga na Górę Karmel, II,17,8.
23 Żywy płomień miłości, 1,12.
24 Ibidem.
25 Ibidem, 3,18.
26 Ibidem, 22.
27 Ibidem, 20.
28 Św. Ignacy Antiocheński, List do Rzymian 7,2. 29 W wersji polskiej odpowiadamy: „Wznosimy je do Pana” — przyp. tłum.
30 Cecilia, Katolsk psalmbok, 1987, nr 639.

Wewnętrzne skupienie
Wilfrid Stinissen OCD

(ur. 10 stycznia 1927 r. w Antwerpii, Belgia – zm. 30 listopada 2013 r. w Tågarp, Szwecja) – belgijski karmelita bosy, doktor filozofii, współzałożyciel klasztoru w szwedzkim Norabby, znany w całej Skandynawii rekolekcjonista, ważna postać nie tylko szwedzkiego chrześcijańst...